HomeStandard Blog Whole Post (Page 131)

Kreatywnie odreagowało środowisko młodych Polaków Lidy na tegoroczne wezwanie Pary Prezydenckiej – Pierwszej Damy RP Agaty Kornhauser-Dudy i  Prezydenta RP Andrzeja Dudy.

Para Prezydencka w ramach dorocznej akcji Narodowe Czytanie zaproponowała rodakom w kraju i na świecie sięgnąć po przepiękną poezję wieszcza narodowego Adama Mickiewicza, a mianowicie  po zbiór poetyczny Ballady i Romanse, który zapoczątkował w polskiej literaturze epokę zwaną Romantyzmem.

Lidzcy wielbiciele poezji Wieszcza, urodzonego nieco ponad 50 kilometrów od ich rodzinnego miasta,  postanowili, że wezmą udział w Narodowym Czytaniu 2022, udając się nad jezioro i tam przeczytają jedną z najpiękniejszych ballad Mickiewicza – Świteziankę w atmosferze maksymalnie zbliżonej do tej, w której odbywa się akcja romantycznego utworu.

Po akcji młodzi ludzie udali się na ulicę nazwaną imieniem polskiego wieszcza w ich rodzinnym mieście i położyli bukiet polnych kwiatów pod popiersiem Adama Mickiewicza, zdobiącym skwer obok lidzkiej  szkoły średniej nr 4.

Lidzka młodzież biorąca udział w Narodowym Czytaniu 2022 to uczniowie starszych klas szkół państwowych w wolnym czasie pobierający lekcje języka polskiego.

Znadniemna.pl

Kreatywnie odreagowało środowisko młodych Polaków Lidy na tegoroczne wezwanie Pary Prezydenckiej – Pierwszej Damy RP Agaty Kornhauser-Dudy i  Prezydenta RP Andrzeja Dudy. Para Prezydencka w ramach dorocznej akcji Narodowe Czytanie zaproponowała rodakom w kraju i na świecie sięgnąć po przepiękną poezję wieszcza narodowego Adama Mickiewicza, a

2 września 2000 roku otwarto Polski Cmentarz Wojenny w Miednoje, na którym spoczywają szczątki 6300 polskich jeńców obozu specjalnego w Ostaszkowie, zamordowanych przez NKWD wiosną 1940 roku.

Miednoje – ołtarz. Fot.: Federacja Rodzin Katyńskich

Polski Cmentarz Wojenny w Miednoje położony jest ok. 30 km. od Tweru, w pobliżu drogi do Petersburga, w miejscu, gdzie w 1991 roku odnaleziono zbiorowe mogiły Polaków zamordowanych wiosną 1940 roku w Kalininie (Twer) na mocy decyzji Biura Politycznego KC Wszechzwiązkowej Komunistycznej Partii Bolszewików Związku Sowieckiego z 5 marca 1940 roku.

Na obszarze o łącznej powierzchni 1,7 ha zlokalizowano 25 zbiorowych mogił, w których spoczywają szczątki ponad 6300 jeńców obozu specjalnego NKWD w Ostaszkowie, głównie funkcjonariuszy Policji Państwowej i Policji Województwa Śląskiego, Straży Granicznej i Straży Więziennej, żołnierzy i oficerów Korpusu Ochrony Pogranicza i innych formacji wojskowych, pracowników administracji państwowej i wymiaru sprawiedliwości II Rzeczypospolitej, którzy po 17 września 1939 roku znaleźli się w sowieckiej niewoli.

Obóz w Ostaszkowie był największym obozem specjalnym, podległym Zarządowi ds. Jeńców Wojennych NKWD. Funkcjonował na wysepce Stołbnyj jeziora Seliger, w zabudowaniach poklasztornych monasteru Niłowa Pustyń w odległości 11 km od miejscowości Ostaszków, na północny zachód od Kalinina (Twer) przy linii kolejowej Wielkie Łuki – Bołogoje (ok. 300 km od Moskwy).

Miednoje – doły grzebalne. Fot.: Federacja Rodzin Katyńskich

Od momentu utworzenia obozu w listopadzie 1939 roku zgromadzono w nim 8397 jeńców; w kwietniu 1940 roku (okres likwidacji) liczył ok. 6570 osób, w tym 400 oficerów. Trafili tu – oprócz kilku tysięcy funkcjonariuszy Policji Państwowej i Policji Woj. Śląskiego – głównie żołnierze Korpusu Ochrony Pogranicza, a także uważani przez NKWD za szczególnie niebezpiecznych: oficerowie, podoficerowie i szeregowi wywiadu, Żandarmerii Wojskowej, Straży Granicznej, Straży Więziennej i wymiaru sprawiedliwości II RP. W Ostaszkowie przebywało też kilkudziesięciu księży katolickich, prawników, osadników wojskowych i ziemian, pochodzących z Kresów Wschodnich Rzeczypospolitej.

Komendantem obozu ostaszkowskiego był mjr NKWD Pawieł Borysowiec. Akcja „rozładowania obozu”, co faktycznie oznaczało likwidację więzionych w nim jeńców, rozpoczęła się 4 kwietnia i trwała do 19 maja 1940 roku. Łącznie w Moskwie sporządzono 65 list śmierci, na których znalazły się nazwiska 6316 jeńców. Likwidacji uniknęło 127 osób, które trafiły do innych obozów. Ostatecznie obóz rozwiązano w lipcu 1940 roku.

Jeńców z obozu ostaszkowskiego mordowano w celach więzienia w siedzibie Zarządu Obwodowego NKWD w Kalininie (dziś Twer). Kulisy i przebieg egzekucji na jeńcach z Ostaszkowa przedstawił w obszernej relacji złożonej pod koniec życia ówczesny szef obwodowego NKWD w Kalininie, Dmitrij Stiepanowicz Tokariew, w chwili przesłuchiwania gen. mjr w stanie spoczynku, mający 90 lat. Z jego zeznań wynika, że bezpośrednich wykonawców mordu przysłano z centrali NKWD w Moskwie. Na czele grupy stali: starszy major bezpieczeństwa państwowego N. Sniegubow, major bezpieczeństwa państwowego W.M. Błochin i kombryg. Michaił Spiridonowicz Kriwienko. W.M. Błochin nie tylko kierował akcją likwidacji jeńców, ale pełnił również funkcję kata – najczęściej jeńców mordował osobiście – za co został nagrodzony premią pieniężną za wykonanie zadania specjalnego.

Ze stacji kolejowej jeńcy przewożeni byli do siedziby NKWD w Kalininie. Z cel więzienia prowadzono ich do specjalnych pomieszczeń, gdzie raz jeszcze sprawdzano tożsamość, a następnie do wygłuszonej wojłokiem celi piwnicznej, w której dokonywano rozstrzeliwań. Strzelano w potylicę z niemieckich pistoletów Walther, a następnie okręcano głowy płaszczami. Egzekucje trwały do świtu. Ciała zamordowanych ładowano na samochody ciężarowe i wywożono do wcześniej przygotowanych dołów na należącym do NKWD terenie leśnym nad rzeką Twercą, koło wsi Miednoje. Pogrzebano tu skrycie ponad 6300 ofiar.

Miejsce ukrycia zwłok ofiar zbrodni na ponad 50 lat odizolowano. Stało się niedostępne z wyjątkiem właścicieli dacz pobudowanych na masowych grobach.

Miednoje – tabliczki epitafijne. Fot.: Federacja Rodzin Katyńskich

W 1991 roku w ramach prowadzonego przez Naczelną Prokuraturę Wojskową Związku Sowieckiego śledztwa w sprawie ustalenia losu polskich jeńców, którzy w latach 1939-1940 trafili do sowieckiej niewoli i byli przetrzymywani w trzech obozach specjalnych: Kozielsku, Starobielsku i Ostaszkowie, na wskazanym terenie przeprowadzono czynności ekshumacyjne. Prowadzone w bardzo ograniczonym zakresie prace doprowadziły do odnalezienia zbiorowych mogił ze szczątkami zamordowanych jeńców. Jednak dopiero przeprowadzone w latach 1994-1995 przez specjalistów Rady OPWiM badania pomiarowe, sondaże i prace ekshumacyjne pozwoliły na odkrycie i precyzyjne zlokalizowanie znajdujących się na wydzielonym terenie masowych mogił. W zbiorowych grobach odnaleziono szczątki ponad 6000 jeńców z Ostaszkowa zamordowanych wiosną 1940 roku. Prace ekshumacyjne przyniosły też wiele bardzo cennego materiału dowodowego w postaci przedmiotów osobistych odnalezionych przy zamordowanych policjantach, w tym dokumentów i zapisków świadczących o ostatnich chwilach życia ofiar zbrodni. Wszystkie te przedmioty po konserwacji wzbogaciły ekspozycję Muzeum Katyńskiego w Warszawie.

Miednoje – dzwon pamięci. Fot.: Federacja Rodzin Katyńskich

Przełomowy dla budowy Polskiego Cmentarza Wojennego w Miednoje był rok 1995. Wówczas to, w ramach uzgodnień polsko-rosyjskich, podpisano 25 marca w Smoleńsku dokument o budowie Polskich Cmentarzy Wojennych w Katyniu i Miednoje. Elementem tegoż porozumienia była opracowana przez polskich geodetów mapa fragmentu lasu w Miednoje z wyrysowanymi granicami przyszłego polskiego cmentarza wojennego. W kilka miesięcy później, 11 czerwca 1995 roku, został uroczyście wmurowany akt erekcyjny i poświęcony przez Ojca Świętego Jana Pawła II kamień węgielny pod budowę cmentarza.

W oparciu o wyniki prac sondażowo-ekshumacyjnych została opracowana obszerna dokumentacja specjalistyczna, na podstawie której Rada OPWiM rozpisała otwarty konkurs o zasięgu międzynarodowym na projekt zagospodarowania przestrzennego terenu przyszłego cmentarza. Jury konkursu, w skład którego weszli m.in. przedstawiciele Federacji Rodzin Katyńskich i Stowarzyszenia „Rodzina Policyjna 1939 roku” w październiku 1996 roku wybrało projekt koncepcyjny autorstwa artystów rzeźbiarzy Zdzisława Pidka i Andrzeja Sołygi.

Realizacja koncepcji autorów stała się możliwa po opracowaniu obszernej specjalistycznej dokumentacji projektowej (uwzględniającej m.in. oczekiwania rodzin ofiar zbrodni, specyfikę terenu i miejscowe uwarunkowania), a przede wszystkim – po negocjacjach i uzgodnieniach z kompetentnymi władzami rosyjskimi w Moskwie i Twerze. W wyniku niemal dwuletnich starań Rada OPWiM – inwestor prac, reprezentujący Rząd RP – otrzymała od władz rosyjskich zatwierdzoną dokumentację projektową, prawo dysponowania terenem oraz pozwolenie na budowę cmentarza. Prace realizacyjne rozpoczęły się wiosną 1999 roku i trwały ok. 12 miesięcy. Wykonywały je polskie firmy – Budimex S.A. i Metalodlew S.A. z Krakowa. Na miejscu wykonywano prace ziemne, budowlane i montażowe, natomiast część z nich, tj. odlewy elementów rzeźbiarskich (krzyże, tablice inskrypcyjne itp.) w Krakowie.

Centralnym elementem cmentarza – podobnie jak w Katyniu i Charkowie – jest ołtarz stanowiący rodzaj otwartej kaplicy, na którą składają się: ściana z nazwiskami zamordowanych policjantów, ok. 9-metrowy centralny krzyż i podziemny dzwon, usytuowane na wprost głównego wejścia na cmentarz, przy którym zlokalizowano dwa obeliski z godłem Rzeczypospolitej Polskiej. Za ołtarzem znajduje się 25 zbiorowych mogił, na których postawiono wysokie, 8-metrowe krzyże. Wokół cmentarza biegnie aleja, wzdłuż której umieszczono tabliczki inskrypcyjne z danymi osobowymi zamordowanych. Wszystkie elementy rzeźbiarskie zostały wykonane z żeliwa. Cmentarz jest ogrodzony, posiada instalację oświetleniową i wodociągową, kanalizację i inną infrastrukturę, umożliwiającą właściwe użytkowanie obiektu w przyszłości.

Cmentarz wybudowany jest staraniem i ze środków budżetowych Rady OPWiM. W dniu 28 sierpnia 2000 roku przekazany został Dyrekcji Kompleksu Upamiętniającego Miednoje, która na co dzień będzie administrowała obiektem i sprawowała opiekę nad polskim cmentarzem.

2 września 2000 roku  został uroczyście otwarty i poświęcony.

Znadniemna.pl/Rada Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa

2 września 2000 roku otwarto Polski Cmentarz Wojenny w Miednoje, na którym spoczywają szczątki 6300 polskich jeńców obozu specjalnego w Ostaszkowie, zamordowanych przez NKWD wiosną 1940 roku. [caption id="attachment_57946" align="alignnone" width="480"] Miednoje - ołtarz. Fot.: Federacja Rodzin Katyńskich[/caption] Polski Cmentarz Wojenny w Miednoje położony jest ok. 30

Paweł Mażejka został złapany i uwięziony przez reżim Łukaszenki. Do schwytania dziennikarza przez białoruskie organy ścigania doszło we wtorek, gdy odwiedzał mieszkających w Grodnie ojca, matkę i siostrę. Odkąd przeniósł się wraz z żoną i dziećmi do Białegostoku, rodzinę widywał bardzo rzadko.

– Nie potrafiłam go przekonać, by tego nie robił – mówi w rozmowie z Polska Times żona dziennikarza Iryna Czarniauka. Dodaje, że na razie nie wiadomo, czy jej mąż zostanie oskarżony, i w jakiej sprawie.

– Został zatrzymany na 72 godziny – opowiada. Według niej pośrednim potwierdzeniem tego, że chodzi o zarzuty karne jest to, iż śledczy wydał postanowienie o zabezpieczeniu mienia Pawła Mazejki, a mianowicie o zajęciu należącego do niego samochodu.

Praktyka prowadzonych na Białorusi spraw karnych wskazuje na to, że do momentu upłynięcia 72 godzin śledczy zdecyduje o wyborze środka zapobiegawczego, bądź o wypuszczeniu zatrzymanego, jak zrobiono to w przypadku dziennikarza w marcu 2021 roku.

Wówczas Paweł Mażejka został zatrzymany na 72 godziny w ramach sprawy, wszczętej przeciwko białoruskiemu malarzowi Alesiowi Puszkinowi. Chodziło o wystawienie przez Mażejkę w prowadzonej przez niego w Grodnie instytucji kulturalnej Centrum Życia Miejskiego obrazu Puszkina z podobizną białoruskiego żołnierza wyklętego, członka antysowieckiego podziemia Jewgienija Żihara.

Paweł Mażejka został wówczas wypuszczony po 72 godzinach z uzasadnieniem, iż „zniknęły podstawy do zatrzymania”. Aleś Puszkin natomiast był sądzony za „propagowanie faszyzmu” i został skazany na 5 lat kolonii karnej.

Współtwórca Biełsatu

Paweł Mażejka jest znanym grodzieńskim dziennikarzem. Był rzecznikiem prasowym kandydata na prezydenta Białorusi z 2006 roku Aleksandra Milinkiewicza, a w 2002 roku był jednym z pierwszych białoruskich dziennikarzy skazanych w politycznym procesie karnym. Wraz z szefem opozycyjnej grodzieńskiej gazety „Pahonia” Mikołą Markiewiczem Mażejka był sądzony i skazany na dwa lata ograniczenia wolności i robót przymusowych za „zniesławienie” Aleksandra Łukaszenki w artykule, opowiadającym o zniknięciu znanych oponentów białoruskiej głowy państwa Jurija Zacharanki, Wiktora Hanczara i innych.

W roku 2005 po VI Zjeździe Związku Polaków na Białorusi i wyborze na prezesa organizacji Andżeliki Borys Mażejka poznał w Grodnie obecną dyrektorkę Telewizji Biełsat, a wówczas korespondentkę TVP, wysłaną do relacjonowania kryzysu białorusko-polskiego wokół Związku Polaków na Białorusi.

Ta znajomość zaowocowała między innymi powstaniem Telewizji Biełsat. W każdym razie w dzisiejszym wpisie o aresztowaniu Mażejki Agnieszka Romaszewska-Guzy napisała o nim jako o jednym ze współtwórców Biełsatu. W emocjonalnym wpisie dyrektorka Biełsatu przyznała, że chciałaby, żeby kolejny przypadek prześladowania jej redakcyjnego przyjaciela i podwładnego był tylko „złym snem”.

„Nie wrócisz…”

Również emocjonalnie, ale też z nutką pretensji, zareagowała na zatrzymanie Pawła Mażejki inna dziennikarka, korespondentka Radia Swaboda Liubou Łuniowa. Oskarżyła ona Mażejkę o posiadanie iluzji, iż po wyjeździe do Polski można swobodnie wracać na Białoruś, żeby odwiedzać bliskich. „To może się skończyć niespodziewanie” – uważa Łuniowa, zapewniając, iż obecnie na Białorusi można usłyszeć zarzuty karne bez jakichkolwiek podstaw.

– Nie wolno! No, nie wolno teraz tam jeździć, jeśli jesteś osobą publiczną, zwłaszcza, jeśli jesteś dziennikarzem, bądź działaczem społecznym. Śmierdząca cela czeka w ojczyźnie każdego, kto żywi nadzieję: może mnie ominie ta nawałnica, przecież tylko zobaczę bliskich i wrócę. Nie wrócisz… – napisała Liubou Łuniowa.

Andrzej Pisalnik/polskatimes.pl

Paweł Mażejka został złapany i uwięziony przez reżim Łukaszenki. Do schwytania dziennikarza przez białoruskie organy ścigania doszło we wtorek, gdy odwiedzał mieszkających w Grodnie ojca, matkę i siostrę. Odkąd przeniósł się wraz z żoną i dziećmi do Białegostoku, rodzinę widywał bardzo rzadko. - Nie potrafiłam go

Nazywam się Pelagia Oleszkiewicz, z domu Szupicka. Urodziłam się 1 lipca 1932 roku w Warszawie, gdzie mieszkałam przez pierwsze cztery lata swego życia. Potem moi rodzice przeprowadzili się do Grodna: ojciec chciał być bliżej swojej rodziny.

Dla mnie szczęśliwe i bezpieczne dzieciństwo zakończyło się 1 września 1939 roku, gdy rozpoczęła się II wojna światowa. Sowiecka okupacja następnie pogłębiła dramat rodziny.

Wacław Szupicki

Rodzina mojej mamy pochodziła z Warszawy. Ojciec, Wacław Szupicki, mając 12 lat, udał się do polskiej stolicy, by zdobyć dobry zawód, uczył się tam na szewca, ładnie też rysował i bardzo lubił czytać książki. Znał sześć języków, w tym łacinę, której nauczył się u księdza, gdyż rozważał wstąpienie do seminarium duchownego. Miał opinię człowieka oczytanego. Pamiętam go z książką w ręku: gdy tylko nadarzała się wolna chwila, zawsze czytał.

Wacław Szupicki na weselu u przyjaciela (stoi pierwszy od lewej strony)

W Warszawie udało mu się zdobyć posadę listonosza w więzieniu i cały czas tam pracował. Potem poznał moją mamę Jadwigę, z domu Wrzesień, ożenił się z nią. Miał wtedy 30 lat, mama zaś – 18. Do czterech lat wychowywałam się w Warszawie, przy mamie i babci. Ojciec w 1936 roku poprosił o prze-niesienie go na służbę do Grodna. Chciał w Grodnie wybudować dom, być może liczył na pomoc jednego ze swoich wujków, który był właścicielem cegielni w okolicach Grodna. Zdążył wybudować tylko tymczasowy domek, ażeby rodzina mogła w nim zamieszkać i nie trzeba było wynajmować mieszkania.

1 września 1939 roku ojciec jak zwykle poszedł na służbę. Gdzieś o godz. 10.00 sąsiadka powiedziała mamie, że mój tata zginął. Mama była z małym półrocznym braciszkiem na rękach i nie mogła pójść do więzienia. Poszłam razem z naszą sąsiadką. Gdy przyszłyśmy do więzienia, skierowano nas do kaplicy więziennej, w której stało pięć grobów. Podczas bombardowania miasta przez Niemców zginęło czterech strażników, w tym mój ojciec, oraz jeden więzień.

Stałam i w przerażeniu patrzyłam na te groby, sąsiadka uchyliła białą tkaninę, którą było przykryte ciało ojca. Zobaczyłam, że był uszkodzony mundur ojca, na poduszeczce była krew, miałam wrażenie, że ona nadal się sączy, zobaczyłam plecy ojca były czarne – jakby spalone.

Niemcy zrzucili pięć bomb na Grodno, trzy rzucono na most i lekko go uszkodzono, czwartą na kościół Farny, obecną bazylikę katedralną, piąta – od której zginął mój ojciec – trafiła na dziedziniec więzienia. Jeszcze było widać miejsce, gdzie spadła bomba, założono je deskami, po których przeszłyśmy do kaplicy. Mój ojciec był wśród pierwszych ofiar II wojny światowej w Grodnie. W jego kieszeni znaleziono zegarek, który się zatrzymał o godz. 07.55. Jeżeliby bombowiec przyleciał o 5 minut później, to ojciec wyszedłby już na pocztę i żył.

W następnych dniach też były bombardowania miasta, ucierpiały dzielnice żydowskie. Przez to pogrzeb ojca odbył się w nocy, nikt z nas nie był obecny na nim. Ojca pochowano na Cmentarzu Farnym. Później obok pochowano moją mamę, a kilka miesięcy temu tam spoczął mój brat.

Po przyjściu sowieckich okupantów, mama spaliła mundur ojca i czapkę, jego odznaki oraz dokumenty w piecu, bo bała się, że nas jako rodzinę pracownika polskiego więziennictwa, mogą wywieźć na Sybir.

Nasz dom znajdował się przy ulicy Rajgrodzkiej, obecnej ul. Gogola, stał ostatni na tej ulicy, za domem już był koniec miasta i ciągnęło się pole aż do Augustówka. Gdy zginął ojciec, to w rodzinie zapanował obraz nędzy i rozpaczy, mama nie pracowała, była wojna. Na trzeci dzień po tragedii mama otrzymała odszkodowanie za ojca, ale była wojna i już nic za te pieniądze nie można było kupić.

Potem już przyszli Sowieci i wszyscy żyliśmy w ciągłym strachu. Jeszcze za życia ojciec mówił mamie, że na wypadek wojny trzeba wyjechać do rodziny do Odelska, tam nie ma kolei, przemysłu i można przeczekać wojnę. Ojciec prosił o to brata.

Pamiętam, siedzieliśmy w domu, mama spakowała rzeczy na wypadek wywózki, ale nie mieliśmy żadnego zapasu jedzenia i przetrwać długą drogę nam byłoby trudno. Zapamiętałam taki obrazek: siedzimy wszyscy obok siebie, mama z braciszkiem i ja, jest noc, przez okno sączy się światło księżycowe i oświeca spakowane rzeczy i w tej samej chwili wchodzi do domu mężczyzna. To był brat ojca, który zabrał nas do Odelska. Gdy NKWD-iści przyszli po nas, już byliśmy w Odelsku.

Wróciliśmy do Grodna po przeszło roku. Mama poszła pracować do fabryki tytoniowej, braciszka oddano do żłobka, a mnie do ochronki. Wkrótce potem przyszli Niemcy. Przy Niemcach też zostawałam w ochronce, ale wkrótce Niemcy zrobili tam hotel (pałac nad Horodniczanką). Za Niemców mama otrzymywała mizerną pensję za pracę w fabryce, ale wynosiła w kieszeni tytoń i z niego się utrzymywaliśmy. To było niebezpieczne, mogła być za to rozstrzelana cała rodzina, ale mama nie miała innego wyjścia.

W domu było zimno, podczas deszczu przeciekał strych, żyliśmy przecież w prowizorce. W 1941 roku były straszne mrozy, nawet woda zamarzała w domu. Po wojnie pasłam krowy u gospodarzy w Adamowiczach i Mickiewiczach. Gdy było ciepło, jesienią i wiosną, przez dwa lata chodziłam do polskiej szkoły na ul. Północnej, a potem przez dwa lata do rosyjskiej. W zimie nie chodziłam, bo nie miałam butów. Mając 15 lat, poszłam do szkoły zawodowej fabryki obuwia, otrzymałam buty, sukienkę, mieliśmy zapewnione posiłki – dlatego tam poszłam. Po sześciu miesiącach nauki rozpoczęłam pracę w fabryce obuwia, trzeba było od-pracować dwa lata, wydawało się długo. Praca w fabryce na taśmociągu była nieciekawa, ale przepracowałam tam… aż 42 lata.

Jadwiga Szupicka w okresie powojennym

Chodziłam z przyjaciółkami na zabawy, w naszym towarzystwie były bardzo ładne dziewczyny, chłopcy zaniemeńscy byli z nas dumni, ale jednocześnie zazdrośni o nas. Gdy po zabawie albo po prywatce ktoś z chłopców z centrum miasta odprowadzał nas do domu, miał prawo towarzyszyć nam tylko do mostu, dalej był teren chłopców zaniemeńskich. Pewnego razu chłopak odprowadził mnie do domu, z powrotem musiał płynąć przez Niemen, trzymając ubranie w jednym ręku.

W zimie chodziliśmy na tańce do domu oficerów, tam były ładne podłogi, na których lekko się tańczyło, wokół były lustra. Chłopak przez salę szedł prosić dziewczynę do tańca z ukłonem, potem odprowadzał na miejsce, dziękował, całował w rękę. Ale w 1952 roku naszych wszystkich chłopców zabrano do sowieckiego wojska i rozesłano ich po całym Związku Sowieckim, a tu przyjechało dużo Rosjan. Na tańcach oni zachowywali się po chamsku. Takie zachowanie było nie do przyjęcia, przestałyśmy chodzić na potańcówki, a życie towarzyskie przeniosło się do domów prywatnych.

Pelagia Oleszkiewicz, 1962 rok

Potem wyszłam za mąż, urodziłam dwójkę dzieci, syna i córkę, mam wnuków i prawnuków. Życie mnie nie rozpieszczało, trzeba było pokonać dużo problemów w życiu prywatnym i patrzyć jak niszczono w czasach sowieckich to, co było dla nas, Polaków, ważne. Pamiętam, jakim ogromnym wstrząsem dla ludzi było zniszczenie Fary Witoldowej. Gdy szłam do pracy, fabryka wtedy była przy ul. Piłsudskiego (Lenina), to oglądałam dziwne straszne miejsce – widok bez świątyni był przerażający. Jeszcze bardziej ludzi byli przerażeni, gdy urzędnicy przyszli z dokumentami, że mają zburzyć kościół farny, obecną katedrę. Władze miały poszerzyć ulicę i kościół w tym przeszkadzał. Wtedy wierni zamknęli kościół, wszystkie drzwi i przez ponad miesiąc ludzi na kolanach modlili się na schodkach świątyni z różańcami w ręku. Przez całą dobę, w dzień i w nocy. Władze odstąpiły od swego zamysłu, ale nałożyły na kościół ogromne podatki. Przez prawie 30 lat nie było w nim księdza… Było dużo radości, gdy zaczęły się odradzać świątynie, życie religijne, powstało polskie stowarzyszenie. Od samego początku, od 1988 roku, jestem w Związku Polaków, legitymację wręczał dla mnie pierwszy prezes ZPB Tadeusz Gawin.

Not. Irena Waluś/Magazyn Polski, Nr9 2017 rok

Znadniemna.pl

Nazywam się Pelagia Oleszkiewicz, z domu Szupicka. Urodziłam się 1 lipca 1932 roku w Warszawie, gdzie mieszkałam przez pierwsze cztery lata swego życia. Potem moi rodzice przeprowadzili się do Grodna: ojciec chciał być bliżej swojej rodziny. Dla mnie szczęśliwe i bezpieczne dzieciństwo zakończyło się 1 września

Początkiem II wojny światowej był atak hitlerowskich Niemiec na Polskę, 1 września 1939 roku. Największy konflikt zbrojny w historii kosztował życie ponad 60 mln ludzi, w tym około 6 mln mieszkańców i mieszkanek Polski.

Rocznica wybuchu II wojny światowej

II wojna światowa rozpoczęła się dokładnie 83 lata temu. Trwające 6 lat walki między hitlerowskimi Niemcami i państwami Osi a sprzymierzonymi siłami Aliantów pochłonęły ponad 60 mln. ofiar, zrujnowały wiele państw i całkowicie zmieniły oblicze świata. Konflikt rozpoczął się od niesprowokowanego ataku na Polskę bez wypowiedzenia wojny. Pierwsze bomby spadły tuż po godzinie 5 rano na Wieluń, zaś pierwsza bitwa rozgorzała o półwysep Westerplatte, który nad ranem 1.09.1939 został ostrzelany przez niemiecki pancernik Schleswig-Holstein. Kampania wrześniowa, jak historycy nazywają obronę terytorium Polski, trwała do 6 października 1939.

Po tej dacie rozpoczęła się okupacja naszego kraju. Naród nie złożył jednak broni. Przez całą II wojnę światową na terenie RP Armia Krajowa dokonywała akcji dywersyjnych, a do historii przeszły dwa wielkie zrywy – powstanie w getcie warszawskim oraz powstanie warszawskie. Polacy walczyli też na wielu zagranicznych frontach konfliktu.

Rocznica wybuchu II wojny światowej – kampania wrześniowa

Dzień przed atakiem hitlerowcy przeprowadzili operację nazywaną dziś „prowokacją gliwicką”. Udający Polaków żołnierze niemieccy wdarli się do radiostacji w Gliwicach leżących wówczas na terenie III Rzeszy, by nadać komunikat o rzekomym przejęciu jej przez Polaków. Miało to dać Hitlerowi usprawiedliwienie ataku.

Kampania wrześniowa, choć zakończyła się zwycięstwem III Rzeszy, była dowodem waleczności Polaków. Hitler planował Blitzkrieg (pol. szybka wojna) – błyskawiczne uderzenie i zdobycie kraju w ciągu kilku dni. Ten plan się nie powiódł. Trwająca ponad miesiąc obrona RP zmusiła siły najeźdźców do zmian strategii, a jednocześnie umocniła morale Polek i Polaków.

Atak ZSRR na Polskę 17 września

Po ponad dwóch tygodniach walk, Polska otrzymała cios z drugiej strony. 17 września 1939 agresji dokonał Związek Radziecki pod rządami Stalina. ZSRR nazywało to „wyzwalaniem”, lecz faktycznie chodziło o zajęcie wschodnich terenów RP na mocy paktu Ribbentrop–Mołotow (od nazwisk szefów MSZ III Rzeszy i Związku Radzieckiego), który zakładał podział naszego kraju pomiędzy dwoma totalitarnymi reżimami.

Holocaust na terenie Polski

Najokrutniejszą zbrodnią III Rzeszy była eksterminacja żydowskiej ludności Europy. Adolf Hitler, oskarżający Żydów o wszelkie zło, zaplanował systematyczne mordowanie ich w specjalnie przystosowanych do tego obozach koncentracyjnych, obozach pracy i obozach zagłady. Do największego, leżącego na terenie Oświęcimia i Brzezinki, zwożono Żydów z całej Europy. Przez zagazowanie, egzekucje, z wycieńczenia i głodu zginęło tam około 1 300 000 osób. Holocaust do dziś uznawany jest za największa w dziejach zbrodnię przeciwko ludzkości.

Powstanie w getcie warszawskim i powstanie warszawskie

W Polsce do dziś kultywuje się pamięć o dwóch wielkich zrywach, które miały miejsce na terenie okupowanej Warszawy. Powstanie w getcie warszawskim rozpoczęło się 19 kwietnia 1943 i trwało do 16 maja. Zamknięta w getcie ludność żydowska, przy wsparciu AK i Gwardii Ludowej zorganizowała pierwszą akcję zbrojną o dużej skali w trakcie II wojny światowej. Było to też pierwsze miejskie powstanie w okupowanej Europie. Bezpośrednią przyczyną zrywu była wieść o planowanej przez hitlerowców likwidacji warszawskiego getta.

1 sierpnia 1944 roku wybuchło zaś powstanie warszawskie. Armia Krajowa przygotowała akcję „Burza”, która miała przynieść wyzwolenie stolicy. Powstańcy liczyli na pomoc aliantów, lecz ostatecznie musieli walczyć sami. Dwa miesiące walk kosztowały życie 10 tysięcy walczących warszawiaków oraz około 200 tysięcy ofiar wśród ludności cywilnej. Powstanie warszawskie zakończyło się 3 października 1944 roku i było największą bitwą organizacji podziemnych przeciw okupantom w czasie II wojny światowej.

Polacy na frontach II wojny światowej

Polacy nie składali broni przez całą II wojnę światową, a ich wkład w pokonanie Hitlera jest nie do przecenienia. Walki z III Rzeszą toczyły Armia Andersa i Armia Berlinga. Najsłynniejszą bitwą z udziałem Polaków była ta pod Monte Cassino, której celem było zdobycie obsadzonego przez Niemców klasztoru na szczycie wzgórza.

Sławę zdobyli też polscy lotnicy biorący udział w Bitwie o Anglię. Najbardziej spektakularne dokonania przypisuje się Dywizjonowi 303. Służący w nim piloci okazali się niesamowicie skuteczni i przyczynili się do obronienia wysp brytyjskich.

Ważny jest też wkład Polaków w działania pozamilitarne. Mowa tu między innymi o złamaniu szyfrów Enigmy, niemieckiej maszyny do tworzenia zaszyfrowanych komunikatów. Dzięki pracy trzech polskich kryptologów, Mariana Rejewskiego, Henryka Zygalskiego i Jerzego Różyckiego udało się odkryć zasadę działania maszyny, co znacznie ułatwiło aliantom przechwytywanie niemieckich meldunków i rozkazów.

Wciąż pamiętamy o 1 września 1939

Po wojnie Polska znalazła się pod kontrolą Związku Radzieckiego. Wielu bohaterów walk padło ofiarami represji ze strony władz podległych ZSRR, a rządy PRL-u stopniowo doprowadzały kraj do gospodarczej zapaści. Przez cały okres komunizmu pamiętano jednak o okrucieństwach wojny. Jest tak i dziś. 1 września 1939 roku to niewątpliwie jedna z najważniejszych dat w historii Polski.

Znadniemna.pl/eska.pl

Początkiem II wojny światowej był atak hitlerowskich Niemiec na Polskę, 1 września 1939 roku. Największy konflikt zbrojny w historii kosztował życie ponad 60 mln ludzi, w tym około 6 mln mieszkańców i mieszkanek Polski. Rocznica wybuchu II wojny światowej II wojna światowa rozpoczęła się dokładnie 83 lata

Polacy, opiekujący się od dziesięcioleci cmentarzem wojennym żołnierzy Armii Krajowej w Surkontach, nie godzą się z myślą, że żołnierskie groby wskutek barbarzyńskich działań reżimu Łukaszenki pozostaną bez chrześcijańskich symboli.

Zamiast kamiennych krzyży, które zostały zburzone i usunięte przez łukaszenkowskich bezbożników Polacy na zaoranym terenie nekropolii stawiają w miejscach domniemanych grobów prowizoryczne krzyże brzozowe, wykonane żołnierskim sposobem. Pod symbolami wiary polscy patrioci palą znicze  i modlą się za dusze żołnierzy legendarnego dowódcy AK, cichociemnego, podpułkownika Macieja Kalenkiewicza, będącego pomysłodawcą i autorem koncepcji operacji „Ostra Brama”, wskutek której Armia Krajowa wspólnie z oddziałami Armii Czerwonej wyzwoliła Wilno spod okupacji niemieckiej, ale, niestety, nie potrafiła utrzymać kontroli nad miastem.

Grób jednego z największych bohaterów II wojny światowej pochowanych na terenie Białorusi podobnie jak groby żołnierzy, spoczywających na jednym ze swoim dowódcą cmentarzu, został zaorany przez bezecników Łukaszenki, bojących się w przypadku odmowy wykonania bogoburczego rozkazu stracić srebrniki, płacone im za bezczeszczenie symboli wiary.

Na szczęście nawet w łukaszenkowskiej Białorusi wciąż żyją Polacy, dla których hasło „Bóg-Honor-Ojczyzna” oznacza imperatyw do działania na rzecz zachowania pamięci o prawdziwych bohaterach i patriotach. To tacy współcześni bohaterowie sposobem, znanym z wielu wojen, w których ginęli chrześcijanie stawiają na cmentarzu w Surkontach żołnierskie brzozowe krzyże w miejsce zniszczonych kamiennych.

Znadniemna.pl

Polacy, opiekujący się od dziesięcioleci cmentarzem wojennym żołnierzy Armii Krajowej w Surkontach, nie godzą się z myślą, że żołnierskie groby wskutek barbarzyńskich działań reżimu Łukaszenki pozostaną bez chrześcijańskich symboli. Zamiast kamiennych krzyży, które zostały zburzone i usunięte przez łukaszenkowskich bezbożników Polacy na zaoranym terenie nekropolii stawiają

Obywateli Białorusi, mieszkający w Polsce mogą ubiegać się o wizy krajowe i humanitarne do końca roku. Takie rozporządzenie podpisał Minister Spraw Zagranicznych RP. Dokument wszedł w życie 30 sierpnia br., informuje dev.by.

Do 31 grudnia 2022 roku Białorusini przebywający w Polsce będą mieli możliwość ubiegania się o wizy na terytorium naszego kraju:

  • wizy humanitarne, na podstawie których mogą następnie ubiegać się o pobyt czasowy na okres 3 lat;
  • wizy krajowe do pracy w charakterze kierowców w międzynarodowym transporcie osób lub towarów.

O wizy humanitarne będą mogły ubiegać się osoby, które

  • przebywały na terytorium Polski w dniu składania wniosku na podstawie wizy krajowej w celach humanitarnych (D21)
  • lub wjechali na terytorium Polski od 24 lutego 2022 r. z terytorium Ukrainy, gdzie legalnie przebywali przed wojną.

Jednocześnie obywatele, aby otrzymać wizę humanitarną, będą musieli podpisać oświadczenie, że nie mogą wrócić na Białoruś ze względów bezpieczeństwa lub z powodu ewentualnych represji.

Łącznie planuje się wydanie Białorusinom około 155 tysięcy wiz.

Dokumenty do wiz krajowych uprawniających do pracy w charakterze kierowcy będą przyjmowane przez Urząd Wojewódzki w miejscu zamieszkania.

Białorusini będą mogli składać wnioski o wizy humanitarne do MSZ za pośrednictwem firm pośredniczących. Lista takich firm będzie dostępna już wkrótce.

Znadniemna.pl/Kresy24.pl/dev.by

Obywateli Białorusi, mieszkający w Polsce mogą ubiegać się o wizy krajowe i humanitarne do końca roku. Takie rozporządzenie podpisał Minister Spraw Zagranicznych RP. Dokument wszedł w życie 30 sierpnia br., informuje dev.by. Do 31 grudnia 2022 roku Białorusini przebywający w Polsce będą mieli możliwość ubiegania się

Ponad 70-ciu uczestników wzięło udział w IV Międzynarodowym Polonijnym Turnieju Piłki Siatkowej w Łomży. Polonię reprezentowały sześć drużyn – po dwie z Austrii: Austria UPSA i Austria PACA, z Litwy: Wilno POLONIA i Wilno Rejon Wileński oraz podwójna reprezentacja ze Związku Polaków na Białorusi: „Sokół Grodno” i  ekipa siatkarzy z Brześcia.

Gościnnie wystąpiła w turnieju drużyna z Łomży. Pełniąc rolę gospodarza nie była ona brana pod uwagę w polonijnej klasyfikacji, której organizatorzy Turnieju wprawdzie nie opublikowali, ale sądząc po niektórych zdjęciach i relacjach wideo na YouTubie, siatkarze z Brześcia mogli zająć w końcowej klasyfikacji nawet miejsce na podium, zdobywając brązowe nagrody, a ich koledzy z Grodna zostali prawdopodobnie zwycięzcami turnieju! Pozostałe II miejsce na podiumPolacy z Białorusi oddali chyba rodakom z Litwy.

Organizatorem Turnieju było Stowarzyszenie „Wspólnota Polska” Oddział w Łomży oraz II Liceum Ogólnokształcące im. Marii Konopnickiej w Łomży. Nad całością niezawodnie czuwali Prezes Oddziału SWP w Łomży Hanka Gałązka oraz Członek Zarządu Krajowego SWP Sebastian Jaworowski.

„Chociaż celem sportowym jest wyłonienie najlepszej drużyny, to polonijne spotkania są okazją do integracji i poznania polskiej historii oraz kultury, dlatego organizatorzy przewidzieli zwiedzanie miasta, wieczorne spotkania umożliwiające przedstawienie polskich środowisk w miejscach zamieszkania zawodników, wspólną modlitwę w trakcie uroczystej mszy rozpoczynającej turniej, ale też pobyt na strzelnicy, co – jak wiemy – najbardziej ucieszyło zawodników z Austrii, mocno zaangażowanych tą formę sportu i odnoszących na tym polu wielkie sukcesy” – czytamy na stronie organizatorów turnieju, którzy, zapewniają, iż za rok w Łomży zorganizują także V Międzynarodowy Polonijny Turniej Piłki Siatkowej.

Znadniemna.pl na podstawie Polonijna Agencja Informacyjna

Ponad 70-ciu uczestników wzięło udział w IV Międzynarodowym Polonijnym Turnieju Piłki Siatkowej w Łomży. Polonię reprezentowały sześć drużyn - po dwie z Austrii: Austria UPSA i Austria PACA, z Litwy: Wilno POLONIA i Wilno Rejon Wileński oraz podwójna reprezentacja ze Związku Polaków na Białorusi: „Sokół

Dzisiaj, 30 sierpnia, minęła 156 rocznica urodzin Konstantego Skirmuntta, byłego ziemianina, polskiego polityka, Ministra Spraw Zagranicznych II Rzeczypospolitej oraz posła i ambasadora RP w Londynie i Rzymie. Minister zmarł w Wałbrzychu w 1949 roku i spoczywa na sobięcińskim cmentarzu. Grobem Skirmuntta opiekują się zakonnice – Niepokalanki.

Pałac Skirmunttów w Mołodowie, akwarela Napoleona Ordy, 1864

Pałac Skirmunttów w Mołodowie (woj. poleskie Drugiej Rzeczpospolitej), prawdopodobnie 1926. Pocztówka ze zbiorów cyfrowych Biblioteki Narodowej („polona.pl”)

Konstanty Skirmuntt urodził się w 1866 r. w miejscowości Mołodowo koło Kobrynia. Pochodził z zamożnej rodziny ziemiańskiej. Studia prawnicze ukończył w Petersburgu. Na przełomie wieków aktywnie działał m.in. w Zarządzie Grodzieńskiego Syndykatu Rolniczego i Mińskiego Towarzystwa Ubezpieczeń. Jako konserwatysta udzielał się w Stronnictwie Krajowym Litwy i Białorusi.

Cerkiew prawosławna, dawniej unicka, w Mołodowie, akwarela Napoleona Ordy, 1864

Kaplica Skirmunttów, 1937, ze zbiorów NAC

Pierwsze urszulanki szare w Mołodowie, 1937 r.; od lewej: ks. Jan Zieja (drugi), Maria Skirmuntt (siódma), Henryk Skirmuntt (ósmy), Konstanty Skirmuntt (dziewiąty). Fot. Archiwum Zgromadzenia Sióstr Urszulanek SJK

Siedzą: Maria i Konstanty, stoją: Henryk i Jadwiga Skirmunttowie, Mołodów, 1906. Fot. ze zbiorów Zofii Dernałowicz

Od 1909 do 1917 r. był członkiem rosyjskiego parlamentu. Od 1916 r. współpracował z założonym przez Romana Dmowskiego Stronnictwem Demokratyczno-Narodowym.

W latach 1917-19 był członkiem rzymskiego przedstawicielstwa Komitetu Narodowego Polskiego w Paryżu, w którego imieniu uczestniczył w Konferencji Wersalskiej. W tym czasie poznał papieża Benedykta XV i prowadził z nim rozmowy. Tuż po odzyskaniu przez Polskę niepodległości został mianowany ambasadorem w Rzymie.

W latach 1921-22 był ministrem spraw zagranicznych w rządach Wincentego Witosa i Antoniego Ponikowskiego. W tym czasie wypracował całościową koncepcję polskiej polityki zagranicznej opartą na zasadzie pokojowego rozwiązywania konfliktów i poszanowania zawartych kontraktów. Był jednocześnie gorącym zwolennikiem dobrych stosunków i przyjaźni z Czechosłowacją.

Ambasador Konstanty Skirmuntt udaje się z notą protestacyjną do Foreign Office w związku z antypolską audycją radia BBC, 1933. Ze zbiorów Narodowego Archiwum Cyfrowego

W latach 20. XX wieku Konstanty Skirmuntt sprawował mandat posła i senatora, reprezentował również Polskę w Lidze Narodów. Z życia politycznego wycofał się w 1934 r. Cztery lata później po ataku apopleksji, doznał częściowego paraliżu, ale do końca życia zachował sprawność umysłową.

Po napaści sowieckiej na wschodnią część Polski 17 września 1939 r. rodzinny majątek Konstantego Skirmuntta w Mołodowie został zagrabiony przez najeźdźców, którzy siostrę Marię i brata Henryka brutalnie zamordowali. Konstantemu i jego siostrze Jadwidze udało się szczęśliwie dotrzeć do Warszawy, gdzie znaleźli schronienie u rodziny Potockich, a po Powstaniu Warszawskim u sióstr urszulanek szarych. W 1946 r. po zakończeniu II wojny światowej już jako 80-letni staruszek znalazł się pod opieką sióstr niepokalanek. Wspierała go jego siostra Jadwiga. Trzy lata później zmarł, jednak przez czas pobytu zdołał zaskarbić sobie sympatię i wielki szacunek zarówno zakonnic, jak i uczennic liceum prowadzonego przez siostry. Dzięki sobięcińskim niepokalankom miejsce pochówku Konstantego doczekało się nagrobka, którym do dziś opiekują się siostry i uczennice szkoły.

Grób Konstantego Skirmuntta na cmentarzu w dzielnicy Sobięcin, dzisiejszej dzielnicy Wałbrzycha

Konstanty Skirmutt za swą działalność otrzymał takie odznaczenia, jak: Wielkie Wstęgi Orderu Polonia Restituta, francuska Legia Honorowa, Korona Włoska, belgijski Order Leopolda, jugosłowiański Orzeł Biały, norweski order św. Olafa, angielski Order Wiktorii i flamandzka Biała Róża.

Portret Konstantego Skirmuntta (1866–1949). Fotografia sprzed 1913. Ze zbiorów cyfrowych Biblioteki Narodowej („polona.pl”)

W szkolnej kronice Liceum Sióstr Niepokalanek zachował się wpis z tamtego czasu: „Miał już prawie 83 lata, ale dotąd trzymał się nieźle. Zawsze wytworny, elegancki i uprzejmy, codziennie wypuszczał się na spacer wzdłuż leżącej naprzeciw szkoły Czereśniowej alei. Był pogodny i chętnie rozmawiał z napotkanymi siostrami i uczennicami, dzieląc się opiniami na temat bieżących zdarzeń.

Ten doświadczony polityk i dyplomata interesował się wszystkim i wciąż patrzył na świat z optymizmem. Uwielbiali go tu wszyscy, nazywali Nasz Ambasador”. Jak wspominają siostry, Konstanty zwykł często mawiać: „Wielu u nas, kandydatów na hetmanów, a niedostatek tych, którzy słuchają i pracują”.

Zachował się o nim także inny wpis w kronice: „Był człowiekiem głębokiej wiary, wielkiego umysłu, nieposzlakowanej zacności charakteru”.

Znadniemna.pl/Krzysztof Zaremba

 

Dzisiaj, 30 sierpnia, minęła 156 rocznica urodzin Konstantego Skirmuntta, byłego ziemianina, polskiego polityka, Ministra Spraw Zagranicznych II Rzeczypospolitej oraz posła i ambasadora RP w Londynie i Rzymie. Minister zmarł w Wałbrzychu w 1949 roku i spoczywa na sobięcińskim cmentarzu. Grobem Skirmuntta opiekują się zakonnice –

Car, przekonany o potędze własnej armii, żądał od Polaków ustępstw, na które nie mogli się zgodzić. Poważnym błędem cara było także niedocenie nowego króla Stefana Batorego, który doskonale znał się na wojaczce. A jego żołnierze wierzyli, że nadarza się okazja do zdobycia nieprzebranych skarbów.

Zdobycie Połocka według Konstantego Górskiego

W 1572 roku zmarł król Zygmunt II August i Rzeczpospolita Obojga Narodów znalazła się w niebezpiecznym okresie bezkrólewia. Obawiano się wówczas, że car Iwan IV Groźny złamie trwający od 1570 roku rozejm w wojnie o Inflanty. Ten jednak – łudząc się nadzieją na polską koronę lub na jej zdobycie przez utrzymujących dobre stosunki z Moskwą Habsburgów – dotrzymał zawartych traktatów.

Cierpliwość cara skończyła się w 1575 roku. Jego wojska zajęły porty Salis oraz Parnawę. W styczniu 1577 roku pojawiły się natomiast w Estonii i uderzyły na Rewel, ostatnią posiadłość szwedzką w tym rejonie. Oblężenie się nie powiodło i zakończono je w marcu. Jednocześnie wiosną Iwan IV zaczął gromadzić pod Nowogrodem i Pskowem kolejne oddziały do uderzenia na polską część prowincji.

Zgubna pewność siebie

Armia moskiewska zgromadzona pod Pskowem liczyła ponad 30 tysięcy żołnierzy, toteż car spodziewał się łatwego sukcesu. Ponadto Stefan Batory, zasiadający już wówczas na polskim tronie, był zaangażowany od początku 1577 roku w konflikt ze zbuntowanym po jego elekcji Gdańskiem. Wykorzystując zaistniałą sytuację, w lipcu główna armia moskiewska dowodzona przez Iwana IV wtargnęła do Inflant. Do połowy września siły te zajęły 27 zamków i warowni.

Tymczasem pod koniec września 1577 roku zebrało się pospolite ruszenie Litwy. Wraz z nielicznymi oddziałami lokalnych rotmistrzów zdołało ono do połowy 1578 roku odzyskać 17 zamków inflanckich. Przeciwdziałanie wojsk moskiewskich skutecznie sparaliżował atak wyprowadzony przez Szwedów na Narwę.

Jakby tego było mało, ci wraz z siłami litewskimi zadali 21 października 1578 roku ciężką klęskę armii carskiej pod Wenden (Kieś). Jednocześnie królewskiej dyplomacji udało się przeciągnąć na polską stronę wspierającego dotąd Iwana księcia Magnusa Inflanckiego, który ostatecznie zbiegł do Kurlandii. Ponadto obok regularnych oddziałów polskich i litewskich do walki z carem przystąpili ochotnicy inflanccy.

Batory, zdając sobie sprawę, że nie jest jeszcze gotowy na walną rozprawę z Iwanem, pchnął do Moskwy w styczniu 1578 roku posłów na rokowania. Uzyskawszy trzyletni rozejm, zaczął przygotowywać się do wojny. I już w 1579 roku udało mu się wystawić pięćdziesięciosześciotysięczną armię z ponad 90 działami.

Wojsko na miarę epoki

Tymczasem Iwan IV zlekceważył królewskie przygotowania do wojny. On sam mógł dysponować w polu armią liczącą 40–48 tysięcy żołnierzy wspartych przez różnego rodzaju oddziały pomocnicze. Mogło to dać w sumie siłę około 70 tysięcy zbrojnych. Armia ta jednak ustępowała siłom Batorego pod względem uzbrojenia, organizacji, dyscypliny oraz dowodzenia. Car skupił swe armie polowe w trzech grupach – pod Smoleńskiem, Pskowem i Nowogrodem. Te ostatnie wdarły się na Żmudź, ale zostały zawrócone na wieść o marszu Batorego na Połock.

26 czerwca 1579 roku król wypowiedział wojnę carowi i wyruszył do Świru koło Wilna, gdzie nastąpiła koncentracja wojsk polsko-litewskich. Stamtąd 17 lipca licząca prawie 42 tysiące żołnierzy armia wyruszyła, by odbić ziemię połocką.

Wkrótce idące przodem lekkie chorągwie jazdy zdobyły warownie Koziany, Krasne i Sitno. Jedyną groźbą dla armii królewskiej pozostał tylko silnie obsadzony Sokół. Batory pozostawił go na tyłach, nie chcąc rozpraszać sił przed zdobyciem głównego celu wyprawy – Połocka.

Początek oblężenia

11 sierpnia król stanął pod miastem. Twierdza odbudowana po 1563 roku składała się z trzech obwarowanych części. Chroniona była od południa szerokimi wodami Dźwiny. Kluczowym elementem fortyfikacji był tak zwany Zamek Wysoki. Wznosił się na wzgórzu rozciągającym się w zakolu przy samym ujściu Połoty do Dźwiny. Jego umocnienia i liczne baszty znacznie górowały nad pozostałymi fortyfikacjami miasta.

Drugą najważniejszą częścią umocnień był broniący wschodniej rubieży Zamek Strzelecki połączony z Zamkiem Wysokim drewniano-ziemnym wałem. Właściwe miasto – Zapołocie – leżało na zachód od Zamku Wysokiego. Od południa oblewała je Dźwina, ale wały drewniano-ziemne od strony północnej i zachodniej zabezpieczał jedynie szeroki rów. Umocnienia asekurowało 8 drewnianych baszt. Miasto łączył z Zamkiem Wysokim drewniany most przerzucony przez Połotę.

Obwarowania były drewniano-ziemne, dodatkowo obłożone gliną, co skutecznie zabezpieczało fortyfikacje przed podpaleniem. Załoga Połocka składała się z sześciu tysięcy żołnierzy i mieszczan dysponujących silną artylerią, w tym 38 ciężkimi działami i 300 hakownicami.

Po nadejściu wszystkich wojsk rozpoczęto regularne oblężenie. Armia Batorego otoczyła Połock olbrzymim półkolem, które rozpoczynało się nad Dźwiną, na zachód od twierdzy, i kończyło również nad rzeką, tyle że na wschód od umocnień.

Niejako z marszu Kasper Bekiesz, dowodzący jazdą węgierską, rozpoczął bombardowanie Zapołocia. Ostrzał okazał się na tyle skuteczny, że obrońcy szybko wycofali się do zamku, podpaliwszy zabudowania oraz most. Następnie Węgrzy, kopiąc aprosze, zaczęli zbliżać się do Zamku Wysokiego. W czasie tych prac działa Bekiesza nieustannie ostrzeliwały obwarowania twierdzy. Niestety efekty tego bombardowania okazały się mizerne.

Pod trwającym jednocześnie kontrostrzałem moskiewskim udało się Bekieszowi podciągnąć swoje działa na odległość 200–250 metrów od obwałowań Zamku Wysokiego. Wkrótce też do węgierskiej kanonady dołączyła polska bateria. Próbowano też podpalić umocnienia, ale bez powodzenia.

Straty po obu stronach od początku były duże, mimo, że przez jakiś czas ograniczano się właściwie do wzajemnego ostrzeliwania z dział. Wkrótce też położenie armii Batorego stało się trudne, bowiem na tyłach zaktywizowali się Moskwici.

Nieposkromiona żądza łupu

Pod Sokołem stanęła pięciotysięczna armia Borysa Szeina i Fiodora Szeremietiewa. Ponadto w ręce wojsk carskich wpadł słabo strzeżony zamek Krasne. Mimo, że część jazdy hetmana Krzysztofa Radziwiłła zablokowała zamek, w którym schronił się wróg, oddziały moskiewskie szarpały polskie i litewskie transporty z zaopatrzeniem dla armii Batorego. A z aprowizacją w obozie królewskim było coraz gorzej.

Wobec narastających trudności król zwołał radę wojenną. Część dowódców namawiała go do szturmu ze wszystkich stron. Monarcha nie chciał jednak ryzykować, uważając, że w razie niepowodzenia wypadnie tylko zwinąć oblężenie.

Ostatecznie szturm, który miał zostać poprzedzony podpaleniem fortyfikacji Zamku Wysokiego, wyznaczono na 29 sierpnia. Tego dnia wreszcie przestało padać, a atakującym udało się wzniecić pożar umocnień. Na widok płomieni król wyprowadził z obozu całe wojsko. Ustawił je frontem w kierunku Sokoła, skąd obawiał się nadejścia odsieczy. Jednak chciał również zrobić wrażenie na obrońcach Połocka. Pożar, widok całej armii oraz list królewski wzywający do kapitulacji i obiecujący łaskę zrobiły swoje.

Z murów twierdzy zeskoczyło 10 połocczan z wieścią, że miasto chce się poddać. Ale żołnierze Batorego nie chcieli kapitulacji. Od dawna krążyły wśród nich słuchy o zgromadzonych w twierdzy skarbach. Chcieli je zdobyć, pragnęli szturmu i łupów. Gdy więc Bekiesz wysłał zbiegów do króla, eskortujący mężczyzn żołnierze węgierscy wymordowali ich po drodze. Bekieszowi udało się ocalić tylko jednego.

Ponieważ zapadał już zmrok, król, nie chcąc ryzykować nocnej walki, odłożył szturm na dzień następny. Tymczasem oddział Węgrów rzucił się bez rozkazu do natarcia. Został jednak odparty, a obrońcy ruszyli za nimi w pościg. Na szczęście przy moście stała dwustuosobowa rota piechoty węgierskiej, która powstrzymała pogoń.

Kontratak obrońców zaniepokoił polskich dowódców. Hetman Mielecki pchnął do walki posiłki, osobiście stając na czele atakujących. Za jego przykładem poszedł i król, ale ostatecznie został powstrzymany przed tak ryzykownym krokiem. Próba nocnego szturmu skończyła się jednak niepowodzeniem, a to fatalnie wpłynęło na nastroje żołnierzy.

Tymczasem połocczanie dogasili ogień i przez całą noc z 29 na 30 sierpnia pracowali nad wzmocnieniem wału, który już raz powstrzymał Węgrów i Polaków. Wreszcie koło południa 30 sierpnia obrońcy odrzucili kolejne królewskie wezwanie do kapitulacji. Wobec tego Batory natychmiast kazał otworzyć ogień z dział i rozpocząć atak.

Walczyć czy kapitulować?

Natarcie przeprowadzono jednocześnie od północnego wschodu, od północy i od zachodu, ze spalonego Zapołocia. Piechota polska i węgierska, wspierana tym razem ochotnikami z jazdy, wdarła się do Zamku Wysokiego. Wykorzystując sukces szturmujących, król przesłał do połocczan kolejny list z wezwaniem do poddania się i z ofertą łaskawego obejścia się z obrońcami.

Wówczas, zdając sobie sprawę z położenia i malejących szans na przetrwanie oblężenia, większa część obrońców opowiedziała się za kapitulacją. Ostatecznie 30 sierpnia miasto przyjęło warunki królewskie. Były one nadzwyczaj łagodne.

Cała załoga miała prawo wrócić do Moskwy. W niewoli pozostali jedynie dowódcy carscy. Również wszyscy mieszkańcy mogli odejść wraz z mieniem ruchomym. Natomiast broń i zaopatrzenie miały trafić do armii królewskiej. Mimo represji grożących za oddanie miasta niemal wszyscy połocczanie je opuścili.

Dwudziestodniowe oblężenie Połocka kosztowało armię królewską kilkuset zabitych i znacznie więcej rannych, zmarłych i chorych. Straty obrońców były dużo większe, chociaż źródła z przesadą oceniają je na kilka tysięcy. Zwycięzcy zagarnęli 38 ciężkich dział, 300 hakownic, 600 rusznic, duże zapasy prochu i żywności. Te ostatnie najbardziej ucieszyły wygłodzonych żołnierzy.

Po zdobyciu Połocka przyszła kolej na pomniejsze zamki. Wkrótce zdobyto Sokół, Nieszczedrę, Turowlę i Suszę. Kawaleryjski zagon Filona Kmity spustoszył ziemię smoleńską, a zagon Konstantego Ostrogskiego – ziemię czernihowską.

W tym czasie moskiewskie armie polowe zachowywały się biernie i nie ryzykowały starcia z siłami Rzeczypospolitej w otwartym polu. Ponadto car zaproponował rokowania pokojowe. Batory jednak po sukcesach kampanii z 1579 roku nabrał pewności siebie. W kolejnych latach udawało mu się nakłonić sejm do wysokich podatków, które pozwalały na skuteczną walkę z Moskwą.

Ostatecznie w styczniu 1582 roku w Jamie Zapolskim koło Pskowa zawarto dziesięcioletni rozejm. Na jego mocy Rzeczpospolita uzyskała prawie całe Inflanty oraz Połock i Wieliż. Parcie państwa moskiewskiego ku bałtyckiemu oknu na świat zostało chwilowo zatrzymane, ale już za niespełna 20 lat Rzeczpospolitej znowu przyjdzie walczyć o Inflanty – tym razem ze Szwecją.

Znadniemna.pl za ciekawostkihistoryczne.pl

Na foto: XVI-wieczne przedstawienie oblężenia Połocka przez wojska Batorego

Car, przekonany o potędze własnej armii, żądał od Polaków ustępstw, na które nie mogli się zgodzić. Poważnym błędem cara było także niedocenie nowego króla Stefana Batorego, który doskonale znał się na wojaczce. A jego żołnierze wierzyli, że nadarza się okazja do zdobycia nieprzebranych skarbów. [caption id="attachment_57883"

Skip to content