HomeStandard Blog Whole Post (Page 4)

Ćwierć wieku działalności to w świecie organizacji społecznych czas, który mówi sam za siebie. Fundacja na rzecz Pomocy Dzieciom Grodzieńszczyzny nie tylko przetrwała zmieniające się realia i kryzysy, ale przede wszystkim przez 25 lat pozostawała miejscem realnego wsparcia dla Polaków z Białorusi — zarówno tych, którzy zostali w swoich rodzinnych miejscowościach, jak i tych, którzy musieli szukać nowego życia w Polsce. O tym, jak wyglądała ta droga, co było w niej najtrudniejsze, a co najpiękniejsze, oraz o tym, jak Fundacja odnajduje się obecnie, rozmawiamy z jej prezesem, Rafałem Cierniakiem, człowiekiem, który od lat stoi na pierwszej linii tej cichej, ale niezwykle ważnej misji.

Fundacja na rzecz Pomocy Dzieciom Grodzieńszczyzny ukończyła 25 lat. Co dziś uważa Pan za jej największy sukces?

Były wychowanek i wolontariusz Fundacji Paweł Mickiewicz, obecny prezes Fundacji OKNO NA WSCHÓD w Białymstoku i Rafal Cierniak

– Niezmiennie od wielu już lat uważam, że sukcesem Fundacji są ludzie. Przy czym ludzie pojmowani bardzo szeroko, bo mam na myśli tych, którzy z ramienia Fundacji organizują pomoc, darczyńców, którzy ją umożliwiają, wolontariuszy, którzy ją realizują, jak i – co najważniejsze – tych, do kogo ta pomoc była i jest skierowana, czyli Polaków z Białorusi.

Dla nas jest największą radością, że wszystkie te grupy ludzi mogły się spotykać w jednym czasie i w jednym miejscu. Często nie było to łatwe, czasami było nawet bardzo trudne, ale się udawało. Tym szczególnym miejscem spotkań był i pozostaje nasz Dom Polonii w Żytkiejmach, miejsce stworzone z myślą o Polakach z Białorusi.

To tam najczęściej się spotykaliśmy, rozmawialiśmy o potrzebach środowiska rodaków za wschodnią miedzą, o sposobach realizacji kolejnych przedsięwzięć. Dom Polonii tętnił życiem zwłaszcza latem, kiedy przyjeżdżały do niego dzieci i młodzież, do których ta pomoc była kierowana. Zapraszaliśmy tam także naszych darczyńców. Byliśmy tam my – organizatorzy i wolontariusze – czyli to ogniwo, które łączyło odbiorców pomocy z tymi, którzy tę pomoc umożliwiali.

Dlatego, jeśli mam wskazać jeden największy sukces, to bez wahania powiem: ludzie oraz magiczne dla wielu z nas miejsce – Żytkiejmy i Dom Polonii, do którego niezmiennie zapraszamy wszystkich.

Oszacuje Pan, jak wiele dzieci przez te lata odwiedziło Żytkiejmy?

Dom Polonii w Żytkiejmach

Jeden z turnusów kolonijnych dzieci z Białorusi w Domu Polonii w Żytkiejmach

– Z naszych wyliczeń, które od czasu do czasu robimy, wynika, że było tego ponad pięć tysięcy osób. Mówimy o ludziach, którzy skorzystali z pobytu w Żytkiejmach w różnych formach – głównie letniego pobytu edukacyjno-wypoczynkowego, ale także innych akcji, które tam się odbywały, jak choćby Dni Nauczyciela czy „Podarujmy Dzieciom Święta”. To naprawdę spora grupa Polaków z Białorusi.

Podarujmy Dzieciom Święta w Domu Polonii w Żytkiejmach

Czy pamięta Pan moment, w którym pojawiło się przekonanie, że to, co robicie, naprawdę ma sens?

– Nie potrafię wskazać jednego konkretnego momentu. Na początku wyglądało to tak, że między sobą rozmawialiśmy i zakładaliśmy: trochę popracujemy, trochę pomocy zorganizujemy dla najbardziej potrzebujących i to się skończy. Natomiast dosyć szybko zrozumieliśmy, że to jednak ma sens.

Przełomowym momentem była pierwsza akcja pomocowa. Po niej zgłosili się do nas darczyńcy, którzy powiedzieli wprost: chcemy pomagać, ale musicie mieć formę prawną. I wtedy właśnie powstała Fundacja.

Kolejnym bardzo ważnym doświadczeniem były pierwsze kolonie letnie – cztery turnusy, każdy po około 40–50 uczestników, razem z nauczycielami, którzy byli opiekunami grup. Rozmowy z nimi i uświadomienie sobie, jak ogromne są potrzeby tego środowiska, sprawiły, że chyba wtedy ostatecznie przekonałem się, że to, co robimy, ma głęboki sens.

Pamiętam spotkania w Związku Polaków w Grodnie, gdzie czekano na wsparcie, na podtrzymanie łączności z Macierzą. Jeśli więc miałbym odpowiedzieć, kiedy dokładnie to zrozumiałem, to powiedziałbym, że podczas pierwszych wakacji w 2001 roku.

Jak ćwierć wieku pracy społecznej wpłynęło na Pana osobiście?

– Opowiem krótką anegdotę. Kilkanaście lat temu miałem spotkanie klasowe mojej klasy ze szkoły podstawowej. Spotkaliśmy się po około dwudziestu latach. Z wieloma osobami widziałem się wtedy po raz pierwszy od zakończenia szkoły. Nasza wychowawczyni, teraz już śp. pani Barbara Tchórzewska, poprosiła nas, żebyśmy krótko opowiedzieli, czym się obecnie zajmujemy.

Kiedy powiedziałem, czym się zajmuję ja, moi koledzy i koleżanki spojrzeli na mnie i stwierdzili: „Aha, no to wszystko się zgadza. Rafał – pomoc, pomaganie, to zawsze była twoja droga”. Byłem tym bardzo zaskoczony, bo sam nie miałem takiej świadomości. Okazało się jednak, że jako nastolatek już byłem tak postrzegany.

Biorąc to pod uwagę, chęć pomagania innym rzeczywiście mogła mieć wpływ na moje wybory życiowe. Zawsze, jeśli ktoś potrzebował pomocy, starałem się o niego włączyć. Z czasem nauczyłem się też, jak pomagać mądrze. Wiem dziś, że czasem warto nagłaśniać nasze akcje i prosić o wsparcie darczyńców, a czasem lepiej działać spokojnie, bez rozgłosu. Są sytuacje, w których wystarczy po prostu zrobić swoje – czasem tylko porozmawiać, okazać obecność i wsparcie – i to również jest bardzo ważna forma pomocy.

Czy misja Fundacji zmieniała się na przestrzeni lat?

– W swoim głównym nurcie pozostała niezmienna. Od początku działaliśmy z myślą o Polakach z Białorusi, głównie – dzieciach. Z czasem jednak pojawiły się nowe grupy odbiorców. Kiedy o pomoc zwrócili się do nas kombatanci czy seniorzy, początkowo mieliśmy wątpliwości, bo przecież w nazwie Fundacji są „dzieci”. Szybko jednak zrozumieliśmy, że „dzieci Grodzieńszczyzny” to pojęcie symboliczne – obejmujące osoby w każdym wieku.

W efekcie zaczęliśmy realizować projekty także dla kombatantów, seniorów, nauczycieli. Misja się więc nie zmieniła, ale naturalnie się rozszerzyła.

A kim były pierwsze dzieci objęte pomocą i czym ich potrzeby różniły się od dzisiejszych?

– Te pierwsze dzieci, które przyjeżdżały do nas na kolonie w pierwszych latach działalności, to były przede wszystkim dzieci uczące się w Polskiej Szkole w Grodnie albo będące podopiecznymi Związku Polaków na Białorusi. Przyjeżdżały często razem z nauczycielami, którzy byli opiekunami grup.

Poznajemy Żytkiejmy. Kolonie letnie, 2024 rok

Na początku – zresztą także i później – nie zawsze kluczowy był status materialny. Oczywiście był on jednym z elementów branych pod uwagę, ale znacznie ważniejsze było zaangażowanie w naukę języka polskiego, w polskość, w działanie. Dziś sytuacja wygląda inaczej, ale jedno się nie zmieniło: cały czas zwracamy uwagę na autentyczne zaangażowanie i motywację.

Jakie wyzwania w Pana pracy są dziś najtrudniejsze?

– Najtrudniejsze są uwarunkowania zewnętrzne, czyli szeroko rozumiana geopolityka. Granice zamknięte albo otwarte, lecz z ogromnymi ograniczeniami, sprawiają, że realny kontakt jest dziś znacznie trudniejszy niż jeszcze kilka lat temu.

Do tego dochodzi sytuacja na samej Białorusi po 2020 roku, ale o tym wiele osób wie, nie trzeba więc rozwijać samego tematu. To, co funkcjonuje obecnie, ma zatem charakter szczątkowy w porównaniu z tym, co było wcześniej.

Jak zmieniały się realia funkcjonowania Fundacji po 2020 roku?

– To był bardzo trudny czas – najpierw pandemia, potem wydarzenia powyborcze na Białorusi. Nasze działania jednak się wówczas nie zatrzymały. Zmieniły formę i kierunek, ale cały czas były realizowane z myślą o tradycyjnych odbiorcach naszej pomocy – Polakach z Białorusi.

Skupiliśmy się przede wszystkim na osobach, które przyjechały do Polski i tutaj potrzebowały wsparcia, zwłaszcza tuż po przyjeździe. Działaliśmy w miarę naszych możliwości, często we współpracy z innymi organizacjami.

Jaką rolę  w funkcjonowaniu Fundacji odgrywają wolontariusze jaką darczyńcy?

– Bez darczyńców Fundacja nie mogłaby istnieć. Są oni dziś absolutną podstawą naszej działalności. Bez wolontariuszy z kolei nie byłoby możliwe przeprowadzanie większych wydarzeń czy akcji. Co ważne, bardzo często wolontariuszami są nasi byli podopieczni.

Warto też podkreślić ogromne znaczenie wsparcia instytucji państwowych – Senatu RP, Ministerstwa Spraw Zagranicznych czy Ministerstwa Edukacji Narodowej RP. Przez wiele lat to wsparcie pozwalało nam realizować projekty skierowane do Polaków z Białorusi – dodajmy, bardzo różnorodne projekty, czyli takie które obu stronom – uczestnikom i realizatorom – dawały mnóstwo radości, spełnienia, które nie były jednostronnym „dawaniem”, lecz spotkaniem z poczuciem wspólnoty, odpowiedzialności i współdziałania.

Jakie są plany Fundacji  oraz Pana osobiste na przyszłość?

– Najważniejsze dla nas dziś jest, żeby nasza działalność była nie tylko kontynuowana, ale żeby była efektywna i odpowiadała realnym potrzebom Polaków z Białorusi. W ostatnich latach musieliśmy dostosować nasze działania do nowych czasów i wyzwań – część wsparcia przeniosła się do Polski, gdzie pomagamy osobom, które przyjechały tu i potrzebują wsparcia w adaptacji, nauce języka, edukacji dzieci czy integracji społecznej.

Nie rezygnujemy jednak z kontaktu z tymi, którzy pozostali na Białorusi – choć w trudnych warunkach staramy się realizować projekty edukacyjne i kulturalne, wspierać lokalne inicjatywy oraz utrzymywać poczucie, że jesteśmy razem. Współpracujemy z wolontariuszami, byłymi podopiecznymi i instytucjami państwowymi, aby nasze wsparcie było realne i długofalowe.

Jeśli chodzi o przyszłość, chcemy przede wszystkim kontynuować naszą misję – pomagać, integrować i inspirować kolejne pokolenia Polaków z Białorusi. Planujemy rozwijać programy edukacyjne, organizować więcej wyjazdów i kolonii dla dzieci, wspierać seniorów i nauczycieli, a także pielęgnować miejsce, które stało się symbolem naszego działania – Dom Polonii w Żytkiejmach. Moim osobistym priorytetem pozostaje zdrowie i siła, żeby móc nadal aktywnie angażować się w te wszystkie działania. Pragnę, by Fundacja była miejscem spotkań, wsparcia oraz realnej pomocy, żeby każdy, kto z tej pomocy korzysta, czuł się zauważony, doceniony i bezpieczny.

Dziękujemy i na zakończenie naszej rozmowy chcemy złożyć najserdeczniejsze życzenia z okazji 25‑lecia Fundacji na rzecz Polskich Dzieci Grodzieńszczyzny. Ćwierć wieku nieustannej pracy, troski i obecności przy Polakach z Białorusi to dorobek, który zasługuje na najwyższy szacunek. Życzymy, aby kolejne lata przyniosły Fundacji jeszcze więcej siły, życzliwości i ludzi, którzy — tak jak dotąd — będą tworzyć jej wyjątkową misję. Niech nie zabraknie Wam energii, wsparcia i wiary w sens tego, co robicie. Dziękujemy za 25 lat dobra! Niech ta historia trwa dalej…

Znadniemna.pl

 

Ćwierć wieku działalności to w świecie organizacji społecznych czas, który mówi sam za siebie. Fundacja na rzecz Pomocy Dzieciom Grodzieńszczyzny nie tylko przetrwała zmieniające się realia i kryzysy, ale przede wszystkim przez 25 lat pozostawała miejscem realnego wsparcia dla Polaków z Białorusi — zarówno tych,

Ks. Władysław Zawalniuk, były proboszcz zamkniętego dla parafian kościoła pw. św. Szymona i Heleny w Mińsku, zwrócił się do władz białoruskiej stolicy z prośbą o umożliwienie wiernym modlitwy przy sarkofagu fundatora świątyni przed 10. rocznicą ogłoszenia go Sługą Bożym.

W najnowszym nagraniu opublikowanym na kanale YouTube „Głos Duszy” ks. Zawalniuk, odpowiedzialny za proces beatyfikacyjny Edwarda Woyniłłowicza, poinformował, że skierował otwarty apel do dyrektora przedsiębiorstwa „Mińska Spadczyna” oraz przewodniczącego Mińskiego Komitetu Wykonawczego. Duchowny zabiega o to, by wierni mogli choć na krótko wejść na teren świątyni i pomodlić się przy sarkofagu fundatora Czerwonego Kościoła.

Jak zaznaczył, parafianie od ponad trzech lat nie mają dostępu ani do wnętrza kościoła, ani do miejsca spoczynku Woyniłłowicza. Remont świątyni wciąż trwa, a jego zakończenie przewidziano dopiero na styczeń 2027 roku. Wciąż nie ma pewności, czy po zakończeniu prac parafia będzie mogła powrócić do swojej historycznej siedziby.

W swoim wystąpieniu duchowny przypomniał również, że nie po raz pierwszy zwraca się do „Mińskiej Spadczyny” z podobną prośbą. Zdecydowanie się na formę otwartego listu może — jak sugeruje — świadczyć o wcześniejszych odmowach lub braku reakcji ze strony zarządcy obiektu.

Na zakończenie ks. Zawalniuk zapowiedział, że po rozmowie z przedstawicielami „Mińskiej Spadczyny”, jeśli do niej dojdzie, poinformuje wiernych o jej rezultatach.

Znadniemna.pl na podstawie Katolik.life, na zdjęciu: ks. Władysław Zawalniuk na nagranym przez siebie wideo, fot.: screenshot z YouTube’a

Ks. Władysław Zawalniuk, były proboszcz zamkniętego dla parafian kościoła pw. św. Szymona i Heleny w Mińsku, zwrócił się do władz białoruskiej stolicy z prośbą o umożliwienie wiernym modlitwy przy sarkofagu fundatora świątyni przed 10. rocznicą ogłoszenia go Sługą Bożym. W najnowszym nagraniu opublikowanym na kanale YouTube

Maria Żodzik potwierdziła swoją przynależność do światowej czołówki skoku wzwyż, pokonując 1,98 m podczas wczorajszego Copernicus Cup w Toruniu. Wynik osiągnięty w minioną niedzielę – 22 lutego 2026 roku – to jej nowy rekord życiowy w hali, a jednocześnie rezultat, który dał jej zwycięstwo w konkursie oraz triumf w całym cyklu World Athletics Indoor Tour Gold, a także – prawo startu na najbliższych halowych mistrzostwach świata.

Wicemistrzyni świata z Tokio nie pozostawiła wątpliwości, że jest jedną z najrówniej skaczących zawodniczek ostatnich sezonów. Jej skok na 1,98 m — wykonany pewnie i przy dużej stabilności technicznej — był najlepszym wynikiem konkursu i potwierdzeniem, że forma z poprzedniego roku nie była jednorazowym błyskiem. Jak podkreślali komentatorzy, Żodzik skakała z dużą swobodą, a jej próba na rekordowej wysokości wyglądała na w pełni kontrolowaną.

Toruński sukces jest naturalną kontynuacją drogi, którą Żodzik rozpoczęła po uzyskaniu polskiego obywatelstwa w 2024 roku. Urodzona na Białorusi zawodniczka szybko odnalazła w Polsce stabilne warunki treningowe i wsparcie, które pozwoliły jej wejść na poziom, o jakim wcześniej mogła jedynie marzyć. Najlepszym dowodem był jej występ na mistrzostwach świata w Tokio w 2025 roku, gdzie w trudnych warunkach pogodowych skoczyła 2,00 m i zdobyła srebrny medal — pierwszy tak prestiżowy sukces w jej karierze i jedyny medal dla Polski na tych zawodach.

To właśnie tamten skok na dwa metry otworzył przed nią nowy etap kariery, a wynik z Torunia pokazuje, że Żodzik nie tylko utrzymuje poziom, ale wciąż się rozwija. Jej halowy rekord 1,98 m jest sygnałem, że w sezonie 2026 może ponownie odegrać kluczową rolę w reprezentacji i powalczyć o kolejne medale.

Maria Żodzik stała się jedną z najważniejszych postaci polskiej lekkiej atletyki — zawodniczką, która łączy talent, determinację i historię o nowym początku, zakończonym sukcesami, które inspirują zarówno kibiców, jak i koleżanki z kadry.

Znadniemna.pl na podstawie TVP Sportna zdjęciu: Maria Żodzik w Toruniu pokonuje poprzeczkę na rekordowej dla siebie wysokości, fot.: facebook.com

Maria Żodzik potwierdziła swoją przynależność do światowej czołówki skoku wzwyż, pokonując 1,98 m podczas wczorajszego Copernicus Cup w Toruniu. Wynik osiągnięty w minioną niedzielę – 22 lutego 2026 roku - to jej nowy rekord życiowy w hali, a jednocześnie rezultat, który dał jej zwycięstwo w

22 lutego 1862 roku zmarł Wincenty Dmochowski – artysta, patriota i jeden z najważniejszych pejzażystów XIX‑wiecznej Litwy i Białorusi. Jego twórczość, zakorzeniona w krajobrazie rodzinnej Nowogródczyzny i w duchu romantycznej wrażliwości epoki, do dziś pozostaje świadectwem świata, który odszedł, ale którego piękno  artysta utrwalił na swoich płótnach.

Młodość, edukacja i droga do powstania

Wincenty Dmochowski urodził się w 1807 roku w majątku Gawja w powiecie oszmiańskim, w rodzinie szlacheckiej herbu Pobóg. W literaturze pojawiają się dwie wersje miejsca jego urodzenia. Część opracowań podaje majątek Dmochowskich – Nahorodowicze, jednak nowsze i bliższe źródłom epoki publikacje wskazują jednoznacznie na majątek Gawja w powiecie oszmiańskim. Rozbieżność wynika z faktu, że Nahorodowicze stały się własnością rodziny Dmochowskich dopiero po 1820 roku, a więc już po narodzinach Wincentego, co czyni Gawję miejscem bardziej wiarygodnym.

Początkową edukację Wincenty pobierał w pijarskiej szkole w Szczuczynie, a według niektórych źródeł także w Nowogródku. W 1826 roku rozpoczął studia filologiczne na Uniwersytecie Wileńskim, jednocześnie pobierając lekcje rysunku u Jana Rustema. W środowisku akademickim zetknął się z żywą debatą o sztuce, literaturze i polityce, a także poznał Adama Mickiewicza, który później gościł u Dmochowskich w Nahorodowiczach.

W 1829 roku przerwał studia, a rok później wziął udział w powstaniu listopadowym. Po jego klęsce, zagrożony represjami, wyemigrował do Prus Wschodnich, gdzie utrzymywał się z pracy artystycznej. Dopiero amnestia z 1837 roku pozwoliła mu wrócić do Wilna.

Twórczość i dokumentowanie krajobrazu dawnej Litwy

Po powrocie do kraju Dmochowski w pełni poświęcił się malarstwu. Tworzył liczne pejzaże i sceny rodzajowe, które zdobyły popularność wśród lokalnej szlachty. Malował Nowogródczyznę, Wilno, miejsca związane z Mickiewiczem, a także sceny z życia codziennego. Do jego najważniejszych dzieł należy obraz „Ojczyzna” („Dwór w Nahorodowiczach”, 1843), później doceniony na wystawie retrospektywnej we Lwowie w 1894 roku.

Wincenty Dmochowski – Nahorodowicze, rok 1843, źródło: Wikipedia

W 1853 roku, na zamówienie Eustachego Tyszkiewicza, stworzył serię widoków ruin litewskich zamków – m.in.: w Lidzie, Holszanach, Trokach i Miednikach. Część tych prac trafiła do encyklopedii krajoznawczej Imperium Rosyjskiego pt. „Żywopisnaja Rosja, inne do zbiorów Muzeum Narodowego w Krakowie. Adam Kirkor, publikując „Litewskie starożytności”, podkreślał znaczenie talentu Dmochowskiego dla dokumentacji dziedzictwa Wielkiego Księstwa Litewskiego.

Wincenty Dmochowski – Ruiny zamku na jeziorze Trockim, 1853 rok, źródło: Wikipedia

Wincenty Dmochowski – Zamek w Trokach, 1854 rok, źródło: Wikipedia

Wincenty Dmochowski – Zamek w Holszanach, 1853 rok, źródło: Wikipedia

Wincenty Dmochowski – Zamek w Miednikach, 1853 rok, źródło: Wikipedia

Wincenty Dmochowski – Cerkiew św. Borysa i Hleba w Nowogródku, 1856 rok, źródło: Wikipedia

Wincenty Dmochowski – Ulica w Wilnie, 1862 rok, źródło: Wikipedia

W pierwszej połowie lat 50. Dmochowski współpracował z teatrem miejskim w Wilnie, projektując dekoracje do oper Moniuszki, Rossiniego i Donizettiego. Wileńskie środowisko artystyczne nazywało go „Klaudem Lorrainem wileńskich okolic”, doceniając jego romantyczne ujęcie pejzażu. Około 1840 roku artysta otworzył w Wilnie własną pracownię, która przez dwie dekady pełniła funkcję nieformalnej szkoły malarskiej.

Ostatnie lata, śmierć i dziedzictwo

Wincenty Dmochowski zmarł 22 lutego 1862 roku w Wilnie. Jego nekrolog, napisany przez Władysława Syrokomlę, ukazał się w „Kurierze Wileńskim”. Pozostawił syna Władysława – również malarza i ilustratora – oraz trzy córki. Władysław Dmochowski, po nauce w Paryżu i udziale w powstaniu styczniowym, odziedziczył rodzinne Nahorodowicze, gdzie osiadł na stałe.

Twórczość Wincentego Dmochowskiego, obejmująca ponad sto pejzaży i scen rodzajowych, pozostaje jednym z najważniejszych świadectw kultury ziem litewsko‑białoruskich XIX wieku. Dzięki jego talentowi zachował się obraz świata szlacheckich dworów, miasteczek i krajobrazów, które ukształtowały wyobraźnię epoki romantyzmu.

Opr. Adolf Gorzkowski/ Znadniemna.pl na podstawie Pawet.net, na zdjęciu: portret Wincentego Dmochowskiego wykonany przez nieznanego autora, fot.: Wikipedia

22 lutego 1862 roku zmarł Wincenty Dmochowski – artysta, patriota i jeden z najważniejszych pejzażystów XIX‑wiecznej Litwy i Białorusi. Jego twórczość, zakorzeniona w krajobrazie rodzinnej Nowogródczyzny i w duchu romantycznej wrażliwości epoki, do dziś pozostaje świadectwem świata, który odszedł, ale którego piękno  artysta utrwalił na

Wiktor Szmulaj, były mistrz Białorusi i Polski w zapasach, zaginął —poinformowała białoruska gazeta internetowa „Nasza Niwa”. Jego matka opowiada o latach walki z uzależnieniami syna, o upadku sportowca i o rodzinie, która nie ma już siły dalej go szukać.

Szmulaj od najmłodszych lat trenował zapasy i szybko zaczął odnosić sukcesy. W 2013 roku reprezentował Białoruś na mistrzostwach Europy kadetów, a później wyjechał do Polski, gdzie zdobywał medale mistrzostw kraju, w tym tytuły mistrza Polski. Rodzina zdecydowała się wywieźć go z Białorusi, aby uniknął obowiązkowej służby wojskowej. W 2023 roku, mając 27 lat, wrócił jednak do ojczyzny. Został zatrzymany za uchylanie się od służby wojskowej i spędził półtora miesiąca w areszcie. Według matki to właśnie wtedy jego życie zaczęło się gwałtownie rozpadać. Uzależnienia — alkohol i narkotyki — miały towarzyszyć mu już wcześniej, ale po powrocie wszystko przyspieszyło.

Rodzice przez lata próbowali ratować syna. Znajdowali go w krzakach, w namiotach, w stanie skrajnego wycieńczenia. Zabierali do domu, karmili, ubierali, a potem wszystko zaczynało się od nowa. Matka wspomina, że był moment nadziei: Wiktor związał się z pracującą, zaradną dziewczyną. Jednak szybko porzucił ją „dla życia na haju”. „Z cudownego, dobrego chłopca zrobił się menel. Pięć lat rozrywa nam to duszę na kawałki” — mówi.

W ostatnich miesiącach rodzice, wyczerpani ciągłym ratowaniem syna, wprowadzili twarde zasady: żadnych pieniędzy, żadnego pobłażania. Wiktor miał trafić do ośrodka przymusowego leczenia, ale ojcu udało się go w ostatniej chwili „wyciągnąć”. Niedługo później zniknął. Od dwóch miesięcy nie ma z nim żadnego kontaktu. Rodzina nie planuje dalszych poszukiwań. „Musimy żyć swoim życiem” — mówi matka, choć dopuszcza możliwość, że syn wrócił do Polski, bo ma polskie obywatelstwo po ojcu.

Po latach walki, strachu i nadziei — rodzice poddali się. Wiktor Szmulaj, niegdyś obiecujący sportowiec, dziś jest człowiekiem bez adresu, bez kontaktu, bez pewnego jutra.

Znadniemna.pl na podstawie „Nasza Niwa”, na zdjęciu: Wiktor Szmulaj w 2019 roku, jako Najlepszy Sportowiec Roku Gminy Teresin (w powiecie sochaczewskim na Mazowszu), fot.: teresin24.pl

Wiktor Szmulaj, były mistrz Białorusi i Polski w zapasach, zaginął —poinformowała białoruska gazeta internetowa „Nasza Niwa”. Jego matka opowiada o latach walki z uzależnieniami syna, o upadku sportowca i o rodzinie, która nie ma już siły dalej go szukać. Szmulaj od najmłodszych lat trenował zapasy i

Dziś obchodzimy Międzynarodowy Dzień Języka Ojczystego – święto, które na Kresach ma wyjątkowy, niemal intymny wymiar. Tu, gdzie przez stulecia splatały się kultury i tradycje, język był czymś więcej niż narzędziem porozumienia. Był znakiem przynależności, pamięcią o przodkach i cichym świadectwem wierności własnym korzeniom.

Adam Mickiewicz, syn tej ziemi, pisał, że ojczyzna to przede wszystkim „mowa i obyczaje”. Właśnie dlatego na Kresach język zawsze miał w sobie coś z domowego ognia — ogrzewał, chronił i pozwalał przetrwać czasy, gdy historia bywała surowa. W listach, modlitwach, pieśniach i opowieściach przekazywano nie tylko słowa, lecz całe światy.

Eliza Orzeszkowa, która jak mało kto potrafiła wsłuchać się w rytm tutejszej mowy, podkreślała, że język jest „skarbcem pamięci narodowej”. W jej twórczości słowo staje się mostem między dawnym a nowym, między tym, co minęło, a tym, co trwa w ludziach i miejscach.

Dziś, w XXI wieku, język nadal pozostaje jednym z najważniejszych elementów naszej tożsamości. To dzięki niemu rozumiemy świat, ale też dzięki niemu świat rozumie nas. Każde słowo niesie echo dawnych pokoleń, a jednocześnie tworzy przestrzeń dla tych, którzy dopiero przyjdą.

Międzynarodowy Dzień Języka Ojczystego to więc nie tylko okazja do refleksji nad poprawnością językową. To przede wszystkim moment, by przypomnieć sobie, że język jest żywą częścią kultury — tej wielkiej, narodowej, i tej najmniejszej, rodzinnej. Jest jak nić, która łączy Kresy dawne z Kresami dzisiejszymi.

Warto dziś zatrzymać się na chwilę i pomyśleć o słowach, które nas ukształtowały. O tych, które słyszeliśmy od dziadków. O tych, które zapisano w starych książkach i gazetach. O tych, które wciąż brzmią w naszych domach.

Bo — jak pisał Mickiewicz — „język jest duszą narodu”.

A dopóki mówimy swoim językiem, dopóty trwamy.

21 lutego został ustanowiony jako Międzynarodowy Dzień Języka Ojczystego przez UNESCO w 1999 roku dla upamiętnienia wydarzenia w Bangladeszu z 1952 roku, kiedy zginęło pięciu studentów domagających się nadania językowi bengalskiemu statusu urzędowego.

Według danych UNESCO na świecie funkcjonuje obecnie około 6 tysięcy języków, z których połowa jest tak rzadko używana, że mogą one zniknąć w ciągu kilku następnych pokoleń. Od 1950 roku świat stracił 250 języków .

Znadniemna.pl

Dziś obchodzimy Międzynarodowy Dzień Języka Ojczystego – święto, które na Kresach ma wyjątkowy, niemal intymny wymiar. Tu, gdzie przez stulecia splatały się kultury i tradycje, język był czymś więcej niż narzędziem porozumienia. Był znakiem przynależności, pamięcią o przodkach i cichym świadectwem wierności własnym korzeniom. Adam Mickiewicz,

W historii sztuki są artyści, których dorobek nie krzyczy, lecz mówi cicho — a jednak mówi rzeczy ważne. Do takich twórców należy Józef Peszka, malarz urodzony w Krakowie, ale duchowo związany z ziemiami dawnego Wielkiego Księstwa Litewskiego. To właśnie tutaj, na Kresach, spędził blisko dwadzieścia lat, tworząc obrazy, które dziś są jednymi z najstarszych wizualnych świadectw tamtego świata.

Choć jego nazwisko nie pojawia się w podręcznikach tak często jak Bacciarellego czy Smuglewicza, Peszka pozostawił po sobie coś, czego nie da się przecenić — ikonografię Kresów, uchwyconą z wrażliwością wędrowca i dokumentalną precyzją klasycysty.

Od Krakowa do Wilna – narodziny artysty

Józef Peszka przyszedł na świat 19 lutego 1767 roku w Krakowie. Wychowany w atmosferze klasycyzmu, kształcił się u Dominika Estreichera, a następnie w Warszawie u Franciszka Smuglewicza — jednego z najważniejszych malarzy epoki. To właśnie Smuglewicz nauczył go dyscypliny rysunku, zamiłowania do antyku i szacunku dla detalu.

Józef Peszka. Portret Franciszka Smuglewicza 1790-1791

Warszawski okres Peszki to czas portretów działaczy Sejmu Czteroletniego, kopii z królewskiej galerii i pierwszych poważnych zamówień. Jednak młody malarz szybko zrozumiał, że w stolicy nie przebije się przez konkurencję zagranicznych mistrzów. Wybrał więc drogę, którą podążali dawni czeladnicy — wędrówkę.

Kresowe miasta Peszki

W 1793 roku Peszka przybywa do Grodna. Od tego momentu zaczyna się jego wielka podróż przez ziemie dzisiejszej Białorusi i Litwy. Wędruje z miasta do miasta, zatrzymuje się na dworach, w klasztorach, u urzędników i duchownych. Maluje to, co widzi — i to, co znikało już wtedy na jego oczach.

To właśnie jemu zawdzięczamy jedne z najwcześniejszych przedstawień: panoramy Grodna, widoki Witebska i Mohylewa, pejzaże Szkłowa, akwarele zamków w Nowogródku, Lidzie i Lubczy.

Jego prace są niezwykle dokładne, a jednocześnie pełne miękkiego światła i subtelnej melancholii. Peszka nie idealizował Kresów — on je zapamiętywał.

Józef Peszka. Grodno. Nowy Zamek

Józef Peszka. Grodno, ulica Mostowa. Kościół karmelitów

Józef Peszka. Witebsk, ulica Wielka i most nad Wićbą

Józef Peszka. Witebsk. Rynek

Józef Peszka. Witebsk. Ratusz

Józef Peszka. Mohylew. Centrum miasta

Józef Peszka. Mohylew. Brama Olejna

Józef Peszka. Mińsk. Wysoki Rynek

Józef Peszka. Szklów

Józef Peszka. Nowogródek

Józef Peszka. Lida

Józef Peszka. Lubcz widziany od strony Niemna

Wilno – centrum życia i twórczości

Najważniejszym przystankiem na jego drodze stało się Wilno. Miasto, które wówczas przeżywało swój intelektualny rozkwit, przyciągnęło Peszkę jak magnes. Tu malował portrety profesorów, duchownych, szlachty i mieszczan. Tu powstały jego prace o charakterze alegorycznym i historycznym. Tu wreszcie starał się o stanowisko profesora malarstwa na Uniwersytecie Wileńskim.

Choć ostatecznie katedrę otrzymał Jan Rustem, Peszka pozostał w Wilnie ważną postacią artystycznego środowiska. Jego portrety z tego okresu — zwłaszcza te o romantycznym zabarwieniu — należą do najciekawszych w jego dorobku.

Józef Peszka. Wilno. Ogólny widok

Józef Peszka. Wilno. Ratusz

Nieśwież i Radziwiłłowie

W 1807 roku Peszka pracuje w Nieświeżu, gdzie tworzy portrety dla księcia Macieja Radziwiłła. To czas stabilizacji i twórczej dojrzałości. Artysta maluje zarówno portrety, jak i kompozycje historyczne, a jego styl staje się bardziej swobodny, pełniejszy, cieplejszy.

Właśnie w tym okresie powstają dzieła, które łączą klasycyzm z rodzącym się romantyzmem — charakterystyczna cecha późnej twórczości Peszki.

Józef Peszka. Nieśwież. Kościól Benedyktów

Józef Peszka. Nieśwież. Widok ogólny

Józef Peszka. Portret Teofili Radziwiłłowej jako Hebe

Napoleon i kresowe nadzieje

Rok 1812 przynosi wydarzenie, które Peszka uwiecznia z reporterską dokładnością — wkroczenie armii Napoleona do Wilna. W tym czasie powstają jego alegoryczne obrazy z Napoleonem, pełne symboliki i politycznych odniesień. Był to moment, gdy wielu mieszkańców Kresów wierzyło w odrodzenie Rzeczypospolitej.

Klęska Napoleona przekreśliła te nadzieje. Dla Peszki oznaczała także konieczność opuszczenia Kresów.

Józef Peszka. Scena alegoryczna z Napoleonem, po 1810 r.

Powrót do Krakowa i ostatnie lata

Józef Peszka. Adam Kazimierz Czartoryski, 1791 r.

Józef Peszka. Portret Hugona Kołłątaja, 1790-1791

Józef Peszka. Bolesław I Chrobry rozkazuje wbić słupy graniczne na Łabie i Soławie, ok. 1810 r.

W 1813 roku wraca do rodzinnego miasta. Obejmuje stanowisko profesora, a później dyrektora Akademii Sztuk Pięknych. Tworzy portrety krakowskiej elity, ilustracje historyczne i cykle rysunków poświęcone dziejom Polski.

Choć jego życie zamyka się w Krakowie, to właśnie Kresy pozostają najważniejszym rozdziałem jego twórczości.

Józef Peszka był jednym z pierwszych artystów, którzy potraktowali Kresy nie jako egzotyczny margines, lecz jako pełnoprawny temat sztuki. Jego akwarele i rysunki to nie tylko dzieła artystyczne — to dokumenty epoki, świadectwa miejsc, które w wielu przypadkach już nie istnieją.

Dzięki niemu możemy zobaczyć Grodno sprzed dwóch stuleci, Witebsk w czasach gubernialnych, zamki, które dziś są ruinami lub wspomnieniem. Peszka ocalił je dla nas — cichą, precyzyjną kreską wędrownego malarza.

Opr. Waleria Brazuk/Znadniemna.pl/fot.: wikipedia.org

W historii sztuki są artyści, których dorobek nie krzyczy, lecz mówi cicho — a jednak mówi rzeczy ważne. Do takich twórców należy Józef Peszka, malarz urodzony w Krakowie, ale duchowo związany z ziemiami dawnego Wielkiego Księstwa Litewskiego. To właśnie tutaj, na Kresach, spędził blisko dwadzieścia

Ministerstwo Spraw Zagranicznych RP przygotowało projekt zmian w ustawie o Karcie Polaka, zgodnie z którym dokument ma być wydawany wyłącznie na podstawie potwierdzonego polskiego pochodzenia. Projekt, opublikowany w wykazie prac legislacyjnych rządu, ma zostać przyjęty w drugim kwartale 2026 roku.

MSZ RP opublikowało projekt nowelizacji ustawy o Karcie Polaka, oznaczony numerem UD368, który przewiduje istotne zmiany w procedurze przyznawania dokumentu. Najważniejsza z nich zakłada, że Karta Polaka będzie mogła być wydawana wyłącznie na podstawie potwierdzonego polskiego pochodzenia. Projekt likwiduje dotychczasową możliwość ubiegania się o dokument na podstawie rekomendacji organizacji polskich lub polonijnych, które mogły potwierdzać wieloletnią działalność na rzecz języka i kultury polskiej.

Nowelizacja przewiduje również, że osoby, które w przeszłości zrzekły się polskiego obywatelstwa, utracą prawo do ubiegania się o Kartę Polaka. MSZ zapowiada także zmiany w katalogu uprawnień przysługujących posiadaczom dokumentu, jednak szczegółowe propozycje nie zostały jeszcze przedstawione. Według zapowiedzi, projekt ma zostać przyjęty przez Radę Ministrów w drugim kwartale bieżącego roku.

Znadniemna.pl na podstawie Gov.pl

Ministerstwo Spraw Zagranicznych RP przygotowało projekt zmian w ustawie o Karcie Polaka, zgodnie z którym dokument ma być wydawany wyłącznie na podstawie potwierdzonego polskiego pochodzenia. Projekt, opublikowany w wykazie prac legislacyjnych rządu, ma zostać przyjęty w drugim kwartale 2026 roku. MSZ RP opublikowało projekt nowelizacji ustawy

Od 20 lutego do końca marca w Nowym Zamku w Grodnie będzie można zobaczyć wystawę pt. „Historia grodzieńskiej litografii”, poświęconą ponadstuletniej działalności jednego z najważniejszych zakładów poligraficznych regionu. To opowieść o przedsiębiorstwie, które zmieniało nazwy i właścicieli, ale niezmiennie współtworzyło wizualny pejzaż miasta – od czasów carskich, przez okres II Rzeczypospolitej po realia powojenne.

Początki tej historii sięgają XIX wieku, kiedy w Grodnie działała typolitografia Łapinów, znana z wysokiej jakości druków i eleganckich projektów użytkowych.

Kolorowana fotografia wydrukowana na maszynach zakładów drukarskich w Grodnie, fot.: Facebook.com

W pierwszych dekadach XX wieku zakład rozwijał się dynamicznie, aż do momentu, gdy po przewrocie bolszewickim w Rosji i kolejnych zmianach politycznych był stopniowo przejmowany przez nowe władze. Proces nacjonalizacji zakończył się w 1920 roku, kiedy bolszewicy ostatecznie przejęli kontrolę nad Grodnem, a dawna typolitografia Łapinów została włączona do systemu państwowych przedsiębiorstw poligraficznych i zaczęła funkcjonować jako Białoruska Republikańska Litografia. W okresie II Rzeczypospolitej, gdy miasto znalazło się w granicach Polski, zakład działał nadal, dostosowując się do nowych realiów administracyjnych i rynkowych, a po II wojnie światowej przekształcił się w Grodzieńską Fabrykę Druku Offsetowego.

Wystawa pozwala zajrzeć do świata, który zwykle pozostaje w archiwach: etykiet cukierków i produktów spożywczych, plakatów reklamowych i teatralnych, miejskich afiszy, kart do gry o najróżniejszych wzorach, a także projektów graficznych, które dziś zachwycają stylem i precyzją wykonania. To nie tylko przegląd dawnych technik drukarskich, lecz także zapis codzienności – tego, co w Grodnie kupowano, jak reklamowano, jak bawiono się i jak informowano o wydarzeniach publicznych.

Przykłady powojennego druku – czasy sowieckie, fot.: Facebook.com

Wizyta w Nowym Zamku stanie się okazją, by zobaczyć, jak zmieniała się estetyka Grodna na przestrzeni ponad stu lat i jak jedno przedsiębiorstwo potrafiło przetrwać burze historii, pozostawiając po sobie bogaty i zaskakująco różnorodny dorobek. Dla miłośników historii miasta, grafiki użytkowej i dawnych technik druku będzie to spotkanie z przeszłością, która wciąż potrafi zaskoczyć świeżością i pomysłowością.

Znadniemna.pl na podstawie facebooku Grodzieńskiego Muzeum Historyczno-Archeologicznego, fot.: facebook.com/GrodzenskiDzarzaunyGistorykaArhealagicnyMuzej

 

Od 20 lutego do końca marca w Nowym Zamku w Grodnie będzie można zobaczyć wystawę pt. „Historia grodzieńskiej litografii”, poświęconą ponadstuletniej działalności jednego z najważniejszych zakładów poligraficznych regionu. To opowieść o przedsiębiorstwie, które zmieniało nazwy i właścicieli, ale niezmiennie współtworzyło wizualny pejzaż miasta – od

18 lutego 1845 roku w Petersburgu zakończyło się życie jednego z najważniejszych badaczy historii Wielkiego Księstwa Litewskiego i Żmudzi – Ignacego Żegoty Onacewicza. Był nie tylko wybitnym historykiem i profesorem Uniwersytetu Wileńskiego, ale też człowiekiem, który całe życie poświęcił ocalaniu pamięci o Kresach i kulturze Rzeczypospolitej. Jego historia to opowieść o człowieku z pogranicza kultur, który wiedział, że przeszłość jest siłą dla przyszłości.

Od Brzostowicy do Wilna

Ignacy Żegota Onacewicz urodził się 15 sierpnia 1780 roku w Brzostowicy Małej na dzisiejszej Grodzieńszczyźnie, w rodzinie unickiego duchownego. Przez całe życie nosił w sobie ciepłe wspomnienia z rodzinnej wsi:

„Przy źródle cudownej wody nad rzeką, w pięknym zakątku, stał domek i całe gospodarstwo — obory, stodoły, lamusy i warzywnik, a w pobliżu wznosiło się gładkie wzgórze i przejrzysty gaj”. – pisał Onacewicz.

Już w domu kształtował się jego charakter i pierwsze zainteresowania naukowe. W wieku 9 lat rozpoczął naukę w Wołkowysku, gdzie spędził siedem lat, zdobywając solidną wiedzę podstawową. Kolejnym krokiem była szkoła w Grodnie, a potem seminarium nauczycielskie w Ełku, gdzie narodziła się jego pasja do historii i literatury.

Studia i początki kariery naukowej

Jego talent i pracowitość zwróciły uwagę władz pruskich, które przyznały mu stypendium na studia filozoficzne w Królewcu. W latach 1802–1806 zgłębiał tam filozofię i historię, a już wówczas interesował się dziejami Wielkiego Księstwa Litewskiego (WKL). Po ukończeniu studiów powrócił na ziemie litewsko-białoruskie i kontynuował naukę na Uniwersytecie Wileńskim, zdobywając tytuł magistra filozofii.

W 1818 roku objął stanowisko zastępcy profesora historii powszechnej na Uniwersytecie Wileńskim, stając się pierwszym naukowcem, który systematycznie wykładał historię Białorusi i Litwy. Jego kursy cieszyły się ogromnym zainteresowaniem, a wśród studentów znajdowali się późniejsi wybitni twórcy, w tym Adam Mickiewicz. Onacewicz powtarzał im często:

„Obowiązkiem historyka jest mówić prawdę, choćby była ona trudna dla współczesnych.”

To motto określało jego podejście do nauki i życia. Był człowiekiem prawdomównym, konsekwentnym, a jego niezależność intelektualna czasem prowokowała konflikty z władzami.

Z Wilna do Petersburga

W 1828 roku władze carskie oskarżyły Onacewicza o związki ze studencką organizacją „Plemiona Sarmatów”, podejrzewaną o działalność patriotyczną. Skutkiem tego był zakaz wyjazdu z rodzinnej Brzostowicy Małej i usunięcie z uniwersytetu. Dopiero po pięciu latach pozwolono mu udać się do Petersburga, gdzie rozpoczął nowy etap życia – mniej widoczny, lecz niezwykle ważny dla nauki.

W stolicy Imperium Rosyjskiego pracował w Komisji Archeograficznej, w archiwach państwowych i w Muzeum Rumiancewa, gromadząc i opracowując dokumenty dotyczące historii Wielkiego Księstwa Litewskiego i Korony. Jego starania i skrupulatność sprawiły, że stał się jednym z pierwszych profesjonalnych archiwistów litewskich. Sam mawiał:

„Narody tracące pamięć o przeszłości tracą i siłę do przyszłości.”

To zdanie – często przywoływane w białoruskiej i rosyjskiej literaturze – najlepiej streszcza jego życiową misję.

Twórczość naukowa i spuścizna

Onacewicz poświęcił historii WKL ponad 40 lat działalności naukowej. W swoich badaniach zajmował się dziejami Litwy, Białorusi i Wielkiego Księstwa Litewskiego od średniowiecza do XVI wieku. Opracował systematyczną klasyfikację źródeł historycznych i stworzył unikalną naukową mapę epoki, choć nie zdążył napisać planowanej trzytomowej monografii. Jego uczniowie i współpracownicy, m.in. Joachim Lelewel, kontynuowali jego dzieło, a wiele późniejszych odkryć historycznych opierało się na jego zbiorach i katalogach.

Charakter Onacewicza łączył skrupulatność z pasją. Był człowiekiem wymagającym, ale uczciwym. Jego życiowe motto – „prawda, tylko prawda i nic poza prawdą” – stało się fundamentem dla jego badań i dla wychowania kolejnych pokoleń historyków.

Dziedzictwo, które przetrwało

Przed śmiercią swoje bogate zbiory naukowiec przekazał polskim bibliotekom i różnym uczonym, których często nawet nie znał osobiście.

Zmarł 18 lutego 1845 roku w Petersburgu, z dala od rodzinnej Małej Brzostowicy, ale jego życie pozostało nierozerwalnie związane z Kresami.

Jego spuścizna jest nieoceniona. Onacewicz zebrał i uporządkował materiały, które stały się podstawą dla rozwoju polskiej, białoruskiej i litewskiej historiografii. To dzięki niemu pamięć o przeszłości Kresów i Wielkiego Księstwa Litewskiego przetrwała najtrudniejsze czasy. Jak pisał sam:

„Wszystkie wysiłki, by zachować przeszłość, są wysiłkami na rzecz przyszłości.”

W rocznicę jego śmierci warto pamiętać, że Kresy to nie tylko miejsca – to ludzie, którzy całe życie poświęcili temu, aby historia nie została zapomniana. Ignacy Żegota Onacewicz był jednym z nich – strażnikiem pamięci i kronikarzem Kresów.

Opr. Waleria Brażuk/Znadniemna.pl

18 lutego 1845 roku w Petersburgu zakończyło się życie jednego z najważniejszych badaczy historii Wielkiego Księstwa Litewskiego i Żmudzi – Ignacego Żegoty Onacewicza. Był nie tylko wybitnym historykiem i profesorem Uniwersytetu Wileńskiego, ale też człowiekiem, który całe życie poświęcił ocalaniu pamięci o Kresach i kulturze

Przejdź do treści