HomeStandard Blog Whole Post (Page 4)

Karol Stanisław Radziwiłł (1734–1790) to jedna z najbardziej barwnych osobowości XVIII‑wiecznej Rzeczypospolitej. Dzisiaj w rocznicę jego urodzin, postać ta wciąż pozostaje jednym z najbardziej rozpoznawalnych symboli kresowej kultury. Władca ogromnych dóbr na Kresach, symbol magnackiej niezależności, bohater niezliczonych anegdot i powiedzeń. Jego przydomek „Panie Kochanku”, zaczerpnięty z ulubionego zwrotu, którym witał każdego rozmówcę, stał się synonimem kresowej fantazji, przepychu i nieokiełznanego temperamentu.

Kresowe korzenie i rodowa potęga

Urodzony 27 lutego 1734 roku w Nieświeżu – w samym sercu radziwiłłowskiego „państwa w państwie” – dorastał w atmosferze potęgi i dumy charakterystycznej dla litewsko‑ruskich Kresów. Jego ojciec, Michał Kazimierz „Rybeńko”, był jednym z najpotężniejszych magnatów epoki, a matka, Franciszka Urszula z Wiśniowieckich, wniosła do rodu tradycję literacką i teatralną. Od najmłodszych lat Karol Stanisław obserwował funkcjonowanie ogromnych latyfundiów, które obejmowały Nieśwież, Ołykę, Kiejdany, Birże i dziesiątki mniejszych miejscowości. Wychowany w przekonaniu o wyjątkowości rodu, szybko przyswoił sobie kresowy etos niezależności, gościnności i dumy, który później stał się fundamentem jego legendy.

Polityka i służba publiczna

Radziwiłł pełnił najwyższe urzędy w Wielkim Księstwie Litewskim: był wojewodą wileńskim, generałem lejtnantem wojsk litewskich, marszałkiem Trybunału Głównego WKL oraz ordynatem nieświeskim i ołyckim. Jego działalność polityczna była burzliwa i często kontrowersyjna. W czasie konfederacji radomskiej stał się jednym z jej najbardziej rozpoznawalnych przywódców, a jego konflikt z królem Stanisławem Augustem Poniatowskim doprowadził do czasowego wygnania. Wrócił jednak na Kresy w atmosferze triumfu, witany przez poddanych jak bohater. Współcześni podkreślali, że choć jego polityczne decyzje bywały impulsywne, kierowała nim autentyczna troska o „stare prawa” i kresową wolność.

Anegdoty, obyczajowość i legenda „Panie Kochanku”

Żaden magnat epoki nie obrósł tyloma opowieściami. Radziwiłł słynął z wystawnych uczt w Nieświeżu, na których stoły uginały się od jadła, a goście bawili się do świtu. Jego gościnność była przysłowiowa: potrafił zatrzymać przejezdnego szlachcica tylko po to, by zaprosić go na obiad, a według przekazów współczesnych „nikt nie wyjeżdżał z Nieświeża trzeźwy ani głodny”. W pamiętnikach epoki powtarza się anegdota, że Radziwiłł, widząc chłopa prowadzącego krowę, miał zawołać: „Panie Kochanku, a cóż to za piękna sztuka bydła! Sprzedaj mi ją, a dam ci drugą, lepszą!”. Choć wiele z tych historii ma charakter barwnej przesady, ich rdzeń jest zgodny z opinią współczesnych: był to człowiek o ogromnej fantazji, skłonny do gestów spektakularnych i nieprzewidywalnych.

W oczach współczesnych i potomnych

Współcześni oceniali go skrajnie różnie. Jedni widzieli w nim uosobienie kresowej hojności i odwagi, inni – warchoła i hulakę. Julian Ursyn Niemcewicz pisał o nim z mieszaniną podziwu i krytycyzmu, podkreślając, że „nikt tak nie kochał Rzeczypospolitej, ale nikt też tak jej nie psuł”. Historycy późniejszych epok widzieli w nim postać symboliczną: reprezentanta ginącego świata magnackiej potęgi, w którym prywatne armie, własne mennice i teatralne gesty były codziennością. W kulturze popularnej stał się bohaterem licznych opowieści, a jego powiedzonko „Panie Kochanku” weszło na stałe do języka polskiego jako znak kresowej rubaszności i swobody.

Ostatnie lata i śmierć

Ostatnie lata życia spędził w Białej Podlaskiej, gdzie zmarł w 1790 roku. Choć jego majątek był wówczas poważnie nadwyrężony, a polityczna pozycja osłabła, legenda Radziwiłła przetrwała upadek Rzeczypospolitej. Do dziś pozostaje jedną z najbardziej rozpoznawalnych postaci Kresów – magnatem, którego życie stało się częścią zbiorowej wyobraźni, a anegdoty o nim krążą w kulturze polskiej niczym opowieści o bohaterach sarmackiej epopei.

Opr. Kazimierz Sadowski/Znadniemna.pl, ilustracja: portret Karola Stanisława Radziwiłła z 1786 roku, pędzla Konstantego Aleksandrowicza, źródło: Wikipedia

Karol Stanisław Radziwiłł (1734–1790) to jedna z najbardziej barwnych osobowości XVIII‑wiecznej Rzeczypospolitej. Dzisiaj w rocznicę jego urodzin, postać ta wciąż pozostaje jednym z najbardziej rozpoznawalnych symboli kresowej kultury. Władca ogromnych dóbr na Kresach, symbol magnackiej niezależności, bohater niezliczonych anegdot i powiedzeń. Jego przydomek „Panie Kochanku”,

Do redakcji zgłosiła się pani Elżbieta Rzewuska, która poszukuje informacji o losach rodziny Błażeja Cieciury, ur. w 1903 r.

Pan Błażej został aresztowany 22 kwietnia 1944 r. w Baranowiczach, a następnie więziony w Mińsku do 14 października 1944 r. Otrzymał wyrok 10 lat łagru i w grudniu 1944 r. został wysłany do Workutłagu, gdzie przebywał do 21 września 1944 r. (prawdopodobnie chodzi o rok 1945).

Workutłag zimą, fot.: Wikipedia

Później przeniesiono go do Karłagu. Od tego momentu jego ślad urywa się.

W Baranowiczach pozostawił żonę i dwoje dzieci. Ich imiona nie są znane, jednak istnieje nadzieja, że żyją potomkowie tej rodziny, którzy mogliby pomóc w odtworzeniu dalszych losów pana Błażeja.

Osoby posiadające jakiekolwiek informacje proszone są o kontakt z panią Elżbietą Rzewuską: [email protected]

Znadniemna.pl, na zdjęciach: Baranowicze na początku XX stulecia, fot.: Polesie.org

Do redakcji zgłosiła się pani Elżbieta Rzewuska, która poszukuje informacji o losach rodziny Błażeja Cieciury, ur. w 1903 r. Pan Błażej został aresztowany 22 kwietnia 1944 r. w Baranowiczach, a następnie więziony w Mińsku do 14 października 1944 r. Otrzymał wyrok 10 lat łagru i w

Z wdzięczną pamięcią i należną powagą przekazujemy informację o uroczystości pożegnania śp. Elżbiety Dołęgi-Wrzosek, o której odejściu do Pana informowaliśmy wcześniej.

W najbliższy piątek, 27 lutego 2026 r., o godzinie 12:00, w Kościele Podwyższenia Krzyża Świętego w Baranowiczach zostanie odprawiona Msza święta pogrzebowa. Po jej zakończeniu nastąpi odprowadzenie Zmarłej na miejsce wiecznego spoczynku.

Kościół Podwyższenia Krzyża Świętego w Baranowiczach, fot.: Wikipedia

Uroczystość będzie czasem modlitwy, skupienia i wspólnego towarzyszenia Rodzinie oraz bliskim w ich żałobie. Wszystkich, którzy pragną oddać hołd śp. Elżbiecie i powierzyć jej duszę Bożemu Miłosierdziu, zapraszamy do udziału w ostatnim pożegnaniu.

Osoby, które chciałyby lepiej poznać życie i zasługi śp. Elżbiety Dołęgi-Wrzosek, zachęcamy do zapoznania się z naszą publikacją, wyróżnioną w Konkursie o nagrodę Marszałka Senatu pt. „Polki poza Polską”.

Znadniemna.pl

Z wdzięczną pamięcią i należną powagą przekazujemy informację o uroczystości pożegnania śp. Elżbiety Dołęgi-Wrzosek, o której odejściu do Pana informowaliśmy wcześniej. W najbliższy piątek, 27 lutego 2026 r., o godzinie 12:00, w Kościele Podwyższenia Krzyża Świętego w Baranowiczach zostanie odprawiona Msza święta pogrzebowa. Po jej zakończeniu

Mija 99 lat od chwili, gdy w 1927 roku Ministerstwo Spraw Wewnętrznych Rzeczypospolitej Polskiej wydało okólnik, na mocy którego „Mazurek Dąbrowskiego” został oficjalnie uznany za hymn państwowy. Pieśń napisana w 1797 roku przez Józef Wybicki, przez ponad sto lat towarzyszyła Polakom w walce o wolność, zanim stała się formalnym symbolem państwa.

Pieśń narodzona z nadziei na wolność

„Mazurek Dąbrowskiego”, pierwotnie zatytułowany „Pieśń Legionów Polskich we Włoszech”, powstał między 16 a 19 lipca 1797 roku w mieście Reggio nell’Emilia, gdzie formowały się Legiony Polskie pod dowództwem generała Jana Henryka Dąbrowskiego. Już 20 lipca tego samego roku został wykonany publicznie po raz pierwszy.

Autorem słów był Józef Wybicki – pisarz, patriota i działacz polityczny, który stworzył utwór wyrażający nadzieję Polaków na odzyskanie niepodległości po rozbiorach. Melodia, oparta na rytmie ludowego mazura, ma nieznanego autora, co było częste w przypadku pieśni o charakterze ludowym i wojskowym.

Symbol przetrwania narodu

W XIX wieku „Mazurek Dąbrowskiego” stał się jedną z najważniejszych pieśni patriotycznych Polaków. Towarzyszył żołnierzom, powstańcom i emigrantom, stając się symbolem wiary w odrodzenie państwa. Słowa „Jeszcze Polska nie zginęła” wyrażały przekonanie, że mimo utraty niepodległości naród polski przetrwa.

Po odzyskaniu niepodległości w 1918 roku odrodzone państwo polskie stanęło przed wyborem oficjalnego hymnu. Rozważano kilka pieśni o charakterze patriotycznym, jednak to „Mazurek Dąbrowskiego”, najbardziej zakorzeniony w tradycji narodowej, cieszył się największym poparciem społecznym.

Oficjalne ustanowienie hymnu

Decyzja zapadła w 1927 roku, kiedy Ministerstwo Spraw Wewnętrznych wydało okólnik ustanawiający „Mazurek Dąbrowskiego” hymnem narodowym Rzeczypospolitej Polskiej. Tym samym pieśń, która przez pokolenia podtrzymywała ducha narodu, stała się oficjalnym symbolem państwowym.

Dziś, w 99. rocznicę tego wydarzenia, „Mazurek Dąbrowskiego” pozostaje nie tylko hymnem państwowym, lecz także jednym z najważniejszych symboli polskiej tożsamości, historii i dążenia do wolności.

Znadniemna.pl

Mija 99 lat od chwili, gdy w 1927 roku Ministerstwo Spraw Wewnętrznych Rzeczypospolitej Polskiej wydało okólnik, na mocy którego „Mazurek Dąbrowskiego” został oficjalnie uznany za hymn państwowy. Pieśń napisana w 1797 roku przez Józef Wybicki, przez ponad sto lat towarzyszyła Polakom w walce o wolność,

W środę, 25 lutego, mieszkańcy Białegostoku oraz przedstawiciele lokalnej społeczności politycznych uchodźców z Białorusi zebrali się na skwerze przy pomniku ks. Jerzego Popiełuszki, by uczcić 59. miesięcznicę uwięzienia Andrzeja Poczobuta, dziennikarza i działacza polskiej mniejszości narodowej na Białorusi.

Podczas zgromadzenia mieszkańcy oraz polityczni uchodźcy z Białorusi wyrazili solidarność z Andrzejem Poczobutem, przetrzymywanym w jednej z najcięższych białoruskich kolonii karnych w Nowopołocku na północy kraju. Uczestnicy podkreślali znaczenie regularnych spotkań, które mają utrzymywać uwagę opinii publicznej na jego losie oraz na sytuacji osób represjonowanych na Białorusi.

W trakcie wydarzenia przypominano o nieludzkich warunkach, w jakich przebywa dziennikarz, oraz o tym, że jego sprawa stała się symbolem walki o wolność słowa. Zgromadzenie przebiegło spokojnie, a organizatorzy zapowiedzieli kontynuację comiesięcznych akcji solidarności z Andrzejem.

 Znadniemna.pl, fot.: Facebook.com

W środę, 25 lutego, mieszkańcy Białegostoku oraz przedstawiciele lokalnej społeczności politycznych uchodźców z Białorusi zebrali się na skwerze przy pomniku ks. Jerzego Popiełuszki, by uczcić 59. miesięcznicę uwięzienia Andrzeja Poczobuta, dziennikarza i działacza polskiej mniejszości narodowej na Białorusi. Podczas zgromadzenia mieszkańcy oraz polityczni uchodźcy z Białorusi

W 90. rocznicę urodzin przypominamy jedną z najważniejszych postaci legendarnej Piwnicy pod Baranami — Wiesława Dymnego, artystę urodzonego na terenie współczesnej Białorusi.

Wiesław Dymny przyszedł na świat 25 lutego 1936 roku we wsi Poloneczka (dziś w rejonie baranowickim obwodu brzeskiego, a w II RP w powiecie stołpeckim województwa nowogródzkiego), miejscowości o wyraźnie kresowym charakterze, w której znajdował się jeden z majątków rodziny Radziwiłłów. To tam zaczęła się jego biografia, choć sam Dymny rzadko wracał publicznie do wspomnień z najwcześniejszych lat życia.

Po II wojnie światowej rodzina Dymnych, podobnie jak tysiące Polaków z tamtych terenów, została przesiedlona na zachód. Dzieciństwo Wiesława upłynęło w realiach powojennej odbudowy i życia na Ziemiach Odzyskanych, gdzie ukończył szkołę i gdzie zaczęła kształtować się jego artystyczna wrażliwość. Kresowe pochodzenie pozostawało jednak istotnym elementem tożsamości rodzinnej, a świadomość utraty dawnego domu była doświadczeniem pokoleniowym, które towarzyszyło wielu ludziom z jego otoczenia.

Z relacji rodziny wiadomo, że Wiesław od najmłodszych lat przejawiał wyjątkowe zdolności plastyczne, co naturalnie skierowało go ku studiom artystycznym. Po maturze wyjechał do Krakowa i rozpoczął naukę na Akademii Sztuk Pięknych. To właśnie tam związał się z Piwnicą pod Baranami, stając się jedną z jej najbardziej rozpoznawalnych postaci. Jego talent literacki i plastyczny, połączony z niepowtarzalnym temperamentem scenicznym, sprawił, że szybko wyrósł na jednego z najważniejszych twórców kabaretu.

Dymny był znany z ciętego, absurdalnego humoru, który stał się znakiem rozpoznawczym Piwnicy. To on potrafił rzucić ze sceny zdanie, które natychmiast przechodziło do anegdoty, jak choćby:

„Człowiek jest dobry, tylko ludzie są do niczego.”

Innym razem, komentując życiowe komplikacje, stwierdzał z właściwą sobie logiką:

„Jak jest ciemno, to świeć.”

Jego żarty, często oparte na paradoksie, były jednocześnie proste i przenikliwe, a publiczność uwielbiała tę mieszaninę groteski i filozoficznej przekory.

W Piwnicy pod Baranami Dymny pisał teksty, tworzył scenariusze, malował dekoracje, grał w filmach i spektaklach. Jego obecność współtworzyła charakter krakowskiego środowiska artystycznego lat 60. i 70. Był twórcą, który potrafił jednym zdaniem rozbroić powagę sytuacji, jak wtedy, gdy z właściwą sobie nonszalancją oznajmił:

„Nie ma takiego numeru, którego nie dałoby się zrobić.”

Ten rodzaj humoru — przewrotny, lekko anarchiczny, a jednocześnie pełen ciepła — stał się jego znakiem firmowym.

Choć Dymny nie pozostawił wielu osobistych świadectw dotyczących dzieciństwa na Kresach, biografowie podkreślają, że jego pochodzenie stanowiło ważny kontekst jego życia. Wrażliwość na los ludzi wykorzenionych, skłonność do łączenia groteski z melancholią oraz umiejętność dostrzegania tragikomicznego wymiaru codzienności to cechy często przypisywane artystom urodzonym na dawnych wschodnich ziemiach Rzeczypospolitej. W przypadku Dymnego elementy te wyraźnie współtworzyły jego styl i sposób opowiadania o świecie.

W 90. rocznicę jego urodzin wspominamy Wiesława Dymnego jako twórcę niezwykle oryginalnego, którego biografia łączyła kresowe początki z powojenną historią Krakowa. Jego dorobek pozostaje ważną częścią polskiej kultury, a pamięć o nim wciąż żyje zarówno w środowisku artystycznym, jak i wśród tych, którzy widzą w nim jednego z najciekawszych świadków i uczestników życia kulturalnego drugiej połowy XX wieku.

Opr. Adolf Gorzkowski, na zdjęciu: Tablica pamiątkowa Wiesława Dymnego w Alei Gwiazd Satyrykonu w Legnicy. Autor zdjęcia: Jacek Halicki, licencja CC BY-SA 3.0.

W 90. rocznicę urodzin przypominamy jedną z najważniejszych postaci legendarnej Piwnicy pod Baranami — Wiesława Dymnego, artystę urodzonego na terenie współczesnej Białorusi. Wiesław Dymny przyszedł na świat 25 lutego 1936 roku we wsi Poloneczka (dziś w rejonie baranowickim obwodu brzeskiego, a w II RP w powiecie

Nikt nie zgłosił się do zakupu rodzinnej działki duchownego.

Elektroniczna licytacja działki należącej do księdza Henryka Okołotowicza w Nowej Myszy w rejonie baranowickim nie doszła do skutku. Aukcja, wyznaczona na 24 lutego, została unieważniona z powodu braku chętnych do zakupu.

Niewielki grunt, stanowiący własność rodziców duchownego i położony w pobliżu jego rodzinnego domu, został wcześniej zajęty i wystawiony na sprzedaż „w celu spłaty zadłużenia wynikającego z postępowania egzekucyjnego”. Podobny los spotkał także mikrobus należący formalnie do byłego proboszcza, choć faktycznie będący własnością parafii. Z powodu zajęcia pojazd ten od ponad dwóch lat stoi nieużywany i prawdopodobnie również trafi na aukcję.

To kolejny etap egzekucji majątku księdza Okołotowicza, skazanego wcześniej na 11 lat więzienia pod zarzutem „zdrady państwa” oraz obciążonego obowiązkiem zapłaty rzekomej szkody w wysokości 1,7 mln rubli (około 500 tys. euro). W ramach spłaty zadłużenia sprzedano już prywatny, dwudziestoletni samochód  księdza marki Volkswagen. Rodzinny dom duchownego na razie nie został wystawiony na licytację.

Ksiądz Henryk Okołotowicz przebywa obecnie w Rzymie, dokąd trafił wraz z ojcem Andrzejem Juchniewiczem OMI tuż po uwolnieniu z więzienia. Obaj nadal dochodzą do siebie po długotrwałym pobycie w izolacji, a ich dalszy los pozostaje niepewny.

Znadniemna.pl na podstawie Katolik.life 

 

Nikt nie zgłosił się do zakupu rodzinnej działki duchownego. Elektroniczna licytacja działki należącej do księdza Henryka Okołotowicza w Nowej Myszy w rejonie baranowickim nie doszła do skutku. Aukcja, wyznaczona na 24 lutego, została unieważniona z powodu braku chętnych do zakupu. Niewielki grunt, stanowiący własność rodziców duchownego i

Gdyby Władimir Wojnowicz żył dziś i zajrzał do Mińska, zapewne zatarłby ręce: oto rzeczywistość znów dogoniła satyrę. W jego antyutopii pt. „Moskwa 2042” wszystko było jasne — władza, duchowieństwo i wojsko tworzyły jedną, szczelnie zgraną konstrukcję, w której Ojciec Gwiazdoni błogosławił rakiety, a rakiety błogosławiły Ojca Gwiazdonia. Każdy znał swoje miejsce, a kto nie znał, temu je wskazywano.

Tymczasem w Mińsku, w lutym 2026 roku, odbyła się Msza, która — jak wynika z milczenia oficjalnych mediów katolickich — odbyć się chyba nie powinna. A jednak się odbyła. I to w samym sercu miasta, w katedrze, gdzie biskup pomocniczy archidiecezji Mińsko-Mohylewskiej Jury Kosobucki modlił się o pokój w Ukrainie, Ziemi Świętej i na całym świecie. Brzmi to jak coś zupełnie normalnego, wręcz oczywistego. Ale nie w rzeczywistości, w której kalendarz liturgiczny musi być zsynchronizowany z kalendarzem politycznym, a każde słowo — z linią ideologiczną.

Wojnowicz przewidział takie sytuacje. W jego powieści modlitwy o pokój były dopuszczalne tylko wtedy, gdy pokój oznaczał „zwycięstwo naszej strony”. Wszelkie inne interpretacje były niebezpieczne, bo mogły sugerować, że świat jest bardziej skomplikowany niż jednowymiarowy komunikat z wieży kontrolnej.

W Mińsku wyglądało to podobnie. Msza o pokój została odprawiona, bo musiała — tak nakazała bowiem Rada Konferencji Episkopatów Europy, która alfabetycznie odprawienie Mszy o pokój na Białorusi wyznaczyła na 21 lutego. Ale już informowanie o niej? To co innego. Oficjalne media katolickie milczały o tej inicjatywie, jakby Msza była czymś wstydliwym, jakby modlitwa o pokój mogła zostać odczytana jako niebezpieczna aluzja. W „Moskwie 2042” takie rzeczy nazywano „ideologiczną mgłą”, która mogła wprowadzić obywateli w stan niepożądanego myślenia.

Za to informacja o Mszy za „obrońców Ojczyzny” (z okazji Święta Sowieckiej Armii, obchodzonego 23 lutego – red.), którą odprawił metropolita Józef Staniewski, pojawiła się bez zwłoki i to na głównym portalu katolickim kraju. Z czerwoną gwiazdą w tle — symbolem, który w powieści Wojnowicza świecił nad każdym urzędem, koszarami i świątynią. Ojciec Gwiazdoni byłby dumny: oto duchowny, który wie, co należy nagłaśniać, a co przemilczeć.

Wojnowicz pisał, że w przyszłości redakcje będą działać jak automaty: publikować to, co trzeba, i nie publikować tego, co nie trzeba. W Mińsku wygląda to dziś podobnie. Redaktorzy — jeśli jeszcze są — nie filtrują, nie wygładzają, nie tłumaczą. Po prostu wrzucają komunikaty, jak leci. A jeśli czegoś wrzucić nie wypada, to znika to w cyfrowej próżni.

Msza o pokój? Odbyła się, ale jakby jej nie było. Msza za obrońców Ojczyzny? Oczywiście, że odprawimy!  I wszyscy będą o tym wiedzieć!

W „Moskwie 2042” bohaterowie żyli w świecie, w którym prawda była jak wosk: miękka, podatna, łatwa do uformowania. W Mińsku roku 2026 wosk ma się dobrze. I wciąż daje się modelować.

A jednak — i tu Wojnowicz pewnie by się uśmiechnął — zawsze znajdzie się ktoś, kto zauważy, że coś tu nie gra. Że modlitwa o pokój nie powinna być powodem do wstydu. Że czerwona gwiazda na katolickim portalu wygląda jak ponury żart, który wymknął się spod kontroli. Że świat nie jest powieścią satyryczną, choć czasem bardzo próbuje nią być.

I że nawet w najbardziej groteskowych czasach ktoś musi odprawić Mszę, której nikt nie chciał zauważyć.

Walery Kowalewski/Znadniemna.pl, ilustracja: właśnie w ten sposób portal Kościoła Katolickiego na Białorusi Catholic.by zilustrował zapowiedź Mszy za „obrońców Ojczyzny” zawierającą życzenia pod adresem ministra obrony Białorusi z okazji święta 23 lutego, które obchodził celebrując okolicznościową Mszę św. w Mińsku arcybiskup metropolita Józef Staniewski, fot.: Catholic.by

Gdyby Władimir Wojnowicz żył dziś i zajrzał do Mińska, zapewne zatarłby ręce: oto rzeczywistość znów dogoniła satyrę. W jego antyutopii pt. „Moskwa 2042” wszystko było jasne — władza, duchowieństwo i wojsko tworzyły jedną, szczelnie zgraną konstrukcję, w której Ojciec Gwiazdoni błogosławił rakiety, a rakiety błogosławiły

Dzisiaj, w wieku 95 lat, w szpitalu w Baranowiczach zmarła Elżbieta Dołęga‑Wrzosek — kobieta, która ocaliła ludzkie życie, wychowała pokolenia młodych Polaków i stworzyła pierwszą po wojnie polską szkołę na Białorusi. Jej odwaga, dobroć i niezłomna wierność polskości ukształtowały całe środowisko polskie w Baranowiczach, a jej wychowankowie pozostaną na wiele lat kontynuatorami i świadkami jej niezwykłych dokonań.

Dziś w Baranowiczach zgasło światło, którego blasku nie sposób zmierzyć. Elżbieta Dołęga‑Wrzosek była jedną z tych osób, które zmieniają świat nie krzykiem, lecz cichą, codzienną pracą. Jej życie — naznaczone wojną, stratą córki – śp. Teresy Sieliwończyk, odpowiedzialnością i niezwykłą miłością do ludzi — stało się świadectwem, że dobro może przetrwać nawet najtrudniejsze czasy.

Jako trzynastoletnia dziewczynka usłyszała od matki, Teresy Dołęgi‑Wrzosek, łączniczki Armii Krajowej, słowa, które stały się jej życiowym testamentem:

„Córeńko, pamiętaj, żeś Polka… i pamiętaj, że w naszej rodzinie wszyscy zawsze mieli dobre wykształcenie.”

Ten nakaz niosła w sobie przez całe życie — i przekazywała go dalej, setkom dzieci, które uczyła.

W czasie wojny wraz z matką ocaliła dwóch chłopców — Ryśka i Jurka — za co została uhonorowana tytułem Sprawiedliwej wśród Narodów Świata. To jedno z najpiękniejszych świadectw jej człowieczeństwa: w świecie pełnym strachu potrafiła wybrać dobro.

Po wojnie stała się fundamentem polskiej oświaty na Białorusi. W swoim mieszkaniu zaczęła uczyć dzieci języka polskiego — najpierw kilkoro, potem dziesiątki, aż w końcu setki. Z czasem stworzyła Społeczną Szkołę Polską im. Tadeusza Rejtana w Baranowiczach, pierwszą po wojnie polską szkołę na Białorusi. Dla uczniów była nie tylko nauczycielką. Była drugą mamą, przewodniczką, kimś, kto dawał poczucie bezpieczeństwa i sensu.

Jej szkoła wychowała lekarzy, inżynierów, artystów, naukowców — ludzi, którzy dziś rozsiani są po świecie, ale wciąż noszą w sobie jej słowa, jej uśmiech, jej wiarę w człowieka.

Ostatnie lata przyniosły jej wiele bólu: śmierć ukochanej córki Teresy Sieliwończyk, współtwórczyni polskiego życia w Baranowiczach, oraz likwidację szkoły, która była dziełem jej życia. A jednak Elżbieta Dołęga‑Wrzosek pozostała pogodna, ciepła, pełna godności. Nigdy nie przestała wierzyć, że dobro ma sens.

Dziś żegnamy ją z wdzięcznością. Za odwagę. Za mądrość. Za polskość, którą niosła jak skarb — nie dla siebie, lecz dla innych.

Jej światło nie zgasło. Będzie świecić w każdym, kto choć raz usłyszał od niej:

„Pamiętaj, żeś Polak…”

Znadniemna.pl

Dzisiaj, w wieku 95 lat, w szpitalu w Baranowiczach zmarła Elżbieta Dołęga‑Wrzosek — kobieta, która ocaliła ludzkie życie, wychowała pokolenia młodych Polaków i stworzyła pierwszą po wojnie polską szkołę na Białorusi. Jej odwaga, dobroć i niezłomna wierność polskości ukształtowały całe środowisko polskie w Baranowiczach, a

Ćwierć wieku działalności to w świecie organizacji społecznych czas, który mówi sam za siebie. Fundacja na rzecz Pomocy Dzieciom Grodzieńszczyzny nie tylko przetrwała zmieniające się realia i kryzysy, ale przede wszystkim przez 25 lat pozostawała miejscem realnego wsparcia dla Polaków z Białorusi — zarówno tych, którzy zostali w swoich rodzinnych miejscowościach, jak i tych, którzy musieli szukać nowego życia w Polsce. O tym, jak wyglądała ta droga, co było w niej najtrudniejsze, a co najpiękniejsze, oraz o tym, jak Fundacja odnajduje się obecnie, rozmawiamy z jej prezesem, Rafałem Cierniakiem, człowiekiem, który od lat stoi na pierwszej linii tej cichej, ale niezwykle ważnej misji.

Fundacja na rzecz Pomocy Dzieciom Grodzieńszczyzny ukończyła 25 lat. Co dziś uważa Pan za jej największy sukces?

Były wychowanek i wolontariusz Fundacji Paweł Mickiewicz, obecny prezes Fundacji OKNO NA WSCHÓD w Białymstoku i Rafal Cierniak

– Niezmiennie od wielu już lat uważam, że sukcesem Fundacji są ludzie. Przy czym ludzie pojmowani bardzo szeroko, bo mam na myśli tych, którzy z ramienia Fundacji organizują pomoc, darczyńców, którzy ją umożliwiają, wolontariuszy, którzy ją realizują, jak i – co najważniejsze – tych, do kogo ta pomoc była i jest skierowana, czyli Polaków z Białorusi.

Dla nas jest największą radością, że wszystkie te grupy ludzi mogły się spotykać w jednym czasie i w jednym miejscu. Często nie było to łatwe, czasami było nawet bardzo trudne, ale się udawało. Tym szczególnym miejscem spotkań był i pozostaje nasz Dom Polonii w Żytkiejmach, miejsce stworzone z myślą o Polakach z Białorusi.

To tam najczęściej się spotykaliśmy, rozmawialiśmy o potrzebach środowiska rodaków za wschodnią miedzą, o sposobach realizacji kolejnych przedsięwzięć. Dom Polonii tętnił życiem zwłaszcza latem, kiedy przyjeżdżały do niego dzieci i młodzież, do których ta pomoc była kierowana. Zapraszaliśmy tam także naszych darczyńców. Byliśmy tam my – organizatorzy i wolontariusze – czyli to ogniwo, które łączyło odbiorców pomocy z tymi, którzy tę pomoc umożliwiali.

Dlatego, jeśli mam wskazać jeden największy sukces, to bez wahania powiem: ludzie oraz magiczne dla wielu z nas miejsce – Żytkiejmy i Dom Polonii, do którego niezmiennie zapraszamy wszystkich.

Oszacuje Pan, jak wiele dzieci przez te lata odwiedziło Żytkiejmy?

Dom Polonii w Żytkiejmach

Jeden z turnusów kolonijnych dzieci z Białorusi w Domu Polonii w Żytkiejmach

– Z naszych wyliczeń, które od czasu do czasu robimy, wynika, że było tego ponad pięć tysięcy osób. Mówimy o ludziach, którzy skorzystali z pobytu w Żytkiejmach w różnych formach – głównie letniego pobytu edukacyjno-wypoczynkowego, ale także innych akcji, które tam się odbywały, jak choćby Dni Nauczyciela czy „Podarujmy Dzieciom Święta”. To naprawdę spora grupa Polaków z Białorusi.

Podarujmy Dzieciom Święta w Domu Polonii w Żytkiejmach

Czy pamięta Pan moment, w którym pojawiło się przekonanie, że to, co robicie, naprawdę ma sens?

– Nie potrafię wskazać jednego konkretnego momentu. Na początku wyglądało to tak, że między sobą rozmawialiśmy i zakładaliśmy: trochę popracujemy, trochę pomocy zorganizujemy dla najbardziej potrzebujących i to się skończy. Natomiast dosyć szybko zrozumieliśmy, że to jednak ma sens.

Przełomowym momentem była pierwsza akcja pomocowa. Po niej zgłosili się do nas darczyńcy, którzy powiedzieli wprost: chcemy pomagać, ale musicie mieć formę prawną. I wtedy właśnie powstała Fundacja.

Kolejnym bardzo ważnym doświadczeniem były pierwsze kolonie letnie – cztery turnusy, każdy po około 40–50 uczestników, razem z nauczycielami, którzy byli opiekunami grup. Rozmowy z nimi i uświadomienie sobie, jak ogromne są potrzeby tego środowiska, sprawiły, że chyba wtedy ostatecznie przekonałem się, że to, co robimy, ma głęboki sens.

Pamiętam spotkania w Związku Polaków w Grodnie, gdzie czekano na wsparcie, na podtrzymanie łączności z Macierzą. Jeśli więc miałbym odpowiedzieć, kiedy dokładnie to zrozumiałem, to powiedziałbym, że podczas pierwszych wakacji w 2001 roku.

Jak ćwierć wieku pracy społecznej wpłynęło na Pana osobiście?

– Opowiem krótką anegdotę. Kilkanaście lat temu miałem spotkanie klasowe mojej klasy ze szkoły podstawowej. Spotkaliśmy się po około dwudziestu latach. Z wieloma osobami widziałem się wtedy po raz pierwszy od zakończenia szkoły. Nasza wychowawczyni, teraz już śp. pani Barbara Tchórzewska, poprosiła nas, żebyśmy krótko opowiedzieli, czym się obecnie zajmujemy.

Kiedy powiedziałem, czym się zajmuję ja, moi koledzy i koleżanki spojrzeli na mnie i stwierdzili: „Aha, no to wszystko się zgadza. Rafał – pomoc, pomaganie, to zawsze była twoja droga”. Byłem tym bardzo zaskoczony, bo sam nie miałem takiej świadomości. Okazało się jednak, że jako nastolatek już byłem tak postrzegany.

Biorąc to pod uwagę, chęć pomagania innym rzeczywiście mogła mieć wpływ na moje wybory życiowe. Zawsze, jeśli ktoś potrzebował pomocy, starałem się o niego włączyć. Z czasem nauczyłem się też, jak pomagać mądrze. Wiem dziś, że czasem warto nagłaśniać nasze akcje i prosić o wsparcie darczyńców, a czasem lepiej działać spokojnie, bez rozgłosu. Są sytuacje, w których wystarczy po prostu zrobić swoje – czasem tylko porozmawiać, okazać obecność i wsparcie – i to również jest bardzo ważna forma pomocy.

Czy misja Fundacji zmieniała się na przestrzeni lat?

– W swoim głównym nurcie pozostała niezmienna. Od początku działaliśmy z myślą o Polakach z Białorusi, głównie – dzieciach. Z czasem jednak pojawiły się nowe grupy odbiorców. Kiedy o pomoc zwrócili się do nas kombatanci czy seniorzy, początkowo mieliśmy wątpliwości, bo przecież w nazwie Fundacji są „dzieci”. Szybko jednak zrozumieliśmy, że „dzieci Grodzieńszczyzny” to pojęcie symboliczne – obejmujące osoby w każdym wieku.

W efekcie zaczęliśmy realizować projekty także dla kombatantów, seniorów, nauczycieli. Misja się więc nie zmieniła, ale naturalnie się rozszerzyła.

A kim były pierwsze dzieci objęte pomocą i czym ich potrzeby różniły się od dzisiejszych?

– Te pierwsze dzieci, które przyjeżdżały do nas na kolonie w pierwszych latach działalności, to były przede wszystkim dzieci uczące się w Polskiej Szkole w Grodnie albo będące podopiecznymi Związku Polaków na Białorusi. Przyjeżdżały często razem z nauczycielami, którzy byli opiekunami grup.

Poznajemy Żytkiejmy. Kolonie letnie, 2024 rok

Na początku – zresztą także i później – nie zawsze kluczowy był status materialny. Oczywiście był on jednym z elementów branych pod uwagę, ale znacznie ważniejsze było zaangażowanie w naukę języka polskiego, w polskość, w działanie. Dziś sytuacja wygląda inaczej, ale jedno się nie zmieniło: cały czas zwracamy uwagę na autentyczne zaangażowanie i motywację.

Jakie wyzwania w Pana pracy są dziś najtrudniejsze?

– Najtrudniejsze są uwarunkowania zewnętrzne, czyli szeroko rozumiana geopolityka. Granice zamknięte albo otwarte, lecz z ogromnymi ograniczeniami, sprawiają, że realny kontakt jest dziś znacznie trudniejszy niż jeszcze kilka lat temu.

Do tego dochodzi sytuacja na samej Białorusi po 2020 roku, ale o tym wiele osób wie, nie trzeba więc rozwijać samego tematu. To, co funkcjonuje obecnie, ma zatem charakter szczątkowy w porównaniu z tym, co było wcześniej.

Jak zmieniały się realia funkcjonowania Fundacji po 2020 roku?

– To był bardzo trudny czas – najpierw pandemia, potem wydarzenia powyborcze na Białorusi. Nasze działania jednak się wówczas nie zatrzymały. Zmieniły formę i kierunek, ale cały czas były realizowane z myślą o tradycyjnych odbiorcach naszej pomocy – Polakach z Białorusi.

Skupiliśmy się przede wszystkim na osobach, które przyjechały do Polski i tutaj potrzebowały wsparcia, zwłaszcza tuż po przyjeździe. Działaliśmy w miarę naszych możliwości, często we współpracy z innymi organizacjami.

Jaką rolę  w funkcjonowaniu Fundacji odgrywają wolontariusze jaką darczyńcy?

– Bez darczyńców Fundacja nie mogłaby istnieć. Są oni dziś absolutną podstawą naszej działalności. Bez wolontariuszy z kolei nie byłoby możliwe przeprowadzanie większych wydarzeń czy akcji. Co ważne, bardzo często wolontariuszami są nasi byli podopieczni.

Warto też podkreślić ogromne znaczenie wsparcia instytucji państwowych – Senatu RP, Ministerstwa Spraw Zagranicznych czy Ministerstwa Edukacji Narodowej RP. Przez wiele lat to wsparcie pozwalało nam realizować projekty skierowane do Polaków z Białorusi – dodajmy, bardzo różnorodne projekty, czyli takie które obu stronom – uczestnikom i realizatorom – dawały mnóstwo radości, spełnienia, które nie były jednostronnym „dawaniem”, lecz spotkaniem z poczuciem wspólnoty, odpowiedzialności i współdziałania.

Jakie są plany Fundacji  oraz Pana osobiste na przyszłość?

– Najważniejsze dla nas dziś jest, żeby nasza działalność była nie tylko kontynuowana, ale żeby była efektywna i odpowiadała realnym potrzebom Polaków z Białorusi. W ostatnich latach musieliśmy dostosować nasze działania do nowych czasów i wyzwań – część wsparcia przeniosła się do Polski, gdzie pomagamy osobom, które przyjechały tu i potrzebują wsparcia w adaptacji, nauce języka, edukacji dzieci czy integracji społecznej.

Nie rezygnujemy jednak z kontaktu z tymi, którzy pozostali na Białorusi – choć w trudnych warunkach staramy się realizować projekty edukacyjne i kulturalne, wspierać lokalne inicjatywy oraz utrzymywać poczucie, że jesteśmy razem. Współpracujemy z wolontariuszami, byłymi podopiecznymi i instytucjami państwowymi, aby nasze wsparcie było realne i długofalowe.

Jeśli chodzi o przyszłość, chcemy przede wszystkim kontynuować naszą misję – pomagać, integrować i inspirować kolejne pokolenia Polaków z Białorusi. Planujemy rozwijać programy edukacyjne, organizować więcej wyjazdów i kolonii dla dzieci, wspierać seniorów i nauczycieli, a także pielęgnować miejsce, które stało się symbolem naszego działania – Dom Polonii w Żytkiejmach. Moim osobistym priorytetem pozostaje zdrowie i siła, żeby móc nadal aktywnie angażować się w te wszystkie działania. Pragnę, by Fundacja była miejscem spotkań, wsparcia oraz realnej pomocy, żeby każdy, kto z tej pomocy korzysta, czuł się zauważony, doceniony i bezpieczny.

Dziękujemy i na zakończenie naszej rozmowy chcemy złożyć najserdeczniejsze życzenia z okazji 25‑lecia Fundacji na rzecz Polskich Dzieci Grodzieńszczyzny. Ćwierć wieku nieustannej pracy, troski i obecności przy Polakach z Białorusi to dorobek, który zasługuje na najwyższy szacunek. Życzymy, aby kolejne lata przyniosły Fundacji jeszcze więcej siły, życzliwości i ludzi, którzy — tak jak dotąd — będą tworzyć jej wyjątkową misję. Niech nie zabraknie Wam energii, wsparcia i wiary w sens tego, co robicie. Dziękujemy za 25 lat dobra! Niech ta historia trwa dalej…

Znadniemna.pl

 

Ćwierć wieku działalności to w świecie organizacji społecznych czas, który mówi sam za siebie. Fundacja na rzecz Pomocy Dzieciom Grodzieńszczyzny nie tylko przetrwała zmieniające się realia i kryzysy, ale przede wszystkim przez 25 lat pozostawała miejscem realnego wsparcia dla Polaków z Białorusi — zarówno tych,

Przejdź do treści