HomeStandard Blog Whole Post (Page 2)

W dniach 10–16 sierpnia 2026 r. Straż Graniczna odnotowała 34 przypadki opuszczenia Polski przez obywateli Białorusi w związku z decyzjami administracyjnymi dotyczącymi legalności pobytu. Trzydzieści osób wykonało decyzję dobrowolnie, natomiast cztery zostały wyprowadzone z kraju w trybie przymusowym. Dane te wpisują się w szerszy trend zaostrzonych kontroli wobec cudzoziemców z państw uznawanych za szczególnie wrażliwe z punktu widzenia bezpieczeństwa.

Cotygodniowe zestawienia Straży Granicznej pokazują, że działania wobec obywateli Białorusi mają charakter systematyczny i wynikają z obowiązujących procedur dotyczących kontroli legalności pobytu. Po kryzysie granicznym z 2021 roku oraz kolejnych sygnałach o aktywności białoruskich służb na terenie Unii Europejskiej polskie instytucje bezpieczeństwa utrzymują podwyższoną czujność wobec osób przebywających w Polsce na podstawie wiz humanitarnych, zezwoleń czasowych czy pracowniczych. W latach 2024–2026 wygasa wiele dokumentów wydanych w okresie masowej migracji po protestach w Mińsku, co prowadzi do zwiększonej liczby decyzji administracyjnych.

Wzrost liczby zobowiązań do powrotu wynika również z intensywnych kontroli rynku pracy, które ujawniają przypadki zatrudnienia bez wymaganych zezwoleń, oraz z przepisów ułatwiających wydawanie decyzji w sytuacjach naruszenia warunków pobytu. W części przypadków działania SG mają charakter prewencyjny i są związane z przesłankami bezpieczeństwa państwa.

Liczba 34 decyzji w jednym tygodniu mieści się w typowym zakresie obserwowanym w ostatnich miesiącach, kiedy to SG raportuje od 20 do 45 podobnych przypadków tygodniowo. Większość osób opuszcza Polskę dobrowolnie, co wskazuje, że dominują kwestie formalne, takie jak brak aktualnych dokumentów, a nie naruszenia prawa o charakterze kryminalnym.

Obserwowany trend potwierdza, że Polska przechodzi od liberalnej polityki wobec Białorusinów z pierwszych lat po protestach 2020 roku do modelu bardziej restrykcyjnego, w którym kluczową rolę odgrywa bezpieczeństwo państwa oraz kontrola legalności pobytu.

 Znadniemna.pl na podstawie Zerkalo.io, fot.: strazgraniczna.pl

W dniach 10–16 sierpnia 2026 r. Straż Graniczna odnotowała 34 przypadki opuszczenia Polski przez obywateli Białorusi w związku z decyzjami administracyjnymi dotyczącymi legalności pobytu. Trzydzieści osób wykonało decyzję dobrowolnie, natomiast cztery zostały wyprowadzone z kraju w trybie przymusowym. Dane te wpisują się w szerszy trend

Roman Schulz, polski dominikanin od blisko dwóch dekad związany z Mohylewem, nie otrzymał zgody władz na dalszą posługę w Białorusi. Decyzja oznacza, że wspólnota dominikańska będzie zmuszona zakończyć swoją obecność w parafii św. Kazimierza i św. Jadwigi.

Jak informują wierni, odmowa przedłużenia pozwolenia dotyczy o. Romana Schulza — znanego organizatora corocznego Mohylewskiego Kongresu Różańcowego oraz propagatora kultu św. królowej Jadwigi. Pożegnanie ze wspólnotą odbyło się 15 sierpnia, w uroczystość Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny, podczas odpustu w mohylewskiej katedrze, z udziałem nuncjusza apostolskiego abp. Ignazio Ceffalii oraz metropolity mińsko‑mohylewskiego abp. Józefa Staniewskiego.

Schulz pracował na Białorusi niemal 20 lat, a od 2012 roku był administratorem parafii św. Kazimierza i św. Jadwigi. Jak przekazują wierni, aby dominikanie mogli kontynuować posługę w Mohylewie, konieczna byłaby obecność co najmniej dwóch zakonników — czego w obecnych warunkach nie da się zapewnić. Przez pewien czas dominikanie będą jeszcze wspierać parafię, lecz w końcu będą zmuszeni przekazać ją innym kapłanom. Wierni wyrażają nadzieję, że biskupi znajdą duchownych gotowych kontynuować rozwój parafii oraz szerzenie kultu św. Jadwigi.

Wcześniej przedstawiono projekt budowy nowego kościoła i klasztoru dominikanów w Mohylewie, który — wobec aktualnej sytuacji — został zawieszony.

To nie pierwszy raz, gdy o. Schulz spotyka się z odmową przedłużenia pozwolenia na działalność duszpasterską: podobna sytuacja miała miejsce w 2016 roku, lecz wówczas decyzję cofnięto. Według wiernych, także teraz skierowano do władz prośbę o ponowne rozpatrzenie sprawy o. Schulza oraz dziesięciu innych polskich kapłanów archidiecezji. Problem jest szczególnie dotkliwy w diecezjach mińsko‑mohylewskiej i pińskiej, gdzie brak księży staje się coraz bardziej odczuwalny.

Znadniemna.pl na podstawie Katolik.life, na zdjęciu: o. Roman Szulc, fot.: Katolik.life

Roman Schulz, polski dominikanin od blisko dwóch dekad związany z Mohylewem, nie otrzymał zgody władz na dalszą posługę w Białorusi. Decyzja oznacza, że wspólnota dominikańska będzie zmuszona zakończyć swoją obecność w parafii św. Kazimierza i św. Jadwigi. Jak informują wierni, odmowa przedłużenia pozwolenia dotyczy o.

Emerytowany metropolita mińsko-mohylewski poinformował wiernych o swoim stanie zdrowia po niedawnej hospitalizacji. W krótkim nagraniu wideo podziękował za modlitwy i wyraził nadzieję na szybki powrót do pełni sił.

Po uroczystościach odpustowych, podczas których czuł się dobrze i normalnie pełnił posługę, abp Tadeusz Kondrusiewicz udał się na rutynowe badania kontrolne. Wykonane EKG wzbudziło niepokój lekarzy, którzy natychmiast skierowali go do szpitala. Tam przeprowadzono angioplastykę, wszczepiono kilka nowych stentów oraz udrożniono te założone wcześniej. Jak podkreślił sam hierarcha, nie odczuwał bólu ani innych wyraźnych dolegliwości, jednak specjaliści uznali, że jego stan wymaga natychmiastowej interwencji — określili go jako przedzawałowy.

Obecnie arcybiskup przechodzi rehabilitację w Aksakowszczyźnie pod Mińskiem. W nagraniu skierowanym do wiernych dziękuje za modlitwy, pamięć i troskę, zapewniając, że duchowe wsparcie jest dla niego realną pomocą w czasie powrotu do zdrowia. Wyraża również nadzieję, że wkrótce znów stanie przy ołtarzu i będzie mógł kontynuować posługę, choć już jako emerytowany metropolita.

Na zakończenie przekazu prosi o dalszą modlitwę i błogosławi wszystkim, którzy towarzyszą mu w chorobie.

Znadniemna.pl na podstawie Ekai.plfot.: Catholic.by

Emerytowany metropolita mińsko-mohylewski poinformował wiernych o swoim stanie zdrowia po niedawnej hospitalizacji. W krótkim nagraniu wideo podziękował za modlitwy i wyraził nadzieję na szybki powrót do pełni sił. Po uroczystościach odpustowych, podczas których czuł się dobrze i normalnie pełnił posługę, abp Tadeusz Kondrusiewicz udał się na

To był bieg, który niósł w sobie więcej niż sportową stawkę. Polska sztafeta 4×100 metrów kobiet zdobyła w Birmingham brązowy medal Mistrzostw Europy, a w składzie znalazła się nasza krajanka Krystyna Cimanouska – sprinterka, która pięć lat temu uciekła z Białorusi przed reżimem Łukaszenki i dziś po raz pierwszy świętuje medalowy sukces jako reprezentantka Polski na wielkiej międzynarodowej imprezie.

Polki pobiegły dojrzale, pewnie i z ogromną determinacją. Finał był szybki, nerwowy, a warunki – trudne, jak podkreślały same zawodniczki. „Było bardzo trudno, ale zrobiłyśmy to” – mówiła po biegu finiszująca Ewa Swoboda, podkreślając, że zespół musiał walczyć nie tylko z rywalkami, lecz także z zimnem i śliskim rozbiegiem. Krystyna Cimanouska, biegnąca na pierwszej zmianie, dodała: „To był naprawdę ciężki bieg. Zrobiłyśmy wszystko, co mogłyśmy, i jestem bardzo szczęśliwa, że mamy medal.”

Ten medal ma dla niej wymiar szczególny. To pierwszy tak znaczący sukces Cimanouskiej w polskich barwach na arenie międzynarodowej. Jej droga do tego momentu była dramatyczna i pełna napięcia. W 2021 roku, podczas igrzysk olimpijskich w Tokio, białoruskie władze sportowe – działające pod dyktando reżimu Łukaszenki – próbowały siłą odesłać ją do Mińska po tym, jak publicznie skrytykowała decyzje trenerów. Sprinterka odmówiła wejścia na pokład samolotu, poprosiła o pomoc i w dramatycznych okolicznościach uzyskała ochronę dyplomatyczną od Polski.

W Polsce znalazła schronienie, wsparcie i możliwość kontynuowania kariery. W 2022 roku przyjęła polskie obywatelstwo, a od tego czasu konsekwentnie odbudowywała formę, krok po kroku wracając na poziom międzynarodowy. Dzisiejszy medal jest więc czymś więcej niż sportowym osiągnięciem. To symboliczny finał jej drogi z Białorusi do Polski – drogi, która zaczęła się od strachu i niepewności, a prowadziła przez miesiące ciężkiej pracy, adaptacji i walki o powrót do sportowej normalności.

Sztafeta 4×100 m kobiet pokazała, że ma potencjał na jeszcze więcej. A Cimanouska – że jej historia nie kończy się na Tokio. Wręcz przeciwnie: dopiero teraz zaczyna pisać ją na własnych zasadach.

Znadniemna.pl na podstawie sport.tvp.pl, fot.: facebook.com/sportowenewsypl

To był bieg, który niósł w sobie więcej niż sportową stawkę. Polska sztafeta 4×100 metrów kobiet zdobyła w Birmingham brązowy medal Mistrzostw Europy, a w składzie znalazła się nasza krajanka Krystyna Cimanouska – sprinterka, która pięć lat temu uciekła z Białorusi przed reżimem Łukaszenki i

To był triumf, który jeszcze niedawno wydawał się nieosiągalny. Maria Żodzik – nasza krajanka z Baranowicz, zmuszona do opuszczenia Białorusi przez reżim Łukaszenki – zdobyła srebrny medal Mistrzostw Europy w Birmingham, dopisując kolejny rozdział do swojej niezwykłej sportowej biografii.

Jej sukces jest tym większy, że zaledwie kilka tygodni temu walczyła nie tylko z bólem, lecz także z traumą po dramatycznym upadku podczas mityngu Diamentowej Ligi w Londynie, gdzie spadła obok materaca i uderzyła karkiem o jego twardą krawędź. Przez wiele dni nie mogła swobodnie obracać głowy, a treningi skoków były wykluczone. Trener Paweł Wyszyński przyznał, że przed mistrzostwami wykonała zaledwie dwa skoki.

Żodzik nie ukrywa, że decyzja o starcie była dla niej ogromnym obciążeniem psychicznym. W rozmowie z TVP Sport opowiedziała, jak dramatyczne były ostatnie godziny przed eliminacjami: „Dzień przed eliminacjami płakałam chyba całą godzinę na treningu, że nie chcę startować, że wszystko mnie boli.” Mimo strachu i bólu zdecydowała się jednak walczyć. „Dużo pracowaliśmy i musiałam to zrobić, bo jak to tak – odpuścić najważniejszy start? Trzeba było walczyć” – mówiła po konkursie.

Jej powrót na podium nie jest przypadkiem. Żodzik od kilku lat należy do absolutnej światowej czołówki skoku wzwyż. W Tokio wywalczyła srebro Mistrzostw Świata, pokazując, że potrafi rywalizować z najlepszymi nawet w najtrudniejszych warunkach. Od tamtej pory jej sportowa historia ma jeden stały punkt odniesienia: Jarosławę Mahuczich, rekordzistkę świata i ikonę ukraińskiej lekkoatletyki. W ostatnich latach Maria przegrywała właściwie tylko z nią – zarówno w Diamentowej Lidze, jak i na najważniejszych imprezach mistrzowskich. Mahuczich jest dziś poza zasięgiem większości zawodniczek, ale Żodzik konsekwentnie pozostaje jej najbliżej, regularnie zajmując drugie miejsca i budując reputację najbardziej stabilnej w Europie skoczkini wzwyż.

W Birmingham warunki były trudne – zimno, wilgoć, rozbieg, który „nie trzymał”. Sama zawodniczka przyznała: „Jest bardzo zimno, nie czułam swojego ciała, nie wiedziałam, co trzeba robić, ale jakoś złożyło się w porządku.” A jednak pokonała 1,95 m i sięgnęła po srebro. „To oznacza dla mnie, że Tokio to nie przypadek, że potrafię coś wywalczyć” – podsumowała.

Żodzik – urodzona w Baranowiczach, wychowana w realiach białoruskiego reżimu – musiała opuścić swój kraj, by móc żyć i trenować w wolności. W Polsce znalazła dom, trenerów, zaplecze i przestrzeń do rozwoju. Jej historia jest opowieścią o odwadze: o dziewczynie, która uciekła przed systemem, by móc skakać wyżej niż kiedykolwiek wcześniej. Srebro z Birmingham jest nie tylko sukcesem sportowym. To symboliczny triumf nad bólem, strachem i losem. Maria Żodzik znów pokazała, że potrafi pokonać nie tylko poprzeczkę, lecz także własne ograniczenia.

Znadniemna.pl na podstawie Sport.tvp.pl, fot.: facebook.com/sportowenewsypl

To był triumf, który jeszcze niedawno wydawał się nieosiągalny. Maria Żodzik – nasza krajanka z Baranowicz, zmuszona do opuszczenia Białorusi przez reżim Łukaszenki – zdobyła srebrny medal Mistrzostw Europy w Birmingham, dopisując kolejny rozdział do swojej niezwykłej sportowej biografii. Jej sukces jest tym większy, że

Kpt. Franciszek Szamrej, jeden z ostatnich żołnierzy Armii Krajowej na Białorusi, spoczął dziś w miejscu wiecznego odpoczynku. Był Człowiekiem niezłomnym, wiernym Polsce przez całe życie – od wojennej młodości po lata troski o pamięć towarzyszy broni.

Franciszek urodził się na ziemi lidzkiej, gdzie polskość była nie tylko tradycją, lecz codziennym obowiązkiem. Gdy przyszła wojna, stanął w szeregu żołnierzy Armii Krajowej, służąc w strukturach 77. Pułku Piechoty AK – formacji, która na Nowogródczyźnie stała się symbolem oporu przeciwko dwóm totalitaryzmom.

Walczył o wolną Polskę w warunkach, które wymagały nie tylko odwagi, lecz także hartu ducha i gotowości do poświęcenia. Po wojnie nie czekała go wolność – jak wielu żołnierzy AK został aresztowany przez Sowietów i trafił do łagru. Przeszedł przez doświadczenia, które miały złamać człowieka. Jego nie złamały.

Po powrocie do rodzinnych stron pozostał wierny temu, co najważniejsze: pamięci. Nie szukał zaszczytów, nie zabiegał o uznanie. Pracował cicho, ale z ogromną determinacją. Jako członek Stowarzyszenia Żołnierzy Armii Krajowej przy Związku Polaków na Białorusi dbał o groby towarzyszy broni, o miejsca pamięci, o to, by historia nie została zapomniana. To on – kapitan Franciszek Szamrej – własnoręcznie wykonywał krzyże dla poległych żołnierzy „Ragnera”, stawiając je na cmentarzach Nowogródczyzny. Jego praca była świadectwem miłości do tych, którzy odeszli, i obowiązku wobec tych, którzy mieli przyjść po nim.

Był człowiekiem skromnym, a zarazem wielkim. Nie mówił wiele o sobie, ale jego czyny mówiły wszystko. W jego postawie było coś z przedwojennego etosu – poczucie odpowiedzialności, dyscyplina, szacunek dla słowa „Ojczyzna”.

Dziś, gdy spoczął w miejscu wiecznego odpoczynku, czujemy wdzięczność. Za jego życie. Za jego służbę. Za jego świadectwo. Za to, że w czasach, gdy tak wielu się poddawało, on pozostał wierny Polsce – tej prawdziwej, zakorzenionej w historii, w wartościach, w pamięci o bohaterach.

Odszedł kapitan Armii Krajowej, świadek epoki, której już prawie nie ma. Ale pozostaje pamięć – ta, której strzegł przez całe życie.

Cześć Jego Pamięci…

Znadniemna.pl

Kpt. Franciszek Szamrej, jeden z ostatnich żołnierzy Armii Krajowej na Białorusi, spoczął dziś w miejscu wiecznego odpoczynku. Był Człowiekiem niezłomnym, wiernym Polsce przez całe życie – od wojennej młodości po lata troski o pamięć towarzyszy broni. Franciszek urodził się na ziemi lidzkiej, gdzie polskość była nie

Urodzony w Motolu – dziś niewielkiej miejscowości w granicach współczesnej Białorusi – Lejzor Czyż, znany później jako Leonard Chess, wyrósł na jedną z najważniejszych postaci w historii światowego bluesa i rock and rolla. Jego droga z poleskiej prowincji do Chicago odmieniła światową muzykę, a Chess Records stała się kuźnią talentów, które zdefiniowały brzmienie XX wieku.

Miasteczko (teraz – agromiasteczko) Motol, położone w województwie poleskim II Rzeczypospolitej, a obecnie leżące w granicach obwodu brzeskiego na Białorusi, stało się miejscem narodzin Leonarda Chessa (Lejzora Czyża), który po emigracji do USA w 1928 roku stał się współtwórcą legendarnej wytwórni Chess Records. Wraz z bratem Philem prowadził kluby muzyczne na południu Chicago, gdzie zetknął się z afroamerykańskimi twórcami nowego, elektrycznego bluesa. Przełom nastąpił w 1947 roku, gdy zainwestował w Aristocrat Records, przekształconą później w Chess Records – firmę, która wypromowała Muddy’ego Watersa, Howlin’ Wolfa, Sonny’ego Boya Williamsona, Bo Diddleya, Chucka Berry’ego, Ettę James i wielu innych.

Chess był nie tylko wydawcą, lecz także aktywnym współtwórcą chicagowskiej sceny muzycznej. Wspierał lokalne stacje radiowe, budował sieć kontaktów i kreował brzmienie, które zainspirowało pokolenia artystów w USA i Europie. Jego intuicja, energia i gotowość do ryzyka sprawiły, że stał się jedną z ikon amerykańskiego przemysłu muzycznego.

Więcej o tej niezwykłej postaci przeczytacie Państwo na stronie „Ech Polesia” pod LINKIEM.

Znadniemna.pl za witryną „Echa Polesia”

Urodzony w Motolu – dziś niewielkiej miejscowości w granicach współczesnej Białorusi – Lejzor Czyż, znany później jako Leonard Chess, wyrósł na jedną z najważniejszych postaci w historii światowego bluesa i rock and rolla. Jego droga z poleskiej prowincji do Chicago odmieniła światową muzykę, a Chess

Podczas audiencji generalnej w Watykanie, w środę 12 sierpnia, papież Leon XIV przypomniał Polakom, że sierpień jest miesiącem rocznic szczególnie ważnych dla ich historii i duchowej tożsamości. Ojciec Święty podkreślił, że zwycięstwo w Bitwie Warszawskiej 15 sierpnia 1920 roku „odmieniło losy Polski i Europy”, a świadectwo św. Maksymiliana Kolbego pozostaje jednym z najjaśniejszych znaków chrześcijańskiej miłości.

Zwracając się do polskich pielgrzymów zgromadzonych w Bazylice Świętego Piotra, papież powiedział:

„Sierpień, to miesiąc ważnych dla was rocznic. Dzięki wstawiennictwu Maryi 15 sierpnia 1920 roku dokonało się zwycięstwo w Bitwie Warszawskiej, które odmieniło losy Polski i Europy”.

Leon XIV przypomniał również o męczeństwie św. Maksymiliana Marii Kolbego, którego wspomnienie liturgiczne obchodzone jest 14 sierpnia, w wigilię uroczystości Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny.

„W wigilię Wniebowzięcia obchodzone jest wspomnienie liturgiczne świętego Maksymiliana Marii Kolbego, który oddał życie za współwięźnia w niemieckim nazistowskim obozie Auschwitz. Niech wspominanie tych wydarzeń kieruje nasze kroki na drogę pokoju, wskazywaną przez Niepokalaną. Wszystkim wam błogosławię” – dodał papież.

Ojciec Święty zaznaczył, że pamięć o sierpniowych rocznicach powinna inspirować do budowania pokoju i odpowiedzialności za dobro wspólne, zwłaszcza w świecie pełnym napięć i konfliktów.

Bitwa Warszawska, nazywana także Cudem nad Wisłą, została stoczona w dniach 13–25 sierpnia 1920 roku między nacierającą Armią Czerwoną a Wojskiem Polskim. Zwycięstwo polskich żołnierzy zatrzymało marsz rewolucji bolszewickiej na Europę Zachodnią i przesądziło o zachowaniu niepodległości kraju. Brytyjski polityk i dyplomata Edgar Vincent D’Abernon uznał ją za 18. przełomową bitwę w historii świata, podkreślając jej znaczenie dla losów całej Europy.

Papież Leon XIV, nawiązując do tych wydarzeń, zachęcił Polaków, by sierpniowe rocznice umacniały ich w nadziei, wdzięczności i trosce o pokój.

Znadniemna.pl na podstawie Vaticannews.va, na zdjęciu: Papież podczas audiencji ogólnej, fot.: VATICAN MEDIA

Podczas audiencji generalnej w Watykanie, w środę 12 sierpnia, papież Leon XIV przypomniał Polakom, że sierpień jest miesiącem rocznic szczególnie ważnych dla ich historii i duchowej tożsamości. Ojciec Święty podkreślił, że zwycięstwo w Bitwie Warszawskiej 15 sierpnia 1920 roku „odmieniło losy Polski i Europy”, a

Podczas dzisiejszej audiencji generalnej w Watykanie biskup grodzieński Włodzimierz Hulaj spotkał się w bazylice św. Piotra z papieżem Leonem XIV. Przy tej okazji zwierzchnik diecezji grodzieńskiej przekazał Ojcu Świętemu pozdrowienia od duchowieństwa i wiernych diecezji, która w tym roku obchodzi 35‑lecie powstania.

Biskup Włodzimierz, przebywający obecnie w Rzymie, po raz pierwszy uczestniczył 12 sierpnia w audiencji generalnej papieża Leona XIV. Ze względu na letnie upały spotkanie odbyło się wyjątkowo w bazylice św. Piotra. Papież poświęcił swoją katechezę liturgicznemu rokowi, podkreślając centralne znaczenie niedzielnej Eucharystii w życiu każdego wierzącego.

Leon XIV zwrócił uwagę, że uświęcenie niedzieli wymaga realnego uczestnictwa w Eucharystii, którego nie może zastąpić wyłącznie obecność wirtualna. Zachęcił również do tworzenia takich warunków duszpasterskich, aby w niedzielnej Mszy mogli uczestniczyć także ci, którzy tego dnia muszą pracować.

W swojej katechezie papież omówił rozwój roku liturgicznego: od cotygodniowej Paschy, przez doroczne obchody Zmartwychwstania, aż po ukształtowanie cyklu Bożego Narodzenia, kultu maryjnego, wspomnień męczenników i innych świętych. Przypomniał, że rok liturgiczny prowadzi wiernych od oczekiwania na Mesjasza, przez pełnię tajemnicy paschalnej, aż do przedsmaku przyszłej chwały — stanowiąc podstawowy punkt odniesienia dla całej działalności duszpasterskiej.

Po zakończeniu audiencji papież tradycyjnie pozdrowił obecnych hierarchów i spotkał się z biskupem grodzieńskim, który po raz pierwszy uczestniczył w audiencji generalnej. Biskup Włodzimierz przekazał Ojcu Świętemu pozdrowienia od duchowieństwa i wiernych diecezji oraz zapewnił go o modlitwie.

Tego samego dnia biskup spotkał się również z pielgrzymami z Lidy, którzy pod przewodnictwem ks. kanonika Witalija Sidoraka odbywają pielgrzymkę dziękczynną z okazji 35‑lecia odrodzenia struktur Kościoła katolickiego na Białorusi, w tym diecezji grodzieńskiej.

Znadniemna.pl na podstawie Grodnensis.by, fot.: Służba prasowa Diecezji Grodzieńskiej

Podczas dzisiejszej audiencji generalnej w Watykanie biskup grodzieński Włodzimierz Hulaj spotkał się w bazylice św. Piotra z papieżem Leonem XIV. Przy tej okazji zwierzchnik diecezji grodzieńskiej przekazał Ojcu Świętemu pozdrowienia od duchowieństwa i wiernych diecezji, która w tym roku obchodzi 35‑lecie powstania. Biskup Włodzimierz, przebywający obecnie

Podczas badań prowadzonych na ulicy Małej Trojeckiej w Grodnie archeolodzy odsłonili fragmenty świątyni, które najprawdopodobniej są częścią kościoła Świętej Trójcy działającego w Grodnie od końca XVI do połowy XVII wieku. Odkryciu towarzyszyły nietypowe pochówki oraz rzadkie znaleziska, w tym ślady trepanacji, która zdążyła się zagoić.

Archeolodzy prowadzący prace na terenie dawnego cmentarza natrafili na fragmenty fundamentów świątyni. Układ murów oraz kontekst znalezisk wskazują, że może to być pozostałość kościoła Świętej Trójcy, jednego z ważnych obiektów katolickich w Grodnie epoki nowożytnej. Obok odsłoniętych struktur odkryto pochówki o nietypowej organizacji — rozmieszczone według wyraźnej, nieznanej wcześniej struktury, odmiennie niż w typowych nekropoliach XVI–XVII wieku.

Wśród artefaktów znaleziono medaliony oraz przedmioty związane z indywidualnymi kultami, datowane na XVII–XIX stulecie. Według archeologów nekropolia funkcjonowała krótko i była bezpośrednio związana z działalnością kościoła; porzucono ją prawdopodobnie po jego zniknięciu świątyni.

Odkrycie wpisuje się w szerszy kontekst badań prowadzonych od kwietnia, kiedy to robotnicy budujący centrum handlowo‑administracyjne natrafili na szczątki ponad 20 osób. Po wstrzymaniu prac archeolodzy wydobyli szczątki 22 osób — kobiet, mężczyzn i dzieci w różnym wieku — co potwierdziło, że na Małej Trojeckiej znajdowała się nieznana wcześniej nekropolia z XVI–XVII wieku.

Znadniemna.pl na podstawie Hrodna.life, na zdjęciu: prace archeologiczne na Małej Trojeckiej w Grodnie, fot.: BelTA

Podczas badań prowadzonych na ulicy Małej Trojeckiej w Grodnie archeolodzy odsłonili fragmenty świątyni, które najprawdopodobniej są częścią kościoła Świętej Trójcy działającego w Grodnie od końca XVI do połowy XVII wieku. Odkryciu towarzyszyły nietypowe pochówki oraz rzadkie znaleziska, w tym ślady trepanacji, która zdążyła się zagoić. Archeolodzy

Przejdź do treści