HomeStandard Blog Whole Post (Page 2)

Polska w 2025 roku zanotowała rekordowy dodatni bilans migracyjny. Jak wynika z najnowszych danych GUS, największy wpływ na wzrost liczby mieszkańców miała migracja z Białorusi i Ukrainy.

W 2025 roku na stałe wyjechało z Polski 10 181 osób, natomiast przyjechało 21 087. Oznacza to dodatni bilans migracyjny na poziomie 10 906 osób — najwyższy od początku prowadzenia takich statystyk.

Największy wpływ na dodatni bilans migracyjny miała migracja z Białorusi. Według danych GUS w 2025 roku na pobyt stały przyjechało do Polski 2849 obywateli Białorusi, podczas gdy w przeciwnym kierunku wyjechało jedynie 5 osób. Dane dotyczą wyłącznie migracji rejestrowanej jako zmiana stałego miejsca zamieszkania, co tłumaczy relatywnie niską liczbę w porównaniu z ogólną liczbą mieszkających w Polsce Białorusinów.

Jeszcze większy napływ odnotowano z Ukrainy: 6397 osób przyjechało, a 39 wyjechało. Oba kierunki — białoruski i ukraiński — odpowiadają za zdecydowaną większość dodatniego bilansu migracyjnego Polski.

Wyraźny odpływ ludności widoczny jest jedynie w relacji z Niemcami. W 2025 roku do Niemiec wyjechało 3129 osób, a przyjechało 2656. Z kolei migracja z Wielkiej Brytanii, która przez lata była jednym z głównych kierunków wyjazdów Polaków, obecnie układa się na korzyść Polski: 2247 osób wyjechało, a 2496 przyjechało.

GUS podkreśla, że dodatni bilans migracyjny Polska notuje nieprzerwanie od 2016 roku, a napływ obywateli Białorusi i Ukrainy staje się jednym z najważniejszych czynników demograficznych wpływających na rynek pracy i strukturę populacji.

 Znadniemna.pl na podstawie stat.gov.pl, zdjęcie ilustracyjne, źródło: Cinematographer/Shutterstock

Polska w 2025 roku zanotowała rekordowy dodatni bilans migracyjny. Jak wynika z najnowszych danych GUS, największy wpływ na wzrost liczby mieszkańców miała migracja z Białorusi i Ukrainy. W 2025 roku na stałe wyjechało z Polski 10 181 osób, natomiast przyjechało 21 087. Oznacza to dodatni bilans

Na Białorusi art. 361‑4 kodeksu karnego stał się jednym z głównych narzędzi represji wobec społeczeństwa. Za rozmowę z niezależnymi mediami, wysłanie zdjęcia wojskowej kolumny, pomoc więźniom politycznym czy nawet obecność na jawnych rozprawach sądowych można trafić do więzienia na kilka lat. Według Centrum Praw Człowieka „Wiasna” skazano już co najmniej 1083 osób, a tylko w ostatnich trzech miesiącach — 135 kolejnych.

⚠️ OSTRZEŻENIE: Portal Znadniemna.pl jest uznawany przez władze Białorusi za „formację ekstremistyczną”. Czytanie go na terenie Białorusi grozi odpowiedzialnością karną. Można to robić wyłącznie poza granicami kraju, albo po usunięciu śladów odwiedzin z urządzeń elektronicznych (historia przeglądarki, cache, pliki cookies).

Artykuł 361‑4, obowiązujący od 2021 roku, stał się narzędziem, które pozwala władzom uznawać za „sprzyjanie ekstremizmowi” działania będące zwykłym korzystaniem z praw człowieka. Jego stosowanie wpisuje się w szerszy system represji opisany przez ekspertów ONZ, którzy 15 września 2026 r. stwierdzili, że białoruski wymiar sprawiedliwości został „zamieniony w broń do tłumienia sprzeciwu”, a państwo dopuszcza się „szerokich i systematycznych naruszeń praw człowieka”.

Najczęściej oskarżenia dotyczą kontaktów z niezależnymi mediami: udzielonych wywiadów, komentarzy, przesłanych zdjęć czy informacji. Przykładem jest sprawa adwokata Dzmitryja Laeuski, skazanego na trzy lata kolonii za wywiady udzielone mediom, które w momencie rozmowy nie miały jeszcze statusu „ekstremistycznych”.

Drugą dużą kategorią jest tzw. „sprawa Gajuna”, dotycząca projektu dokumentującego ruchy wojsk rosyjskich i białoruskich. Skazano już co najmniej 231 osób, często na podstawie jednego wysłanego zdjęcia lub wiadomości. 81 z nich pozostaje w więzieniach.

Represje obejmują również pomoc więźniom politycznym — paczki, przelewy, wsparcie rodzin. Za takie działania skazano co najmniej 35 osób, w tym 65‑letnią Natalię Malec, która otrzymała trzy i pół roku więzienia za drobną pomoc i listy solidarności.

Jak podkreśla „Wiasna”, art. 361‑4 służy do zastraszania społeczeństwa i kryminalizacji kontaktów z niezależnymi strukturami. Według najnowszego raportu ekspertów ONZ białoruski system wymiaru sprawiedliwości został „zamieniony w broń do tłumienia sprzeciwu”. Eksperci wskazują, że organy ścigania, prokuratura i sądy działają wspólnie, aby eliminować osoby uznane za przeciwników władz. Zatrzymania są arbitralne, procesy odbywają się za zamkniętymi drzwiami, a wyroki mają charakter polityczny. W tym kontekście art. 361‑4 jest jednym z kluczowych narzędzi represji, pozwalającym karać za działania, które w normalnych warunkach stanowiłyby legalne korzystanie z praw człowieka.

Znadniemna.pl na podstawie Spring96.org oraz ohchr.org, zdjęcie ilustracyjne, źródło: domena publiczna

Na Białorusi art. 361‑4 kodeksu karnego stał się jednym z głównych narzędzi represji wobec społeczeństwa. Za rozmowę z niezależnymi mediami, wysłanie zdjęcia wojskowej kolumny, pomoc więźniom politycznym czy nawet obecność na jawnych rozprawach sądowych można trafić do więzienia na kilka lat. Według Centrum Praw Człowieka

W ostatnich tygodniach białoruskie media państwowe intensywnie promują narrację wokół 17 września – tzw. Dnia Jedności Narodowej. W przekazie reżimu to „dzień zjednoczenia ziem białoruskich”, ale w rzeczywistości święto służy jako narzędzie polityczne: fałszuje historię, buduje wrogość wobec Polski i wzmacnia zależność społeczeństwa od Rosji. Dla Polaków mieszkających na Białorusi ta narracja nie jest neutralna – wpływa na ich bezpieczeństwo, sposób postrzegania ich obecności i działania władz wobec polskiej mniejszości narodowej.

W białoruskiej przestrzeni medialnej 17 września przedstawiany jest jako dzień rzekomego „historycznego zjednoczenia narodu”, co ma legitymizować polityczną interpretację przeszłości. Szef Biełteleradyjokampanii Iwan Ejsmont mówił w telewizji BT, że „to dzień, w którym Białorusini odzyskali swoje ziemie i swoją godność”. W telewizji państwowej, na portalach rządowych i w materiałach przygotowywanych dla szkół oraz zakładów pracy powtarzana jest teza, że wkroczenie Armii Czerwonej na tereny II Rzeczypospolitej było aktem „sprawiedliwości dziejowej”. Z oficjalnego przekazu całkowicie znika kontekst agresji ZSRR na Polskę, paktu Ribbentrop–Mołotow i późniejszych represji sowieckich, które są świadomie wypierane z pamięci historycznej. Zamiast faktów historycznych pojawia się narracja, która ma budować określony obraz przeszłości i kształtować postawy społeczne, zgodne z interesem reżimu.

W połowie września bieżącego roku propaganda została dodatkowo zaostrzona. Dwa dni temu, podczas ceremonii wręczania nagród państwowych, Aleksander Łukaszenka powiedział: „17 września 1939 roku — ważniejszy etap w budowaniu naszej państwowości. Po powrocie zachodnich ziem do BSSR staliśmy się jednym narodem z jedną historią, kulturą i językiem, które w Zachodniej Białorusi były zakazane pod polskim gnębieniem. To fakt.” Dodał również: „Ta data była w sercu naszego narodu. Dziś zajmuje miejsce obok Dnia Zwycięstwa i Dnia Niepodległości” oraz „Przez lata staraliśmy się nadmiernie oszczędzać uczucia zachodniego sąsiada, ale teraz widzimy, że ten dzień naprawdę się przyjął.”

To jeden z najmocniejszych cytatów ostatnich miesięcy — Łukaszenka nie tylko powiela propagandową wersję historii, lecz także przedstawia Polskę jako państwo rzekomo „gnębiące” Białorusinów i „zakazujące ich kultury”, co ma wzmacniać współczesną wrogość wobec Polski.

W depeszy rocznicowej państwowa agencja BelTA pisała z kolei: „Armia Czerwona przywróciła sprawiedliwość dziejową, jednocząc naród białoruski.” W materiałach propagandowych konsekwentnie pomija się fakt, że 17 września był częścią agresji ZSRR na Polskę, dokonanej w porozumieniu z III Rzeszą. Pakt Ribbentrop–Mołotow, wspólny rozbiór państwa polskiego, represje sowieckie i późniejsza rusyfikacja zachodniej Białorusi są przemilczane lub przedstawiane jako „konieczne kroki dziejowe”.

Tymczasem polski Instytut Pamięci Narodowej jeszcze w roku wprowadzenia na Białorusi nowego święta przypominał, że 17 września 1939 r. był „świętem jedności dwóch totalitaryzmów” – sowieckiego i nazistowskiego. W stanowisku skierowanym do władz Białorusi IPN podkreślił, że tego dnia „Armia Czerwona dokonała agresji na Polskę, realizując ustalenia tajnego protokołu paktu Ribbentrop–Mołotow”. Instytut zwrócił uwagę, że przedstawianie tej daty jako „zjednoczenia” jest „fałszowaniem historii i próbą usprawiedliwienia sowieckiej przemocy”.

W najnowszych materiałach dla grup propagandowych pojawia się pojęcie „etnocyidu”, czyli rzekomej polskiej polityki „wynarodowienia” Białorusinów w okresie międzywojennym. W materiałach propagandowych pojawia się również teza, że 17 września 1939 roku rozpoczął się „powrót Zachodniej Białorusi do BSSR”, rzekomo odebranej przez Polskę w 1921 roku. Władze przedstawiają politykę II RP jako „trzy etapy wynarodowienia”: polonizację, katolicyzację i osadnictwo. To nowy, agresywny element narracji, który ma budować obraz Polski jako państwa kolonialnego i opresyjnego. Publicysta reżimowej gazety SB Belarus Siegodnia, Andriej Kriwoszejew, stwierdził: „Polska przez dziesięciolecia próbowała wynarodowić Białorusinów. 17 września zakończył ten proces.” W telewizji ONT propagandysta  Igor Tur mówił z kolei: „17 września to dowód, że Białoruś zawsze zwycięża, gdy jest razem z Rosją.” Takie wypowiedzi mają wzmacniać narrację o „wiecznej wspólnocie losu” Białorusi i Rosji, która jest fundamentem propagandowego uzasadnienia politycznej zależności od Moskwy.

W ostatnich tygodniach widać intensyfikację działań agitacyjnych: gotowe scenariusze lekcji, prezentacje dla szkół, materiały dla urzędów i zakładów pracy. W programie telewizji STV propagandysta Grigorij Azarionok mówił: „Polska znów marzy o powrocie na Kresy. Musimy pamiętać, że historia już raz pokazała, gdzie jest miejsce agresora.” To wyraźnie pokazuje, że święto nie jest elementem autentycznej tradycji, lecz narzędziem polityki pamięci, służącym legitymizowaniu reżimu i jego prorosyjskiego kursu.

Propaganda stara się wymazać z pamięci społecznej fakt, że dla mieszkańców Kresów 17 września nie był żadnym „wyzwoleniem”, lecz początkiem tragedii. Świadkowie tamtych wydarzeń opisywali, jak wkraczające oddziały Armii Czerwonej natychmiast rozpoczynały aresztowania, rabunki, deportacje i likwidację polskich instytucji. Wspomnienia mieszkańców Grodna, Wołkowyska czy Lidy pokazują, że dla obywateli II RP „zjednoczenie” oznaczało utratę państwa, wolności i elementarnego poczucia bezpieczeństwa. W jednej z relacji czytamy, że 17 września był „dniem zdrady, która wciąż trwa” – zdrady dwóch totalitaryzmów, które wspólnie rozdarły Polskę i rozpoczęły systematyczne niszczenie jej obywateli.

Narracja propagandowa wokół 17 września jest dziś wykorzystywana do budowania wrogości wobec Polski, do uzasadniania działań służb wobec polskich organizacji i do przedstawiania polskiej mniejszości narodowej jako „potencjalnego zagrożenia”. Dlatego tak istotne jest zrozumienie, że przekaz wokół 17 września nie stanowi neutralnej interpretacji historii, lecz jest narzędziem propagandy wpływającym na relacje społeczne, atmosferę wokół Polaków i sposób, w jaki władze przedstawiają ich obecność w kraju.

Adolf Gorzkowski/Znadniemna.pl, ilustracja: fragment plakatu propagandowego z 1939 roku, na którym białoruski chłop z Zachodniej Białorusi całuje na powitanie radzieckiego żołnierza, źródło: Histmag.org

W ostatnich tygodniach białoruskie media państwowe intensywnie promują narrację wokół 17 września – tzw. Dnia Jedności Narodowej. W przekazie reżimu to „dzień zjednoczenia ziem białoruskich”, ale w rzeczywistości święto służy jako narzędzie polityczne: fałszuje historię, buduje wrogość wobec Polski i wzmacnia zależność społeczeństwa od Rosji.

Po siedmiodniowym pobycie na rodzinnej Grodzieńszczyźnie i w innych regionach Białorusi Andrzej Poczobut przekroczył granicę w Kuźnicy. Jego pobyt za wschodnią granicą Polski był pierwszym od uwolnienia z kolonii karnej i stał się ważnym spotkaniem z miejscami oraz ludźmi, którym przez lata poświęcał swoją pracę i zaangażowanie.

Tydzień spędzony na Białorusi był dla Andrzeja Poczobuta powrotem do świata, który przez ponad pięć lat widział tylko w myślach. Po wyjściu z więzienia w kwietniu zapowiadał, że wróci na Grodzieńszczyznę – nie z powodów osobistych, lecz dlatego, że „to sprawa, której poświęcił znaczącą część życia”. I słowa dotrzymał. W Grodnie, Mińsku, Wołkowysku, Kobryniu, Baranowiczach i Sopoćkiniach spotykał się z mieszkającymi w tych miejscowościach Polakami, odwiedzał miejsca pamięci, groby powstańców styczniowych i żołnierzy września 1939 roku.

Towarzysząca mu Andżelika Borys podkreślała, że jego obecność była dla rodaków na Białorusi czymś więcej niż wizytą – była znakiem, że nie zostali zapomniani. Andrzeja wszędzie witano serdecznie, pytano o zdrowie, o to, jak wytrzymał więzienie. Dziękowano mu za lata pracy na rzecz polskich środowisk w kraju. „Jego przyjazd miał ogromne znaczenie nie tylko dla działaczy, ale dla wszystkich Polaków mieszkających na Białorusi” – mówiła Borys.

Poczobut odwiedził także miejsca szczególnie ważne dla polskiej historii: Jeziory nad Białym Jeziorem, mogiłę powstańców styczniowych, cmentarz w Iwieńcu, gdzie spoczywają Kazimierz i Łucja Dzierżyńscy – współpracujący w czasach wojny z Armią Krajową. W Grodnie Poczobut pojawił się w biurze zdelegalizowanego przez władze Związku Polaków na Białorusi, aby zobaczyć, jak funkcjonuje organizacja, której poświęcił wiele lat życia.

We wtorek, 15 września, były więzień reżimu Łukaszenki wrócił do Polski. W mediach społecznościowych poinformował, że przekroczył granicę w Kuźnicy. Przed nim kolejne plany – wyjazd do Stanów Zjednoczonych i Kanady oraz praca nad książką, w której chce opisać swoje więzienne doświadczenia.

Znadniemna.pl na podstawie radio.bialystok.pl oraz wiadomości.radiozet.pl, na zdjęciu: Andrzej Poczobut przed pomnikiem Elizy Orzeszkowej w Grodnie fot.: facebook.com/andrzej.poczobut.9

Po siedmiodniowym pobycie na rodzinnej Grodzieńszczyźnie i w innych regionach Białorusi Andrzej Poczobut przekroczył granicę w Kuźnicy. Jego pobyt za wschodnią granicą Polski był pierwszym od uwolnienia z kolonii karnej i stał się ważnym spotkaniem z miejscami oraz ludźmi, którym przez lata poświęcał swoją pracę

Gdy 15 września 1967 roku na ekrany wszedł czarno-biały, 78-minutowy film Sylwestra Chęcińskiego, nikt nie przypuszczał, że „Sami swoi” staną się jednym z najważniejszych świadectw kresowej pamięci. Pod komediową warstwą kryła się historia ludzi wyrwanych zza Buga, zmuszonych do budowania życia od nowa. Dziś, w 59. rocznicę premiery, film wciąż brzmi jak ciepłe, nostalgiczne echo utraconych stron rodzinnych.

„Sami swoi” to film, który – choć śmieszy – przede wszystkim wzrusza. W 1967 roku widzowie zobaczyli na ekranie Pawlaków i Kargulów – Kresowiaków przesiedlonych na Ziemie Odzyskane. Ich kłótnie, pojednania, upór i serdeczność były czymś więcej niż komediową maską. To była prawda o tysiącach rodzin, które musiały zostawić swoje domy, sady, cerkwie i kościoły, a potem próbować odnaleźć się w świecie, który nie pachniał już tak jak Wołyń, Polesie czy Wileńszczyzna.

Historia obu rodzin nie była wymysłem scenarzysty. Andrzej Mularczyk sięgnął po opowieści swojego stryja Jana – człowieka, który stał się pierwowzorem Kazimierza Pawlaka i częściowo Jaśka. Dzięki temu film ma w sobie autentyczność, której nie da się podrobić. To nie jest komedia „o Kresach”, lecz komedia „z Kresów”, wyrastająca z prawdziwych wspomnień, bólu i humoru, który pomagał przetrwać.

Wacław Kowalski, odtwórca roli Pawlaka, sam pochodził z Kresów. Wniósł do granej przez siebie postaci nie tylko charakterystyczny sposób mówienia, ale też powiedzonka i gesty zapamiętane z rodzinnych stron. To dlatego jego „Czyś ty oczadział?” weszło do języka codziennego – bo brzmiało jak zdanie zasłyszane na kresowym podwórku, a nie jak kwestia napisana w scenariuszu.

Choć film jest komedią, jego konstrukcja przypomina „Zemstę” Fredry. Filmoteka Narodowa zwraca uwagę na to nawiązanie: dwóch sąsiadów, niczym Cześnik i Rejent, prowadzi wieloletnią, absurdalną wojnę, choć los skazuje ich na wspólne życie. Ten literacki sznyt dodaje opowieści lekkości, ale nie odbiera jej głębi.

Zdjęcia do filmu kręcono w Dobrzykowicach, Lubomierzu, Czernicy Wrocławskiej i Strzeblowie. Lubomierz do dziś żyje tym kultowym filmem – organizuje Ogólnopolski Festiwal Filmów Komediowych, a w miasteczku można znaleźć ślady Pawlaków i Kargulów na każdym kroku. Mało kto pamięta, że początkowo Pawlaka miał zagrać Jacek Woszczerowicz. Choroba aktora sprawiła jednak, że rolę otrzymał Kowalski – i trudno dziś wyobrazić sobie jako Pawlaka kogokolwiek innego.

„Sami swoi” musieli przejść przez sito cenzury. Jedna ze scen została usunięta i zniszczona, a Filmoteka Narodowa – Instytut Audiowizualny (FINA) przypomina, że jej los pokazuje drogę, jaką polskie filmy musiały przejść w PRL, zanim trafiły do kin. A jednak mimo tych przeszkód film zdobył serca widzów. Doczekał się dwóch kontynuacji („Nie ma mocnych”, „Kochaj albo rzuć”) oraz prequela „Sami swoi. Początek” z 2024 roku, który wraca do wcześniejszych losów rodzin na Kresach.

Warto pamiętać, że film był pierwotnie czarno-biały. Dopiero na przełomie 2000 i 2001 roku poddano go koloryzacji. Widać w nim też drobne błędy montażowe – przesuwający się ślad jajka na ścianie, zmieniające się ubranie Witi czy zegar na dworcu pokazujący różne godziny. Te drobiazgi nie przeszkadzają jednak w odbiorze. Przeciwnie – dodają filmowi uroku, jakby podkreślając, że jest opowieścią z czasów, gdy kino było bardziej rękodziełem niż przemysłem.

I może właśnie dlatego „Sami swoi” znajdują się dziś na Liście Polskiego Dziedzictwa Filmowego. Bo pod warstwą humoru kryła się opowieść o powojennej wędrówce Polaków zza Buga. O ludziach, którzy stracili swoje rodzinne strony, ale nie stracili siebie. O pamięci, która – jeśli jest opowiadana z miłością – potrafi ocalić świat, którego już nie ma.

Opr. Emilia Kuklewska/Znadniemna.pl, na zdjęciu: pomnik Kargula i Pawlaka w Dobrzykowicach, nawiązujący do sceny, w której Pawlak woła do Kargula: „Podejdź no do płota, jako i ja podchodzę…”, fot.: Marta Miniewicz/facebook.com/stowarzyszenieTUiTAM

Gdy 15 września 1967 roku na ekrany wszedł czarno-biały, 78-minutowy film Sylwestra Chęcińskiego, nikt nie przypuszczał, że „Sami swoi” staną się jednym z najważniejszych świadectw kresowej pamięci. Pod komediową warstwą kryła się historia ludzi wyrwanych zza Buga, zmuszonych do budowania życia od nowa. Dziś, w

Papież Leon XIV przyjął dymisję archimandryty Jana Sergiusza Gajka (MIC) i mianował ojca Lawoncjusza (Aleksandra) Tumowskiego (MSU) nowym administratorem apostolskim dla wiernych obrządku bizantyjskiego na Białorusi. Decyzja ta oznacza zmianę pokoleniową na czele struktur tamtejszego Kościoła grekokatolickiego.

Oficjalny komunikat Stolicy Apostolskiej kończy trwającą ponad trzy dekady epokę w historii odrodzenia białoruskiego Kościoła grakokatolickiego. Ustępujący z urzędu o. Jan Sergiusz Gajk ze Zgromadzenia Księży Marianów złożył prośbę o zwolnienie z obowiązków ze względu na osiągnięcie wieku emerytalnego. Jego następcą na czele Administratury Apostolskiej, powołanej do życia wiosną 2023 roku, został 53-letni zakonnik z Zakonu Reguły Studyjskiej (studyta).

Kim jest nowy administrator apostolski?

Ojciec Lawoncjusz Tumowski urodził się 9 lipca 1973 roku w Połocku. W maju 1995 roku wstąpił do klasztoru mnichów studytów przy Ławrze Uniowskiej na Ukrainie, gdzie w 2000 roku złożył śluby wieczyste. Ukończył studia filozoficzno-teologiczne we Lwowie (Lwowskie Wyższe Seminarium Duchowne oraz Ukraiński Uniwersytet Katolicki) z tytułem magistra teologii. W latach 2008–2018 kontynuował naukę w Rzymie, uzyskując licencjat oraz doktorat z teologii w Papieskim Instytucie Wschodnim.

Święcenia kapłańskie przyjął 18 maja 2003 roku. W swojej dotychczasowej posłudze pełnił m.in. funkcję przełożonego monasteru świętych Borysa i Gleba w Połocku (2003–2008), wiceprzewodniczącego (wicedziekana) parafii Białoruskiego Kościoła Grekokatolickiego (2004–2006) oraz dziekana Wschodniego Protoprezbiteriatu (2006–2008). Odpowiadał również za duszpasterstwo ukraińskich grekokatolików w Grecji (2015), a od 2022 roku opiekował się wiernymi Białoruskiego Kościoła Grekokatolickiego w Polsce.

Koniec epoki archimandryty Gajka

Ustępujący ze stanowiska o. Jan Sergiusz Gajk stał na czele odrodzenia struktur unickich na Białorusi od lat 90. W 1994 roku papież Jan Paweł II mianował go wizytatorem apostolskim dla grekokatolików w tym kraju, a dwa lata później duchowny otrzymał godność archimandryty. Gdy ostatecznie sfinalizowano organizację struktur kościelnych i papież Franciszek utworzył 30 marca 2023 roku pełnoprawną Administraturę Apostolską, to właśnie archimandryta Gajk został jej pierwszym ordynariuszem.

Trudne dziedzictwo i odrodzenie

Katolicka wspólnota obrządku bizantyjskiego na Białorusi jest bezpośrednią spadkobierczynią Unii Brzeskiej z 1596 roku. Jej nowożytna historia wiąże się także z rokiem 1798, kiedy to utworzono eparchię mińską (dla Rusinów). W burzliwym 1939 roku metropolita lwowski abp Andrzej Szeptycki założył Egzarchat Białoruski, którego hierarchę papież Pius XII zatwierdził w 1941 roku jako administratora apostolskiego. Współczesne odrodzenie struktur grekokatolickich na Białorusi rozpoczęło się w 1988 roku, gdy wierni podjęli pierwsze kroki w celu oficjalnej rejestracji swoich parafii.

Znadniemna.pl na podstawie Vaticannews.va, na zdjęciu: nowo mianowany zwierzchnik białoruskich grekokatolików o. Lawoncjusz (Aleksander) Tumowski i jego poprzednik o. Jan Sergiusz Gajk, fot.:  Vaticannews.va

Papież Leon XIV przyjął dymisję archimandryty Jana Sergiusza Gajka (MIC) i mianował ojca Lawoncjusza (Aleksandra) Tumowskiego (MSU) nowym administratorem apostolskim dla wiernych obrządku bizantyjskiego na Białorusi. Decyzja ta oznacza zmianę pokoleniową na czele struktur tamtejszego Kościoła grekokatolickiego. Oficjalny komunikat Stolicy Apostolskiej kończy trwającą ponad trzy dekady

W słowie pasterskim, opublikowanym z okazji obchodzonego dzisiaj, 14 września, Święta Podwyższenia Krzyża Świętego oraz  1700. rocznicy odnalezienia Krzyża Chrystusa metropolita mińsko‑mohylewski abp Józef Staniewski przypomniał wiernym, że krzyż jest nie tylko centralnym symbolem chrześcijaństwa, lecz także duchowym fundamentem, który przez wieki kształtował tożsamość narodów Europy Wschodniej, w tym Białorusinów.

Hierarcha podkreślił, że w krzyżu zawiera się nadzieja, która nie zawodzi, ponieważ jest zakorzeniona w zwycięstwie Chrystusa nad śmiercią. W jego ocenie naród, który przechodzi przez doświadczenia trudne i bolesne, potrzebuje tego znaku bardziej niż kiedykolwiek.

Święto Podwyższenia Krzyża Świętego ma swoje korzenie w IV wieku, kiedy to św. Helena, matka cesarza Konstantyna, odnalazła w Jerozolimie relikwie Krzyża. Wydarzenie to stało się impulsem do ustanowienia liturgicznego wspomnienia, które w Kościele szybko nabrało charakteru teologicznego: nie jest to święto „pamiątki”, lecz celebracja tajemnicy krzyża jako narzędzia zbawienia. W tradycji wschodniej i zachodniej krzyż jest ukazywany jako drzewo życia, które odwraca los człowieka — tam, gdzie Adam utracił życie przez nieposłuszeństwo, Chrystus przywraca je przez posłuszeństwo aż do śmierci.

Właśnie ten wymiar teologiczny zawarty jest w słowach abp. Staniewskiego. Metropolita przypomniał, że krzyż nie jest symbolem cierpienia dla cierpienia, lecz znakiem miłości, która zwycięża. Wskazał, że Białorusini, którzy w ostatnich latach doświadczyli wielu prób, powinni w krzyżu odnajdywać nie tylko pocieszenie, lecz także duchową siłę do budowania przyszłości. Krzyż — napisał — jest znakiem, który jednoczy, ponieważ wskazuje na prawdę o człowieku: że jego godność nie zależy od okoliczności politycznych, lecz od tego, że jest stworzony i odkupiony przez Boga.

W tradycji Kościoła Święto Podwyższenia Krzyża Świętego zawsze było momentem, w którym wierni zatrzymywali się nad paradoksem chrześcijaństwa: nad tym, że narzędzie kaźni stało się znakiem triumfu. Dzieje Kościoła pokazują, że krzyż towarzyszył wspólnotom w czasach prześladowań, migracji, wojen i odbudowy. Dlatego — jak podkreślił abp Staniewski — również dziś krzyż pozostaje dla Białorusinów znakiem nadziei, która nie jest abstrakcyjna, lecz zakorzeniona w historii zbawienia i w doświadczeniu pokoleń.

Metropolita zachęcił wiernych, aby Święto Podwyższenia Krzyża stało się dla nich momentem duchowego odnowienia. Krzyż — mówił — nie jest ciężarem, który przygniata, lecz drogą, która prowadzi do życia. W tym sensie Białorusini nie mogą zapomnieć o krzyżu, bo w nim znajduje się źródło nadziei, która pozwala przetrwać czas próby i patrzeć w przyszłość z ufnością.

Znadniemna.pl na podstawie Catholicminsk.by, zdjęcie ilustracyjne, źródło: moja-pielgrzymka.eu

W słowie pasterskim, opublikowanym z okazji obchodzonego dzisiaj, 14 września, Święta Podwyższenia Krzyża Świętego oraz  1700. rocznicy odnalezienia Krzyża Chrystusa metropolita mińsko‑mohylewski abp Józef Staniewski przypomniał wiernym, że krzyż jest nie tylko centralnym symbolem chrześcijaństwa, lecz także duchowym fundamentem, który przez wieki kształtował tożsamość narodów

W zimowym semestrze roku akademickiego 2025/2026 na polskich uczelniach kształciło się 10 710 obywateli Białorusi – wynika z oficjalnych danych Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego. Choć to wciąż jedna z największych grup cudzoziemców w Polsce, w porównaniu z rokiem poprzednim liczba białoruskich studentów w kraju nad Wisłą spadła. Wtedy – według GUS – studiowało ich 12,2 tysiąca.

W najnowszych danych resortu nauki, przekazanych w odpowiedzi na zapytanie wiceprzewodniczącego Zjednoczonego Gabinetu Przejściowego Białorusi Pawła Łatuszki, wskazano, że największe skupiska białoruskich studentów znajdują się w największych polskich ośrodkach akademickich. Najwięcej osób z Białorusi studiuje na Uniwersytecie Warszawskim – 490. Nieco mniej na Uniwersytecie Marii Curie-Skłodowskiej w Lublinie (486) oraz Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza w Poznaniu (453). Popularnością cieszą się także Polsko-Japońska Akademia Technik Komputerowych (405) i Uniwersytet Jagielloński (391).

Szczególne miejsce w obecności Białorusinów na polskich uczelniach zajmuje edukacja medyczna: co najmniej 566 studentów z Białorusi kształci się na kierunkach lekarskich i pokrewnych. To szczególnie istotne w kontekście ostrego deficytu lekarzy na samej Białorusi. W polskich instytucjach akademickich pracuje również 54 białoruskich naukowców i badaczy.

Dane z raportu RAD-on potwierdzają, że rok 2024/2025 był okresem spadku liczby studentów z Białorusi – o 414 osób w porównaniu z rokiem wcześniejszym. To pierwszy tak wyraźny regres po latach stabilnego wzrostu. Eksperci wskazują, że zmiana ta może być związana z nowymi zasadami rekrutacji oraz ograniczeniami administracyjnymi.

Przedstawiciele Zjednoczonego Gabinetu Przejściowego Białorusi podkreślają, że wybór polskich uczelni przez młodych Białorusinów jest świadomą decyzją o zdobywaniu europejskiej, nieupolitycznionej edukacji. Paweł Borkowski, odpowiedzialny w strukturach Gabinetu za kwestie tożsamościowe, kulturowe, edukacyjne i długofalowe procesy odbudowy państwa po zmianach demokratycznych, zwraca uwagę, że na największych uczelniach tworzą się liczne ziomkostwa, które mogą stać się przyszłym kapitałem dla demokratycznej Białorusi. Jednocześnie ostrzega przed negatywnym trendem spadkowym, licząc na to, że nie utrzyma się on w kolejnych latach.

Paweł Łatuszka podkreśla z kolei, że tysiące młodych Białorusinów zdobywających wykształcenie w Polsce to „znaczący intelektualny potencjał dla przyszłości kraju”, który mógłby rozwijać się w ojczyźnie, gdyby nie represyjna polityka władz w Mińsku. Szczególną uwagę zwraca na ponad pół tysiąca studentów kierunków medycznych, którzy – gdyby warunki polityczne na Białorusi były inne – mogliby zasilić tamtejszą służbę zdrowia.

Znadniemna.pl na podstawie Zjednoczony Gabinet Przejściowy Białorusi, zdjęcie ilustracyjne

W zimowym semestrze roku akademickiego 2025/2026 na polskich uczelniach kształciło się 10 710 obywateli Białorusi – wynika z oficjalnych danych Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego. Choć to wciąż jedna z największych grup cudzoziemców w Polsce, w porównaniu z rokiem poprzednim liczba białoruskich studentów w kraju

Świątynia św. Szymona i św. Heleny w Mińsku – jeden z najbardziej rozpoznawalnych symboli katolickiej obecności w centrum miasta – od czterech lat pozostaje zamknięta po pożarze wywołanym przez nieznanych sprawców. Mimo widocznego postępu robót państwo nadal nie przekazuje wiernym żadnych oficjalnych informacji o przebiegu rekonstrukcji ani o tym, na jakich zasadach kościół miałby zostać zwrócony parafii. W praktyce jedynym źródłem wiedzy pozostają ogłoszenia publikowane w systemie zamówień publicznych, które pozwalają odtworzyć rzeczywisty stan zaawansowania prac.

Najświeższe ogłoszenie wskazuje, że inwestycja weszła w etap prac wykończeniowych. Wykonawca poszukuje podwykonawcy do montażu szklanego daszku nad wejściem do podziemi, metalowych schodów oraz ogrodzeń wewnętrznych. To elementy pojawiające się dopiero wtedy, gdy zasadnicze prace konstrukcyjne są zakończone. Harmonogram przewiduje rozpoczęcie robót w październiku i ich zakończenie w ciągu dwóch miesięcy, co potwierdza, że obiekt jest bliski finalizacji.

Jednocześnie ujawnione zmiany w pierwotnym projekcie rekonstrukcji budzą uzasadniony niepokój wiernych. Z dokumentacji wynika, że pomieszczenie kancelarii parafialnej na parterze zostało przekształcone w hol, bez wskazania alternatywnego miejsca dla biura parafii. To nie jest drobna korekta – kancelaria stanowi podstawowy element funkcjonowania każdej parafii, miejsce kontaktu wiernych z duszpasterzami, prowadzenia dokumentacji i organizacji życia wspólnoty. Jej usunięcie z planu może oznaczać zmianę modelu działania parafii albo ograniczenie jej autonomii.

Jeszcze bardziej znacząca jest zmiana w podziemiach, gdzie dwa pomieszczenia przeznaczone na zajęcia formacyjne dla dorosłych zastąpiono magazynami na sprzęt gospodarczy. W praktyce oznacza to rezygnację z przestrzeni, która miała służyć życiu wspólnotowemu i edukacji religijnej. Jeśli nie przewidziano dla tych funkcji innych pomieszczeń, może to wskazywać na zamiar ograniczenia działalności duszpasterskiej w Czerwonym Kościele po jego ponownym otwarciu.

Wszystkie te sygnały pojawiają się w momencie, gdy do planowanego oddania obiektu do użytku pozostają cztery miesiące. Zgodnie z harmonogramem kościół ma zostać otwarty w styczniu 2027 roku. Mimo to wierni nadal nie wiedzą, czy będą mogli wrócić do swojej świątyni ani czy parafia zachowa dotychczasowy zakres działalności. W parafii trwa modlitwa o jak najszybszy zwrot kościoła i możliwość sprawowania w nim sakramentów. Co znamienne, do modlitwy po niedzielnych Mszach wzywa głównie wikariusz; z kolei proboszcz w swoich ogłoszeniach rzadko wspomina o świątyni, co wierni odbierają jako sygnał niepewności lub wywieranej na niego presji.

Wrzesień 2026 roku przynosi bolesną rocznicę – mijają cztery lata od zamknięcia Czerwonego Kościoła po ataku nieznanych sprawców, który doprowadził do pożaru i rozpoczął najdłuższy, po czasach sowieckich, okres niedostępności tej świątyni dla wiernych w jej historii. Dziś, mimo widocznego postępu prac, przyszłość kościoła pozostaje niejasna, a wprowadzone zmiany w projekcie każą pytać, czy rekonstrukcja jest wyłącznie technicznym odnowieniem zabytku, czy też elementem szerszego planu dotyczącego roli parafii w centrum Mińska.

Znadniemna.pl na podstawie Katolik.life, fot.: Katolik.life

Świątynia św. Szymona i św. Heleny w Mińsku – jeden z najbardziej rozpoznawalnych symboli katolickiej obecności w centrum miasta – od czterech lat pozostaje zamknięta po pożarze wywołanym przez nieznanych sprawców. Mimo widocznego postępu robót państwo nadal nie przekazuje wiernym żadnych oficjalnych informacji o przebiegu

Na dawnych Kresach Wschodnich, szczególnie na terenach dzisiejszej Białorusi, dzień świętych Prota i Hiacynta – obchodzony 11 września – przez stulecia pełnił rolę ważnego punktu orientacyjnego w ludowym kalendarzu rolniczym. W tradycji polskiej obecnej na Grodzieńszczyźnie, Polesiu i Wileńszczyźnie Hiacynt funkcjonował jako Jacek, a jego wrześniowe święto obrosło siecią powiedzeń, które łączyły obserwację nieba z doświadczeniem życia na pograniczu kultur.

W kulturze ludowej Kresów dzień 11 września był momentem, w którym zaczynano „czytać jesień”. Rolnicy, żyjący w rytmie natury, traktowali wrześniowe znaki pogodowe jako wskazówki dotyczące nadchodzących miesięcy. Właśnie na ziemiach dzisiejszej Białorusi utrwaliły się przysłowia, które do dziś stanowią świadectwo dawnego sposobu myślenia o świecie. Mówiono: „Gdy na Jacka pogodnie, suche w jesieni dnie”, a także „Jeśli na Jacka nie panuje plucha, to pewnie zima będzie sucha”. Te krótkie formuły, przekazywane z pokolenia na pokolenie, były nie tylko praktyczną prognozą, lecz także elementem lokalnej tożsamości. W okolicach Lidy i Wołkowyska popularne było również żartobliwe powiedzenie: „Ze wszystkich świętych najlepszy Jacek, bo kto żyje, dostał placek”, które pokazuje kresowy humor i lekkość, z jaką mieszkańcy potrafili łączyć sacrum z codziennością.

W tradycji białorusko‑polskiego pogranicza funkcjonował także wrześniowy „łańcuch wróżb”, w którym dzień świętych Prota i Hiacynta łączył się z końcem miesiąca. Powtarzano: „Jeśli na świętego Prota jest pogoda albo słota, to na świętego Hieronima deszczyk jest, albo go ni ma”. To charakterystyczny dla Kresów sposób wiązania dat liturgicznych z obserwacją przyrody. W społecznościach wiejskich, gdzie kalendarz kościelny był równocześnie kalendarzem rolniczym, takie zależności miały realne znaczenie – pozwalały przewidywać, czy jesień będzie sucha, mokra, długa czy krótka, a w konsekwencji, jaka może być zima.

Historyczne znaczenie tych powiedzeń wynika również z obecności dominikanów, którzy od XIII wieku działali na terenach dzisiejszej Białorusi, szerząc kult św. Jacka Odrowąża. To sprawiło, że imię Jacek było tu dobrze znane, a jego wrześniowe wspomnienie nabrało lokalnego kolorytu. W połączeniu z wielowiekowym doświadczeniem rolniczym, z surowym klimatem Polesia i z kresową wrażliwością na rytm natury, przysłowia o Jackowej pogodzie stały się trwałym elementem kultury, który przetrwał nawet po zniknięciu dawnego świata Kresów.

Opr. Emilia Kuklewska na podstawie Julian Krzyżanowski, Nowa księga przysłów polskich i wyrażeń przysłowiowych, t. I–IV, Warszawa 1969–1978,  na obrazku: jedna z wersji śmierci męczeńskiej św.św. Prota i Hiacynta (manuskrypt z XIV w.), źródło: Wikipedia

Na dawnych Kresach Wschodnich, szczególnie na terenach dzisiejszej Białorusi, dzień świętych Prota i Hiacynta – obchodzony 11 września – przez stulecia pełnił rolę ważnego punktu orientacyjnego w ludowym kalendarzu rolniczym. W tradycji polskiej obecnej na Grodzieńszczyźnie, Polesiu i Wileńszczyźnie Hiacynt funkcjonował jako Jacek, a jego

Przejdź do treści