HomeStandard Blog Whole Post (Page 2)

Wkroczenie Armii Czerwonej na terytorium Rzeczypospolitej 17 września 1939 roku było ciosem zadanym państwu walczącemu już od dwóch tygodni z Niemcami. Sowiecka agresja, dokonana wbrew paktowi o nieagresji i zasadom prawa międzynarodowego, przesądziła o IV rozbiorze Polski, o losie jej obywateli i o przyszłości całych pokoleń. Rocznica tamtego dnia jest momentem, w którym wspominamy nie tylko akt zdrady dwóch totalitaryzmów, lecz także jego tragiczne następstwa – w tym los Sybiraków, których tułaczka stała się jednym z najbardziej bolesnych rozdziałów polskiej historii.

Choć tamten wrześniowy poranek zapisał się w historii jako moment, w którym Polska została zaatakowana z dwóch stron, dla mieszkańców Kresów był przede wszystkim początkiem osobistego dramatu. Sowieckie oddziały wkraczały do miast i wsi, natychmiast przejmując administrację, rozbijając struktury państwowe i wprowadzając własne porządki. W ciągu kilku dni zniknęły polskie urzędy, szkoły, organizacje społeczne, a na ich miejsce pojawiły się komitety, milicje i funkcjonariusze NKWD. Zajęte ziemie zostały poddane sowietyzacji, a ich mieszkańcy – represjom, które miały złamać kręgosłup polskiego społeczeństwa i przygotować grunt pod masowe deportacje.

Z agresji dokonanej 17 września wynikały późniejsze deportacje. Sowieci przystąpili do systematycznego niszczenia polskich elit, struktur społecznych i lokalnych wspólnot. Aresztowania, konfiskaty majątków, likwidacja instytucji, zamykanie szkół i kościołów były pierwszym etapem. Kolejnym były wywózki – cztery wielkie fale deportacji w latach 1940–1941, które objęły setki tysięcy obywateli II RP. To właśnie oni stali się Sybirakami, a ich los był bezpośrednim skutkiem wydarzeń sprzed 87 lat.

W relacji Marii K., opublikowanej przez Związek Sybiraków, czytamy: „Przyszli o drugiej w nocy. Kazali się pakować. Mama płakała, ojciec milczał. Nie wiedzieliśmy, dokąd nas zabierają.” Ten moment – chwila, w której człowiek traci dom i przyszłość – jest jednym z najczęściej powtarzanych w świadectwach. Jadwiga S., której relację zarejestrowało Archiwum Historii Mówionej, wspomina drogę na Wschód: „W wagonie było pełno ludzi. Nie było gdzie usiąść. Dzieci płakały, starcy modlili się po cichu. Jechaliśmy tygodniami.” Władysław K., zesłany w lutym 1940 roku, mówił: „Najgorsze było to, że nie wiedzieliśmy, dokąd nas wiozą. Człowiek bał się nawet myśleć.”

Na zesłaniu życie podporządkowane było pracy, głodowi i walce o przetrwanie. Jan Z., którego wspomnienia opublikowało Muzeum Pamięci Sybiru, mówił: „Jak nie wyrobiłeś normy, nie jadłeś. A jak nie jadłeś, nie miałeś siły pracować. To było błędne koło.” Anna P., zesłana jako dziecko, wspominała: „Syberia nie była miejscem. Syberia była stanem. Stanem ciągłego strachu i zmęczenia.” Wspólnota zesłańców była jedyną tarczą przeciw nieludzkim warunkom. Zofia L. mówiła: „Kiedy ktoś miał kawałek chleba, dzielił się. Bo wiedział, że jutro może nie mieć nic.”

Powroty były równie trudne jak sama tułaczka. Stanisław M., którego relację opublikował IPN, wspominał: „Domu już nie było. Rodziny już nie było. Tylko pamięć została.”

W Polsce Ludowej świadectwa Sybiraków były przez lata przemilczane. Dopiero po 1989 roku zaczęli mówić otwarcie. Jak podkreślała Irena B.: „Przez lata milczeliśmy. Teraz mówimy, żeby nikt nie zapomniał.”

Dlatego 17 września jest dniem szczególnym. To nie tylko rocznica agresji ZSRR na Polskę, lecz także dzień, w którym pamięć o Sybirakach staje się częścią narodowego zobowiązania. Ich los jest nierozerwalnie związany z wydarzeniami sprzed 87 lat. Agresja z 1939 roku była początkiem ich tułaczki, a ich świadectwa są dziś jednym z najważniejszych dowodów na to, czym była sowiecka okupacja. W słowach jednego z zesłańców, zapisanych w Archiwum Historii Mówionej, kryje się sens tego dnia: „Nie chcemy zemsty. Chcemy pamięci.”

Opr. Emilia Kuklewska/Znadniemna.pl, na zdjęciu: Oficerowie Armii Czerwonej pod portretem Stalina i ich nazistowscy koledzy z Niemiec podczas niemiecko‑sowieckiej parady w Brześciu, Białoruś, 22 września 1939 r., fot.: Wikipedia

Wkroczenie Armii Czerwonej na terytorium Rzeczypospolitej 17 września 1939 roku było ciosem zadanym państwu walczącemu już od dwóch tygodni z Niemcami. Sowiecka agresja, dokonana wbrew paktowi o nieagresji i zasadom prawa międzynarodowego, przesądziła o IV rozbiorze Polski, o losie jej obywateli i o przyszłości całych

Dzisiaj, 16 września 2026 roku, Cole pojawił się na granicy białorusko‑litewskiej wraz z grupą zwolnionych i opublikował wspólne zdjęcie z wyzwolonymi więźniami. Wśród nich znalazły się osoby skazane na wieloletnie wyroki w głośnych procesach politycznych, w tym liczni przedstawiciele środowiska medialnego. To właśnie oni byli jednymi z pierwszych celów represji po 2020 roku: śledzeni, zatrzymywani, oskarżani o „ekstremizm”, skazywani na wieloletnie wyroki za wykonywanie pracy, która w każdym demokratycznym państwie jest fundamentem życia publicznego.

Dzisiejsze zwolnienia mają więc wymiar szczególny: to nie tylko gest polityczny, lecz także symboliczne przywrócenie głosu środowisku, które reżim próbował całkowicie uciszyć. Uwolnienie tak wielu przedstawicieli mediów pokazuje, że presja międzynarodowa dotyka jednego z najbardziej wrażliwych punktów systemu — kontroli nad informacją.

Szczególnie wymowny jest fakt, że wśród uwolnionych znalazło się dwóch kluczowych przedstawicieli niezależnych białoruskich mediów: Dzmitry Naważyłau i Andrej Alaksandrau.

Dźmitry Naważyłaŭ, były dyrektor niezależnej agencji informacyjnej BelaPAN, został zatrzymany 18 sierpnia 2021 roku po przeszukaniu i przesłuchaniu w Komitecie Śledczym. Jego sprawę połączono z tzw. „procesem BelaPAN”, w którym oskarżono go o „udział w formacji ekstremistycznej” oraz „uchylanie się od płacenia podatków”. Proces trwał cztery miesiące i zakończył się wyrokiem 6 lat kolonii oraz grzywną w wysokości 700 stawek podstawowych (22 400 rubli). W styczniu 2023 roku wpisano go dodatkowo na listę osób rzekomo „związanych z działalnością ekstremistyczną”, co miało charakter czysto represyjny.

Jeszcze bardziej dramatyczna była historia Andreja Alaksandrowa, jednego z najbardziej rozpoznawalnych białoruskich dziennikarzy i menedżerów medialnych. Został zatrzymany 12 stycznia 2021 roku wraz ze swoją partnerką, Iryną Złobiną. Już po trzech dniach władze ogłosiły, że oboje są podejrzani o „finansowanie działalności protestacyjnej”, twierdząc, że Alaksandrau opłacił 250 grzywien nakładanych na uczestników pokojowych demonstracji, korzystając ze środków przekazywanych przez fundusz BY_help.

Reżim szybko rozszerzył katalog oskarżeń. 30 czerwca 2021 roku Alaksandrawowi postawiono zarzut „zdrady państwa”, a w sierpniu wszczęto kolejną sprawę dotyczącą rzekomego „uchylania się od płacenia podatków”. 4 kwietnia 2022 roku całość materiałów trafiła do sądu, a Alaksandrowa osądzono w ramach tzw. „sprawy BelaPAN” na podstawie czterech artykułów kodeksu karnego, w tym „zdrady państwa” i „udziału w formacji ekstremistycznej”. Ostatecznie skazano go na 14 lat kolonii — jeden z najsurowszych wyroków wobec dziennikarza w historii współczesnej Białorusi. W czasie pobytu w areszcie śledczym Alaksandrau i Złobina pobrali się, co stało się poruszającym symbolem solidarności i godności w obliczu represji.

Wśród zwolnionych znalazła się także Ludmiła Chekina, była dyrektor generalna TUT.BY, skazana na 12 lat kolonii o ogólnym rygorze oraz wysoką, 37‑tysięczną karę grzywny w rublach białoruskich. Na wolność wyszedł również Paweł Bieławus, twórca portalu Symbal.by i były dyrektor „Art Siadziby”, skazany na 13 lat więzienia.

Pełna lista więźniów wyzwolonych i deportowanych na Litwę 16 września 2026 roku:

  • Andrej Aleksandrow — menedżer BelaPAN
  • Pawel Belawus — założyciel sklepu Symbal.by
  • Jewgien Burlo — członek zespołu Tor Band
  • Ilja Weremiejeu — skazany za wpisy w czatach Telegrama na początku wojny
  • Zmicier Galawacz — członek zespołu Tor Band
  • Kiryl Gniedzilow — były milicjant i specjalista IT
  • Iryna Zlobina — właścicielka kwiaciarni, zatrzymana w sprawie BY_help
  • Zmicier Kolas — wydawca
  • Tacciana Kuzina — politolożka
  • Alena Lazarczyk — aktywistka „Europejskiej Białorusi”
  • Nastasja Lazarenka — adwokatka
  • Dmitrij Nawazyłow — były dyrektor BelaPAN
  • Kiryl Pozniak — dziennikarz
  • Janina Pozniak — dziennikarka
  • Pawel Petruczenia — skazany za „Czarną księgę Białorusi”
  • Jana Pinczuk — administratorka kanałów Telegram, ekstradowana z Rosji
  • Siergiej Rabcow — skazany za komentarze po śmierci Zeltsera
  • Denis Salmanowicz — skazany za działalność w kanałach Telegrama
  • Olga Strojewa — 67‑letnia przedsiębiorczyni z Homla
  • Andrej Caliuk — aktywista z Brześcia
  • Ales Chumakow — muzyk zespołu „Stary Olsa”
  • Ludmila Czekina — dyrektorka TUT.by
  • Jewgien Juszkiewicz — były śledczy i specjalista IT
  • Swietłana Jakubowicz — wolontariuszka homelskiej „Wiasny”
  • Andrej Jaremczuk — członek zespołu Tor Band

.

Środowiska opozycyjne podkreślają, że choć dzisiejsze zwolnienia są ważnym gestem, w białoruskich więzieniach nadal pozostają setki więźniów politycznych, w tym kolejni dziennikarze, aktywiści i działacze społeczni. Dzisiejszy dzień jest jednak jednym z najważniejszych sygnałów, że presja międzynarodowa może przynosić realne efekty.

Według informacji przekazanych przez BiełTA, uwolnienie 25 więźniów politycznych było elementem porozumienia, w ramach którego Stany Zjednoczone zgodziły się na częściowe złagodzenie sankcji wobec Białorusi. Chodzi przede wszystkim o ograniczenie restrykcji dotyczących eksportu nawozów potasowych, kluczowego towaru białoruskiej gospodarki, oraz o ułatwienia w handlu produktami ropopochodnymi. Uzgodniono również odblokowanie wybranych kanałów współpracy gospodarczej, co ma umożliwić Mińskowi dostęp do technologii i komponentów nieobjętych sankcjami. W zamian Łukaszenka zobowiązał się do kontynuowania dialogu ze stroną amerykańską oraz do rozważenia kolejnych gestów humanitarnych, w tym potencjalnego uwolnienia następnych więźniów politycznych.

Znadniemna.pl na podstawie Svaboda.org, fot.: facebook.com/baj.media.by

 

Dzisiaj, 16 września 2026 roku, Cole pojawił się na granicy białorusko‑litewskiej wraz z grupą zwolnionych i opublikował wspólne zdjęcie z wyzwolonymi więźniami. Wśród nich znalazły się osoby skazane na wieloletnie wyroki w głośnych procesach politycznych, w tym liczni przedstawiciele środowiska medialnego. To właśnie oni byli

Polska w 2025 roku zanotowała rekordowy dodatni bilans migracyjny. Jak wynika z najnowszych danych GUS, największy wpływ na wzrost liczby mieszkańców miała migracja z Białorusi i Ukrainy.

W 2025 roku na stałe wyjechało z Polski 10 181 osób, natomiast przyjechało 21 087. Oznacza to dodatni bilans migracyjny na poziomie 10 906 osób — najwyższy od początku prowadzenia takich statystyk.

Największy wpływ na dodatni bilans migracyjny miała migracja z Białorusi. Według danych GUS w 2025 roku na pobyt stały przyjechało do Polski 2849 obywateli Białorusi, podczas gdy w przeciwnym kierunku wyjechało jedynie 5 osób. Dane dotyczą wyłącznie migracji rejestrowanej jako zmiana stałego miejsca zamieszkania, co tłumaczy relatywnie niską liczbę w porównaniu z ogólną liczbą mieszkających w Polsce Białorusinów.

Jeszcze większy napływ odnotowano z Ukrainy: 6397 osób przyjechało, a 39 wyjechało. Oba kierunki — białoruski i ukraiński — odpowiadają za zdecydowaną większość dodatniego bilansu migracyjnego Polski.

Wyraźny odpływ ludności widoczny jest jedynie w relacji z Niemcami. W 2025 roku do Niemiec wyjechało 3129 osób, a przyjechało 2656. Z kolei migracja z Wielkiej Brytanii, która przez lata była jednym z głównych kierunków wyjazdów Polaków, obecnie układa się na korzyść Polski: 2247 osób wyjechało, a 2496 przyjechało.

GUS podkreśla, że dodatni bilans migracyjny Polska notuje nieprzerwanie od 2016 roku, a napływ obywateli Białorusi i Ukrainy staje się jednym z najważniejszych czynników demograficznych wpływających na rynek pracy i strukturę populacji.

 Znadniemna.pl na podstawie stat.gov.pl, zdjęcie ilustracyjne, źródło: Cinematographer/Shutterstock

Polska w 2025 roku zanotowała rekordowy dodatni bilans migracyjny. Jak wynika z najnowszych danych GUS, największy wpływ na wzrost liczby mieszkańców miała migracja z Białorusi i Ukrainy. W 2025 roku na stałe wyjechało z Polski 10 181 osób, natomiast przyjechało 21 087. Oznacza to dodatni bilans

Na Białorusi art. 361‑4 kodeksu karnego stał się jednym z głównych narzędzi represji wobec społeczeństwa. Za rozmowę z niezależnymi mediami, wysłanie zdjęcia wojskowej kolumny, pomoc więźniom politycznym czy nawet obecność na jawnych rozprawach sądowych można trafić do więzienia na kilka lat. Według Centrum Praw Człowieka „Wiasna” skazano już co najmniej 1083 osób, a tylko w ostatnich trzech miesiącach — 135 kolejnych.

⚠️ OSTRZEŻENIE: Portal Znadniemna.pl jest uznawany przez władze Białorusi za „formację ekstremistyczną”. Czytanie go na terenie Białorusi grozi odpowiedzialnością karną. Można to robić wyłącznie poza granicami kraju, albo po usunięciu śladów odwiedzin z urządzeń elektronicznych (historia przeglądarki, cache, pliki cookies).

Artykuł 361‑4, obowiązujący od 2021 roku, stał się narzędziem, które pozwala władzom uznawać za „sprzyjanie ekstremizmowi” działania będące zwykłym korzystaniem z praw człowieka. Jego stosowanie wpisuje się w szerszy system represji opisany przez ekspertów ONZ, którzy 15 września 2026 r. stwierdzili, że białoruski wymiar sprawiedliwości został „zamieniony w broń do tłumienia sprzeciwu”, a państwo dopuszcza się „szerokich i systematycznych naruszeń praw człowieka”.

Najczęściej oskarżenia dotyczą kontaktów z niezależnymi mediami: udzielonych wywiadów, komentarzy, przesłanych zdjęć czy informacji. Przykładem jest sprawa adwokata Dzmitryja Laeuski, skazanego na trzy lata kolonii za wywiady udzielone mediom, które w momencie rozmowy nie miały jeszcze statusu „ekstremistycznych”.

Drugą dużą kategorią jest tzw. „sprawa Gajuna”, dotycząca projektu dokumentującego ruchy wojsk rosyjskich i białoruskich. Skazano już co najmniej 231 osób, często na podstawie jednego wysłanego zdjęcia lub wiadomości. 81 z nich pozostaje w więzieniach.

Represje obejmują również pomoc więźniom politycznym — paczki, przelewy, wsparcie rodzin. Za takie działania skazano co najmniej 35 osób, w tym 65‑letnią Natalię Malec, która otrzymała trzy i pół roku więzienia za drobną pomoc i listy solidarności.

Jak podkreśla „Wiasna”, art. 361‑4 służy do zastraszania społeczeństwa i kryminalizacji kontaktów z niezależnymi strukturami. Według najnowszego raportu ekspertów ONZ białoruski system wymiaru sprawiedliwości został „zamieniony w broń do tłumienia sprzeciwu”. Eksperci wskazują, że organy ścigania, prokuratura i sądy działają wspólnie, aby eliminować osoby uznane za przeciwników władz. Zatrzymania są arbitralne, procesy odbywają się za zamkniętymi drzwiami, a wyroki mają charakter polityczny. W tym kontekście art. 361‑4 jest jednym z kluczowych narzędzi represji, pozwalającym karać za działania, które w normalnych warunkach stanowiłyby legalne korzystanie z praw człowieka.

Znadniemna.pl na podstawie Spring96.org oraz ohchr.org, zdjęcie ilustracyjne, źródło: domena publiczna

Na Białorusi art. 361‑4 kodeksu karnego stał się jednym z głównych narzędzi represji wobec społeczeństwa. Za rozmowę z niezależnymi mediami, wysłanie zdjęcia wojskowej kolumny, pomoc więźniom politycznym czy nawet obecność na jawnych rozprawach sądowych można trafić do więzienia na kilka lat. Według Centrum Praw Człowieka

W ostatnich tygodniach białoruskie media państwowe intensywnie promują narrację wokół 17 września – tzw. Dnia Jedności Narodowej. W przekazie reżimu to „dzień zjednoczenia ziem białoruskich”, ale w rzeczywistości święto służy jako narzędzie polityczne: fałszuje historię, buduje wrogość wobec Polski i wzmacnia zależność społeczeństwa od Rosji. Dla Polaków mieszkających na Białorusi ta narracja nie jest neutralna – wpływa na ich bezpieczeństwo, sposób postrzegania ich obecności i działania władz wobec polskiej mniejszości narodowej.

W białoruskiej przestrzeni medialnej 17 września przedstawiany jest jako dzień rzekomego „historycznego zjednoczenia narodu”, co ma legitymizować polityczną interpretację przeszłości. Szef Biełteleradyjokampanii Iwan Ejsmont mówił w telewizji BT, że „to dzień, w którym Białorusini odzyskali swoje ziemie i swoją godność”. W telewizji państwowej, na portalach rządowych i w materiałach przygotowywanych dla szkół oraz zakładów pracy powtarzana jest teza, że wkroczenie Armii Czerwonej na tereny II Rzeczypospolitej było aktem „sprawiedliwości dziejowej”. Z oficjalnego przekazu całkowicie znika kontekst agresji ZSRR na Polskę, paktu Ribbentrop–Mołotow i późniejszych represji sowieckich, które są świadomie wypierane z pamięci historycznej. Zamiast faktów historycznych pojawia się narracja, która ma budować określony obraz przeszłości i kształtować postawy społeczne, zgodne z interesem reżimu.

W połowie września bieżącego roku propaganda została dodatkowo zaostrzona. Dwa dni temu, podczas ceremonii wręczania nagród państwowych, Aleksander Łukaszenka powiedział: „17 września 1939 roku — ważniejszy etap w budowaniu naszej państwowości. Po powrocie zachodnich ziem do BSSR staliśmy się jednym narodem z jedną historią, kulturą i językiem, które w Zachodniej Białorusi były zakazane pod polskim gnębieniem. To fakt.” Dodał również: „Ta data była w sercu naszego narodu. Dziś zajmuje miejsce obok Dnia Zwycięstwa i Dnia Niepodległości” oraz „Przez lata staraliśmy się nadmiernie oszczędzać uczucia zachodniego sąsiada, ale teraz widzimy, że ten dzień naprawdę się przyjął.”

To jeden z najmocniejszych cytatów ostatnich miesięcy — Łukaszenka nie tylko powiela propagandową wersję historii, lecz także przedstawia Polskę jako państwo rzekomo „gnębiące” Białorusinów i „zakazujące ich kultury”, co ma wzmacniać współczesną wrogość wobec Polski.

W depeszy rocznicowej państwowa agencja BelTA pisała z kolei: „Armia Czerwona przywróciła sprawiedliwość dziejową, jednocząc naród białoruski.” W materiałach propagandowych konsekwentnie pomija się fakt, że 17 września był częścią agresji ZSRR na Polskę, dokonanej w porozumieniu z III Rzeszą. Pakt Ribbentrop–Mołotow, wspólny rozbiór państwa polskiego, represje sowieckie i późniejsza rusyfikacja zachodniej Białorusi są przemilczane lub przedstawiane jako „konieczne kroki dziejowe”.

Tymczasem polski Instytut Pamięci Narodowej jeszcze w roku wprowadzenia na Białorusi nowego święta przypominał, że 17 września 1939 r. był „świętem jedności dwóch totalitaryzmów” – sowieckiego i nazistowskiego. W stanowisku skierowanym do władz Białorusi IPN podkreślił, że tego dnia „Armia Czerwona dokonała agresji na Polskę, realizując ustalenia tajnego protokołu paktu Ribbentrop–Mołotow”. Instytut zwrócił uwagę, że przedstawianie tej daty jako „zjednoczenia” jest „fałszowaniem historii i próbą usprawiedliwienia sowieckiej przemocy”.

W najnowszych materiałach dla grup propagandowych pojawia się pojęcie „etnocyidu”, czyli rzekomej polskiej polityki „wynarodowienia” Białorusinów w okresie międzywojennym. W materiałach propagandowych pojawia się również teza, że 17 września 1939 roku rozpoczął się „powrót Zachodniej Białorusi do BSSR”, rzekomo odebranej przez Polskę w 1921 roku. Władze przedstawiają politykę II RP jako „trzy etapy wynarodowienia”: polonizację, katolicyzację i osadnictwo. To nowy, agresywny element narracji, który ma budować obraz Polski jako państwa kolonialnego i opresyjnego. Publicysta reżimowej gazety SB Belarus Siegodnia, Andriej Kriwoszejew, stwierdził: „Polska przez dziesięciolecia próbowała wynarodowić Białorusinów. 17 września zakończył ten proces.” W telewizji ONT propagandysta  Igor Tur mówił z kolei: „17 września to dowód, że Białoruś zawsze zwycięża, gdy jest razem z Rosją.” Takie wypowiedzi mają wzmacniać narrację o „wiecznej wspólnocie losu” Białorusi i Rosji, która jest fundamentem propagandowego uzasadnienia politycznej zależności od Moskwy.

W ostatnich tygodniach widać intensyfikację działań agitacyjnych: gotowe scenariusze lekcji, prezentacje dla szkół, materiały dla urzędów i zakładów pracy. W programie telewizji STV propagandysta Grigorij Azarionok mówił: „Polska znów marzy o powrocie na Kresy. Musimy pamiętać, że historia już raz pokazała, gdzie jest miejsce agresora.” To wyraźnie pokazuje, że święto nie jest elementem autentycznej tradycji, lecz narzędziem polityki pamięci, służącym legitymizowaniu reżimu i jego prorosyjskiego kursu.

Propaganda stara się wymazać z pamięci społecznej fakt, że dla mieszkańców Kresów 17 września nie był żadnym „wyzwoleniem”, lecz początkiem tragedii. Świadkowie tamtych wydarzeń opisywali, jak wkraczające oddziały Armii Czerwonej natychmiast rozpoczynały aresztowania, rabunki, deportacje i likwidację polskich instytucji. Wspomnienia mieszkańców Grodna, Wołkowyska czy Lidy pokazują, że dla obywateli II RP „zjednoczenie” oznaczało utratę państwa, wolności i elementarnego poczucia bezpieczeństwa. W jednej z relacji czytamy, że 17 września był „dniem zdrady, która wciąż trwa” – zdrady dwóch totalitaryzmów, które wspólnie rozdarły Polskę i rozpoczęły systematyczne niszczenie jej obywateli.

Narracja propagandowa wokół 17 września jest dziś wykorzystywana do budowania wrogości wobec Polski, do uzasadniania działań służb wobec polskich organizacji i do przedstawiania polskiej mniejszości narodowej jako „potencjalnego zagrożenia”. Dlatego tak istotne jest zrozumienie, że przekaz wokół 17 września nie stanowi neutralnej interpretacji historii, lecz jest narzędziem propagandy wpływającym na relacje społeczne, atmosferę wokół Polaków i sposób, w jaki władze przedstawiają ich obecność w kraju.

Adolf Gorzkowski/Znadniemna.pl, ilustracja: fragment plakatu propagandowego z 1939 roku, na którym białoruski chłop z Zachodniej Białorusi całuje na powitanie radzieckiego żołnierza, źródło: Histmag.org

W ostatnich tygodniach białoruskie media państwowe intensywnie promują narrację wokół 17 września – tzw. Dnia Jedności Narodowej. W przekazie reżimu to „dzień zjednoczenia ziem białoruskich”, ale w rzeczywistości święto służy jako narzędzie polityczne: fałszuje historię, buduje wrogość wobec Polski i wzmacnia zależność społeczeństwa od Rosji.

Po siedmiodniowym pobycie na rodzinnej Grodzieńszczyźnie i w innych regionach Białorusi Andrzej Poczobut przekroczył granicę w Kuźnicy. Jego pobyt za wschodnią granicą Polski był pierwszym od uwolnienia z kolonii karnej i stał się ważnym spotkaniem z miejscami oraz ludźmi, którym przez lata poświęcał swoją pracę i zaangażowanie.

Tydzień spędzony na Białorusi był dla Andrzeja Poczobuta powrotem do świata, który przez ponad pięć lat widział tylko w myślach. Po wyjściu z więzienia w kwietniu zapowiadał, że wróci na Grodzieńszczyznę – nie z powodów osobistych, lecz dlatego, że „to sprawa, której poświęcił znaczącą część życia”. I słowa dotrzymał. W Grodnie, Mińsku, Wołkowysku, Kobryniu, Baranowiczach i Sopoćkiniach spotykał się z mieszkającymi w tych miejscowościach Polakami, odwiedzał miejsca pamięci, groby powstańców styczniowych i żołnierzy września 1939 roku.

Towarzysząca mu Andżelika Borys podkreślała, że jego obecność była dla rodaków na Białorusi czymś więcej niż wizytą – była znakiem, że nie zostali zapomniani. Andrzeja wszędzie witano serdecznie, pytano o zdrowie, o to, jak wytrzymał więzienie. Dziękowano mu za lata pracy na rzecz polskich środowisk w kraju. „Jego przyjazd miał ogromne znaczenie nie tylko dla działaczy, ale dla wszystkich Polaków mieszkających na Białorusi” – mówiła Borys.

Poczobut odwiedził także miejsca szczególnie ważne dla polskiej historii: Jeziory nad Białym Jeziorem, mogiłę powstańców styczniowych, cmentarz w Iwieńcu, gdzie spoczywają Kazimierz i Łucja Dzierżyńscy – współpracujący w czasach wojny z Armią Krajową. W Grodnie Poczobut pojawił się w biurze zdelegalizowanego przez władze Związku Polaków na Białorusi, aby zobaczyć, jak funkcjonuje organizacja, której poświęcił wiele lat życia.

We wtorek, 15 września, były więzień reżimu Łukaszenki wrócił do Polski. W mediach społecznościowych poinformował, że przekroczył granicę w Kuźnicy. Przed nim kolejne plany – wyjazd do Stanów Zjednoczonych i Kanady oraz praca nad książką, w której chce opisać swoje więzienne doświadczenia.

Znadniemna.pl na podstawie radio.bialystok.pl oraz wiadomości.radiozet.pl, na zdjęciu: Andrzej Poczobut przed pomnikiem Elizy Orzeszkowej w Grodnie fot.: facebook.com/andrzej.poczobut.9

Po siedmiodniowym pobycie na rodzinnej Grodzieńszczyźnie i w innych regionach Białorusi Andrzej Poczobut przekroczył granicę w Kuźnicy. Jego pobyt za wschodnią granicą Polski był pierwszym od uwolnienia z kolonii karnej i stał się ważnym spotkaniem z miejscami oraz ludźmi, którym przez lata poświęcał swoją pracę

Gdy 15 września 1967 roku na ekrany wszedł czarno-biały, 78-minutowy film Sylwestra Chęcińskiego, nikt nie przypuszczał, że „Sami swoi” staną się jednym z najważniejszych świadectw kresowej pamięci. Pod komediową warstwą kryła się historia ludzi wyrwanych zza Buga, zmuszonych do budowania życia od nowa. Dziś, w 59. rocznicę premiery, film wciąż brzmi jak ciepłe, nostalgiczne echo utraconych stron rodzinnych.

„Sami swoi” to film, który – choć śmieszy – przede wszystkim wzrusza. W 1967 roku widzowie zobaczyli na ekranie Pawlaków i Kargulów – Kresowiaków przesiedlonych na Ziemie Odzyskane. Ich kłótnie, pojednania, upór i serdeczność były czymś więcej niż komediową maską. To była prawda o tysiącach rodzin, które musiały zostawić swoje domy, sady, cerkwie i kościoły, a potem próbować odnaleźć się w świecie, który nie pachniał już tak jak Wołyń, Polesie czy Wileńszczyzna.

Historia obu rodzin nie była wymysłem scenarzysty. Andrzej Mularczyk sięgnął po opowieści swojego stryja Jana – człowieka, który stał się pierwowzorem Kazimierza Pawlaka i częściowo Jaśka. Dzięki temu film ma w sobie autentyczność, której nie da się podrobić. To nie jest komedia „o Kresach”, lecz komedia „z Kresów”, wyrastająca z prawdziwych wspomnień, bólu i humoru, który pomagał przetrwać.

Wacław Kowalski, odtwórca roli Pawlaka, sam pochodził z Kresów. Wniósł do granej przez siebie postaci nie tylko charakterystyczny sposób mówienia, ale też powiedzonka i gesty zapamiętane z rodzinnych stron. To dlatego jego „Czyś ty oczadział?” weszło do języka codziennego – bo brzmiało jak zdanie zasłyszane na kresowym podwórku, a nie jak kwestia napisana w scenariuszu.

Choć film jest komedią, jego konstrukcja przypomina „Zemstę” Fredry. Filmoteka Narodowa zwraca uwagę na to nawiązanie: dwóch sąsiadów, niczym Cześnik i Rejent, prowadzi wieloletnią, absurdalną wojnę, choć los skazuje ich na wspólne życie. Ten literacki sznyt dodaje opowieści lekkości, ale nie odbiera jej głębi.

Zdjęcia do filmu kręcono w Dobrzykowicach, Lubomierzu, Czernicy Wrocławskiej i Strzeblowie. Lubomierz do dziś żyje tym kultowym filmem – organizuje Ogólnopolski Festiwal Filmów Komediowych, a w miasteczku można znaleźć ślady Pawlaków i Kargulów na każdym kroku. Mało kto pamięta, że początkowo Pawlaka miał zagrać Jacek Woszczerowicz. Choroba aktora sprawiła jednak, że rolę otrzymał Kowalski – i trudno dziś wyobrazić sobie jako Pawlaka kogokolwiek innego.

„Sami swoi” musieli przejść przez sito cenzury. Jedna ze scen została usunięta i zniszczona, a Filmoteka Narodowa – Instytut Audiowizualny (FINA) przypomina, że jej los pokazuje drogę, jaką polskie filmy musiały przejść w PRL, zanim trafiły do kin. A jednak mimo tych przeszkód film zdobył serca widzów. Doczekał się dwóch kontynuacji („Nie ma mocnych”, „Kochaj albo rzuć”) oraz prequela „Sami swoi. Początek” z 2024 roku, który wraca do wcześniejszych losów rodzin na Kresach.

Warto pamiętać, że film był pierwotnie czarno-biały. Dopiero na przełomie 2000 i 2001 roku poddano go koloryzacji. Widać w nim też drobne błędy montażowe – przesuwający się ślad jajka na ścianie, zmieniające się ubranie Witi czy zegar na dworcu pokazujący różne godziny. Te drobiazgi nie przeszkadzają jednak w odbiorze. Przeciwnie – dodają filmowi uroku, jakby podkreślając, że jest opowieścią z czasów, gdy kino było bardziej rękodziełem niż przemysłem.

I może właśnie dlatego „Sami swoi” znajdują się dziś na Liście Polskiego Dziedzictwa Filmowego. Bo pod warstwą humoru kryła się opowieść o powojennej wędrówce Polaków zza Buga. O ludziach, którzy stracili swoje rodzinne strony, ale nie stracili siebie. O pamięci, która – jeśli jest opowiadana z miłością – potrafi ocalić świat, którego już nie ma.

Opr. Emilia Kuklewska/Znadniemna.pl, na zdjęciu: pomnik Kargula i Pawlaka w Dobrzykowicach, nawiązujący do sceny, w której Pawlak woła do Kargula: „Podejdź no do płota, jako i ja podchodzę…”, fot.: Marta Miniewicz/facebook.com/stowarzyszenieTUiTAM

Gdy 15 września 1967 roku na ekrany wszedł czarno-biały, 78-minutowy film Sylwestra Chęcińskiego, nikt nie przypuszczał, że „Sami swoi” staną się jednym z najważniejszych świadectw kresowej pamięci. Pod komediową warstwą kryła się historia ludzi wyrwanych zza Buga, zmuszonych do budowania życia od nowa. Dziś, w

Papież Leon XIV przyjął dymisję archimandryty Jana Sergiusza Gajka (MIC) i mianował ojca Lawoncjusza (Aleksandra) Tumowskiego (MSU) nowym administratorem apostolskim dla wiernych obrządku bizantyjskiego na Białorusi. Decyzja ta oznacza zmianę pokoleniową na czele struktur tamtejszego Kościoła grekokatolickiego.

Oficjalny komunikat Stolicy Apostolskiej kończy trwającą ponad trzy dekady epokę w historii odrodzenia białoruskiego Kościoła grakokatolickiego. Ustępujący z urzędu o. Jan Sergiusz Gajk ze Zgromadzenia Księży Marianów złożył prośbę o zwolnienie z obowiązków ze względu na osiągnięcie wieku emerytalnego. Jego następcą na czele Administratury Apostolskiej, powołanej do życia wiosną 2023 roku, został 53-letni zakonnik z Zakonu Reguły Studyjskiej (studyta).

Kim jest nowy administrator apostolski?

Ojciec Lawoncjusz Tumowski urodził się 9 lipca 1973 roku w Połocku. W maju 1995 roku wstąpił do klasztoru mnichów studytów przy Ławrze Uniowskiej na Ukrainie, gdzie w 2000 roku złożył śluby wieczyste. Ukończył studia filozoficzno-teologiczne we Lwowie (Lwowskie Wyższe Seminarium Duchowne oraz Ukraiński Uniwersytet Katolicki) z tytułem magistra teologii. W latach 2008–2018 kontynuował naukę w Rzymie, uzyskując licencjat oraz doktorat z teologii w Papieskim Instytucie Wschodnim.

Święcenia kapłańskie przyjął 18 maja 2003 roku. W swojej dotychczasowej posłudze pełnił m.in. funkcję przełożonego monasteru świętych Borysa i Gleba w Połocku (2003–2008), wiceprzewodniczącego (wicedziekana) parafii Białoruskiego Kościoła Grekokatolickiego (2004–2006) oraz dziekana Wschodniego Protoprezbiteriatu (2006–2008). Odpowiadał również za duszpasterstwo ukraińskich grekokatolików w Grecji (2015), a od 2022 roku opiekował się wiernymi Białoruskiego Kościoła Grekokatolickiego w Polsce.

Koniec epoki archimandryty Gajka

Ustępujący ze stanowiska o. Jan Sergiusz Gajk stał na czele odrodzenia struktur unickich na Białorusi od lat 90. W 1994 roku papież Jan Paweł II mianował go wizytatorem apostolskim dla grekokatolików w tym kraju, a dwa lata później duchowny otrzymał godność archimandryty. Gdy ostatecznie sfinalizowano organizację struktur kościelnych i papież Franciszek utworzył 30 marca 2023 roku pełnoprawną Administraturę Apostolską, to właśnie archimandryta Gajk został jej pierwszym ordynariuszem.

Trudne dziedzictwo i odrodzenie

Katolicka wspólnota obrządku bizantyjskiego na Białorusi jest bezpośrednią spadkobierczynią Unii Brzeskiej z 1596 roku. Jej nowożytna historia wiąże się także z rokiem 1798, kiedy to utworzono eparchię mińską (dla Rusinów). W burzliwym 1939 roku metropolita lwowski abp Andrzej Szeptycki założył Egzarchat Białoruski, którego hierarchę papież Pius XII zatwierdził w 1941 roku jako administratora apostolskiego. Współczesne odrodzenie struktur grekokatolickich na Białorusi rozpoczęło się w 1988 roku, gdy wierni podjęli pierwsze kroki w celu oficjalnej rejestracji swoich parafii.

Znadniemna.pl na podstawie Vaticannews.va, na zdjęciu: nowo mianowany zwierzchnik białoruskich grekokatolików o. Lawoncjusz (Aleksander) Tumowski i jego poprzednik o. Jan Sergiusz Gajk, fot.:  Vaticannews.va

Papież Leon XIV przyjął dymisję archimandryty Jana Sergiusza Gajka (MIC) i mianował ojca Lawoncjusza (Aleksandra) Tumowskiego (MSU) nowym administratorem apostolskim dla wiernych obrządku bizantyjskiego na Białorusi. Decyzja ta oznacza zmianę pokoleniową na czele struktur tamtejszego Kościoła grekokatolickiego. Oficjalny komunikat Stolicy Apostolskiej kończy trwającą ponad trzy dekady

W słowie pasterskim, opublikowanym z okazji obchodzonego dzisiaj, 14 września, Święta Podwyższenia Krzyża Świętego oraz  1700. rocznicy odnalezienia Krzyża Chrystusa metropolita mińsko‑mohylewski abp Józef Staniewski przypomniał wiernym, że krzyż jest nie tylko centralnym symbolem chrześcijaństwa, lecz także duchowym fundamentem, który przez wieki kształtował tożsamość narodów Europy Wschodniej, w tym Białorusinów.

Hierarcha podkreślił, że w krzyżu zawiera się nadzieja, która nie zawodzi, ponieważ jest zakorzeniona w zwycięstwie Chrystusa nad śmiercią. W jego ocenie naród, który przechodzi przez doświadczenia trudne i bolesne, potrzebuje tego znaku bardziej niż kiedykolwiek.

Święto Podwyższenia Krzyża Świętego ma swoje korzenie w IV wieku, kiedy to św. Helena, matka cesarza Konstantyna, odnalazła w Jerozolimie relikwie Krzyża. Wydarzenie to stało się impulsem do ustanowienia liturgicznego wspomnienia, które w Kościele szybko nabrało charakteru teologicznego: nie jest to święto „pamiątki”, lecz celebracja tajemnicy krzyża jako narzędzia zbawienia. W tradycji wschodniej i zachodniej krzyż jest ukazywany jako drzewo życia, które odwraca los człowieka — tam, gdzie Adam utracił życie przez nieposłuszeństwo, Chrystus przywraca je przez posłuszeństwo aż do śmierci.

Właśnie ten wymiar teologiczny zawarty jest w słowach abp. Staniewskiego. Metropolita przypomniał, że krzyż nie jest symbolem cierpienia dla cierpienia, lecz znakiem miłości, która zwycięża. Wskazał, że Białorusini, którzy w ostatnich latach doświadczyli wielu prób, powinni w krzyżu odnajdywać nie tylko pocieszenie, lecz także duchową siłę do budowania przyszłości. Krzyż — napisał — jest znakiem, który jednoczy, ponieważ wskazuje na prawdę o człowieku: że jego godność nie zależy od okoliczności politycznych, lecz od tego, że jest stworzony i odkupiony przez Boga.

W tradycji Kościoła Święto Podwyższenia Krzyża Świętego zawsze było momentem, w którym wierni zatrzymywali się nad paradoksem chrześcijaństwa: nad tym, że narzędzie kaźni stało się znakiem triumfu. Dzieje Kościoła pokazują, że krzyż towarzyszył wspólnotom w czasach prześladowań, migracji, wojen i odbudowy. Dlatego — jak podkreślił abp Staniewski — również dziś krzyż pozostaje dla Białorusinów znakiem nadziei, która nie jest abstrakcyjna, lecz zakorzeniona w historii zbawienia i w doświadczeniu pokoleń.

Metropolita zachęcił wiernych, aby Święto Podwyższenia Krzyża stało się dla nich momentem duchowego odnowienia. Krzyż — mówił — nie jest ciężarem, który przygniata, lecz drogą, która prowadzi do życia. W tym sensie Białorusini nie mogą zapomnieć o krzyżu, bo w nim znajduje się źródło nadziei, która pozwala przetrwać czas próby i patrzeć w przyszłość z ufnością.

Znadniemna.pl na podstawie Catholicminsk.by, zdjęcie ilustracyjne, źródło: moja-pielgrzymka.eu

W słowie pasterskim, opublikowanym z okazji obchodzonego dzisiaj, 14 września, Święta Podwyższenia Krzyża Świętego oraz  1700. rocznicy odnalezienia Krzyża Chrystusa metropolita mińsko‑mohylewski abp Józef Staniewski przypomniał wiernym, że krzyż jest nie tylko centralnym symbolem chrześcijaństwa, lecz także duchowym fundamentem, który przez wieki kształtował tożsamość narodów

W zimowym semestrze roku akademickiego 2025/2026 na polskich uczelniach kształciło się 10 710 obywateli Białorusi – wynika z oficjalnych danych Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego. Choć to wciąż jedna z największych grup cudzoziemców w Polsce, w porównaniu z rokiem poprzednim liczba białoruskich studentów w kraju nad Wisłą spadła. Wtedy – według GUS – studiowało ich 12,2 tysiąca.

W najnowszych danych resortu nauki, przekazanych w odpowiedzi na zapytanie wiceprzewodniczącego Zjednoczonego Gabinetu Przejściowego Białorusi Pawła Łatuszki, wskazano, że największe skupiska białoruskich studentów znajdują się w największych polskich ośrodkach akademickich. Najwięcej osób z Białorusi studiuje na Uniwersytecie Warszawskim – 490. Nieco mniej na Uniwersytecie Marii Curie-Skłodowskiej w Lublinie (486) oraz Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza w Poznaniu (453). Popularnością cieszą się także Polsko-Japońska Akademia Technik Komputerowych (405) i Uniwersytet Jagielloński (391).

Szczególne miejsce w obecności Białorusinów na polskich uczelniach zajmuje edukacja medyczna: co najmniej 566 studentów z Białorusi kształci się na kierunkach lekarskich i pokrewnych. To szczególnie istotne w kontekście ostrego deficytu lekarzy na samej Białorusi. W polskich instytucjach akademickich pracuje również 54 białoruskich naukowców i badaczy.

Dane z raportu RAD-on potwierdzają, że rok 2024/2025 był okresem spadku liczby studentów z Białorusi – o 414 osób w porównaniu z rokiem wcześniejszym. To pierwszy tak wyraźny regres po latach stabilnego wzrostu. Eksperci wskazują, że zmiana ta może być związana z nowymi zasadami rekrutacji oraz ograniczeniami administracyjnymi.

Przedstawiciele Zjednoczonego Gabinetu Przejściowego Białorusi podkreślają, że wybór polskich uczelni przez młodych Białorusinów jest świadomą decyzją o zdobywaniu europejskiej, nieupolitycznionej edukacji. Paweł Borkowski, odpowiedzialny w strukturach Gabinetu za kwestie tożsamościowe, kulturowe, edukacyjne i długofalowe procesy odbudowy państwa po zmianach demokratycznych, zwraca uwagę, że na największych uczelniach tworzą się liczne ziomkostwa, które mogą stać się przyszłym kapitałem dla demokratycznej Białorusi. Jednocześnie ostrzega przed negatywnym trendem spadkowym, licząc na to, że nie utrzyma się on w kolejnych latach.

Paweł Łatuszka podkreśla z kolei, że tysiące młodych Białorusinów zdobywających wykształcenie w Polsce to „znaczący intelektualny potencjał dla przyszłości kraju”, który mógłby rozwijać się w ojczyźnie, gdyby nie represyjna polityka władz w Mińsku. Szczególną uwagę zwraca na ponad pół tysiąca studentów kierunków medycznych, którzy – gdyby warunki polityczne na Białorusi były inne – mogliby zasilić tamtejszą służbę zdrowia.

Znadniemna.pl na podstawie Zjednoczony Gabinet Przejściowy Białorusi, zdjęcie ilustracyjne

W zimowym semestrze roku akademickiego 2025/2026 na polskich uczelniach kształciło się 10 710 obywateli Białorusi – wynika z oficjalnych danych Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego. Choć to wciąż jedna z największych grup cudzoziemców w Polsce, w porównaniu z rokiem poprzednim liczba białoruskich studentów w kraju

Przejdź do treści