HomeStandard Blog Whole Post (Page 2)

Obchody Bożego Narodzenia według kalendarza juliańskiego, przypadające 7 stycznia, są jednym z najstarszych i najgłębiej zakorzenionych świąt w tradycji Kościołów wschodnich. Ich rytm wyznacza czterdziestodniowy post, który nie jest jedynie wstrzemięźliwością kulinarną, lecz przede wszystkim czasem duchowego wyciszenia i przygotowania na przyjście Chrystusa. Wigilia, obchodzona 6 stycznia, rozpoczyna się od podzielenia prosfory — chleba, który symbolizuje jedność wspólnoty i pokój. Na Białorusi, w odróżnieniu od wielu innych krajów prawosławnych, wieczerza ta ma wyjątkowo spokojny, niemal kontemplacyjny charakter.

Z dawnych zwyczajów przetrwał również gest pozostawienia nakrytego stołu do rana oraz karmienia zwierząt sianem spod obrusa — echo przekonania, że w noc Narodzenia Pańskiego całe stworzenie uczestniczy w radości z przyjścia Zbawiciela. Po wieczerzy wierni udają się na nocne nabożeństwa, będące odpowiednikiem katolickiej pasterki, a następnie świętują w gronie rodzinnym. Na Białorusi okres Kaliadów trwa aż do 19 stycznia, do święta Chrztu Pańskiego, tworząc długi, pełen symboliki czas radości, kolędowania i duchowego odnowienia.

Redakcja Znadniemna.pl składa wszystkim prawosławnym, grekokatolickim i staroobrzędowym Czytelnikom serdeczne życzenia pokoju, zdrowia i nadziei. Niech narodzenie Chrystusa przyniesie Wam umocnienie, radość ze wspólnego świętowania oraz błogosławieństwo na każdy dzień Kaliadów. Niech ten czas będzie źródłem światła, które towarzyszy przez cały nadchodzący rok.

Znadniemna.pl, ilustracja: ikona Narodzenia Pańskiego, źródło: cerkiew-sokolka.pl

Obchody Bożego Narodzenia według kalendarza juliańskiego, przypadające 7 stycznia, są jednym z najstarszych i najgłębiej zakorzenionych świąt w tradycji Kościołów wschodnich. Ich rytm wyznacza czterdziestodniowy post, który nie jest jedynie wstrzemięźliwością kulinarną, lecz przede wszystkim czasem duchowego wyciszenia i przygotowania na przyjście Chrystusa. Wigilia, obchodzona

Osiemdziesiąte urodziny Janusza Laskowskiego to moment, który skłania do refleksji nad drogą artysty urodzonego w Pożarkach koło Wołkowyska, a dziś należącego do najtrwalszych głosów polskiej muzyki rozrywkowej. Jego twórczość – pełna melancholii, prostoty i emocjonalnej prawdy – towarzyszy kilku pokoleniom słuchaczy, a takie utwory jak „Świat nie wierzy łzom”, „Beata z Albatrosa” czy „Kolorowe jarmarki” stały się częścią polskiej pamięci zbiorowej.

Dorobek artystyczny Janusza Laskowskiego (ur. 5 stycznia 1946 r.) na trwałe wpisał się w pejzaż polskiej muzyki rozrywkowej. Jego biografia jest jak opowieść o człowieku, który z prowincjonalnego dzieciństwa wyniósł nie tylko wrażliwość, lecz także upór i cichą determinację. To one poprowadziły go z Kresów do Białegostoku, gdzie stawiał pierwsze kroki jako muzyk, a później dalej – na estrady całego kraju.

Laskowski zawsze był twórcą osobnym. Nie gonił za modami, nie próbował na siłę dopasować się do oczekiwań rynku. Jego piosenki – melodyjne, proste w formie, ale pełne emocjonalnej prawdy – trafiały do ludzi, bo mówiły o tym, co najbliższe: o tęsknocie, przemijaniu, miłości, o miejscach, które nosi się w sobie nawet wtedy, gdy dawno zniknęły z mapy. „Świat nie wierzy łzom” stał się hymnem niespełnionych uczuć, „Beata z Albatrosa” – opowieścią o wakacyjnej fascynacji, która przetrwała w zbiorowej wyobraźni, a „Kolorowe jarmarki” – nostalgicznym powrotem do świata dzieciństwa i prostych radości.

Jako kompozytor i wykonawca Laskowski potrafił łączyć pokolenia. Jego piosenki śpiewali rodzice, dziś śpiewają je ich dzieci – nie z nostalgii, lecz dlatego, że wciąż brzmią prawdziwie. To rzadki dar: tworzyć muzykę, która nie starzeje się wraz z modami, lecz dojrzewa razem ze słuchaczami. W tym tkwi siła jego twórczości i powód, dla którego pozostaje obecny w polskiej kulturze mimo upływu dekad.

Redakcja portalu Znadniemna.pl z okazji 80. urodzin składa Januszowi Laskowskiemu najserdeczniejsze życzenia zdrowia, pogody ducha i wielu pięknych chwil.

Pańskie piosenki od lat towarzyszą kolejnym pokoleniom, niosąc wzruszenie, ciepło i autentyczność. Dziękujemy za muzykę, która łączy ludzi i pozostaje w sercach słuchaczy.

Wszystkiego najlepszego!

Znadniemna.pl, Na zdjęciu: Jubilat Janusz Laskowski z tortem urodzinowym, fot.: Facebook Janusza Laskowskiego

Osiemdziesiąte urodziny Janusza Laskowskiego to moment, który skłania do refleksji nad drogą artysty urodzonego w Pożarkach koło Wołkowyska, a dziś należącego do najtrwalszych głosów polskiej muzyki rozrywkowej. Jego twórczość – pełna melancholii, prostoty i emocjonalnej prawdy – towarzyszy kilku pokoleniom słuchaczy, a takie utwory jak

Choć Polska pozostaje jednym z najważniejszych kierunków edukacyjnych dla młodych Białorusinów, większość z nich nie może pozwolić sobie na studiowanie bez równoległego chodzenia do pracy. Stypendia rządowe i uczelniane wynoszą zwykle od 1500 do 2500 zł miesięcznie, co pokrywa jedynie część kosztów życia. Tymczasem realne wydatki studenta — od 2200 do 3500 zł miesięcznie — zmuszają wielu do podejmowania pracy w gastronomii, handlu czy usługach, często kosztem pełnego zaangażowania w studia.

Studenci z Białorusi stanowią drugą największą grupę cudzoziemców na polskich uczelniach. To młodzi ludzie, którzy przyjeżdżają do Polski zarówno po lepszą edukację, jak i po bezpieczeństwo — część z nich ucieka przed represjami, inni szukają stabilniejszej przyszłości. Choć polskie instytucje deklarują wsparcie, a Narodowa Agencja Wymiany Akademickiej (NAWA) prowadzi programy skierowane do Białorusinów, stypendia wypłacane w ramach tych programów nie są powszechne. Obejmują jedynie część studentów, a ich wysokość — zwykle  wynosi 1500–2500 zł miesięcznie, czego nie wystarcza na pełne utrzymanie.

Tymczasem koszty życia w Polsce rosną. Wynajęcie pokoju jednoosobowego w dużym mieście akademickim to dziś 1200–1800 zł, a miejsce w pokoju dwuosobowym kosztuje 700–1000 zł. Do tego dochodzą wydatki na jedzenie (800–1200 zł), transport (100–150 zł), materiały akademickie i podstawowe potrzeby. W praktyce oznacza to, że student potrzebuje co najmniej 2200–3500 zł miesięcznie, aby funkcjonować na minimalnym poziomie. Stypendium — jeśli w ogóle je otrzyma — pokrywa więc tylko część tej kwoty.

Dane ekonomiczne dotyczące migrantów z Białorusi pokazują, że praca jest dla nich koniecznością. Ponad 122 tysiące Białorusinów w Polsce opłaca składki ZUS, a 12 tysięcy prowadzi działalność gospodarczą. To dowód, że aktywność zawodowa jest normą, nie wyjątkiem. W przypadku studentów oznacza to łączenie nauki z pracą, najczęściej w sektorach niewymagających wysokich kwalifikacji: gastronomii, sklepach, magazynach czy usługach. Elastyczne grafiki pozwalają im utrzymać się na powierzchni, ale odbierają czas i energię potrzebne na studia.

W efekcie tylko nieliczni — ci, którzy otrzymują pełne stypendia lub mają wsparcie rodzinne — mogą w pełni poświęcić się nauce. Dla większości studia stają się nieustannym balansowaniem między ambicją a ekonomiczną koniecznością. To zjawisko coraz wyraźniej kształtuje obraz białoruskiej młodzieży akademickiej w Polsce: ambitnej, pracowitej, ale zmuszonej do walki o każdy dzień studiowania.

Znadniemna.pl na podstawie Raport NBP pt. „Sytuacja życiowa i ekonomiczna migrantów z Białorusi w Polsce w 2024 r.”, zdjęcie ilustracyjne – źródło: theworldgrad.com

Choć Polska pozostaje jednym z najważniejszych kierunków edukacyjnych dla młodych Białorusinów, większość z nich nie może pozwolić sobie na studiowanie bez równoległego chodzenia do pracy. Stypendia rządowe i uczelniane wynoszą zwykle od 1500 do 2500 zł miesięcznie, co pokrywa jedynie część kosztów życia. Tymczasem realne

Zwyczaj zapisywania na drzwiach domów liter „C + M + B” jest znany w całym chrześcijańskim świecie, lecz jego znaczenie bywa błędnie tłumaczone wyłącznie jako inicjały Trzech Króli. Tymczasem tradycja i źródła liturgiczne wskazują na znacznie głębszą, teologiczną i historyczną etymologię tego znaku.

Litery „C, M i B”, zapisywane wraz z datą roku na drzwiach domów w uroczystość Objawienia Pańskiego, mają podwójne znaczenie: ludowe i teologiczne. Choć powszechnie kojarzy się je z imionami mędrców — Kacprem, Melchiorem i Baltazarem — pierwotnie nie odnosiły się one do postaci Trzech Króli. Najstarsza interpretacja wskazuje, że jest to skrót od łacińskiej formuły błogosławieństwa Christus Mansionem Benedicat, czyli „Niech Chrystus błogosławi temu domowi”. W niektórych tradycjach spotyka się również wariant Christus Multorum Benefactor — „Chrystus dobroczyńcą wielu”. To właśnie ta modlitewna formuła, a nie imiona mędrców, stanowi źródło zapisu C + M + B. Znak na drzwiach jest więc przede wszystkim publicznym wyznaniem wiary i prośbą o Bożą opiekę nad domem.

Dopiero w średniowieczu litery zaczęto odczytywać jako inicjały mędrców, których imiona nie pochodzą z Pisma Świętego, lecz z późniejszych tradycji i komentarzy. Biblia nie podaje ani ich liczby, ani imion — liczba trzech mędrców wywodzi się z liczby darów, a imiona pojawiły się dopiero w średniowieczu. Warto też pamiętać, że znaki „+” obok liter nie są znakami matematycznymi, lecz symbolami krzyża, co dodatkowo podkreśla modlitewny charakter zapisu.

Korzenie samego zwyczaju oznaczania wejścia do domu są znacznie starsze niż chrześcijaństwo. W Księdze Wyjścia Izraelici znaczą odrzwia krwią baranka, aby anioł śmierci ominął ich domy. Chrześcijańska tradycja przejęła ten symboliczny gest, zastępując krew poświęconą kredą, a znaczenie — prośbą o Bożą ochronę. Współczesny zapis ma formę „C + M + B 2026” (z aktualnym rokiem) i pozostaje przede wszystkim formułą błogosławieństwa, a nie skrótem od imion mędrców.

Znadniemna.pl na podstawie Grodnensis.by, fot.: Niedziela.pl

Zwyczaj zapisywania na drzwiach domów liter „C + M + B” jest znany w całym chrześcijańskim świecie, lecz jego znaczenie bywa błędnie tłumaczone wyłącznie jako inicjały Trzech Króli. Tymczasem tradycja i źródła liturgiczne wskazują na znacznie głębszą, teologiczną i historyczną etymologię tego znaku. Litery „C, M i B”, zapisywane wraz

Święto Objawienia Pańskiego na terenach dzisiejszej Białorusi łączyło religijność, sąsiedzką wspólnotę i bogatą mądrość ludową. Wileńszczyzna, Polesie i Grodzieńszczyzna żyły wówczas rytmem dwóch tradycji – łacińskiej i wschodniej – a obrzędy, kolędowanie i pogodowe wróżby tworzyły niepowtarzalny krajobraz kresowego świętowania.

Wspólnota świętowania na styku tradycji

Święto Objawienia Pańskiego należało na Kresach do tych dni, w których religijność splatała się z codziennością, a dawne wierzenia przenikały się z liturgią. Na terenach dzisiejszej Białorusi – od Wileńszczyzny po Polesie i okolice Grodna – 6 stycznia był nie tylko datą w kalendarzu, lecz także momentem szczególnego skupienia, domowego ciepła i sąsiedzkiej wspólnoty.

Gwiazda kolędników i strój króla na Święto Trzech Króli, fot.: Belcentre.by

Na ziemiach dzisiejszej Białorusi święto Trzech Króli miało wyjątkowy charakter, bo stykały się tu tradycje łacińskie, unickie i prawosławne. W wielu wsiach i miasteczkach procesje wychodzące z kościołów rzymskokatolickich mijały cerkwie, w których trwały przygotowania do Wigilii Bożego Narodzenia według kalendarza juliańskiego.

Ten podwójny rytm świętowania był czymś naturalnym: jedni kończyli okres Bożego Narodzenia, gdy drudzy dopiero go rozpoczynali. W rodzinach mieszanych obchodzono często oba terminy, a ludowe powiedzenie „kto dwóch tradycji się trzyma, ten dwa razy radość ma” dobrze oddawało kresową codzienność.

Obrzędy, kolędnicy i domowe zwyczaje

W kościołach święcono kredę, kadzidło i wodę, a ich znaczenie w surowym klimacie Kresów było szczególnie mocne. Na Polesiu wierzono, że „dym z kadzidła drogę złemu zasłania”, dlatego okadzano nie tylko izby, ale też stajnie, obory i pasieki. Kreda służyła do kreślenia znaków ochronnych nie tylko na drzwiach domów, lecz także na belkach stodół i skrzyniach ze zbożem.

Tradycyjny zestaw na Trzech Króli, fot.: quovadis.sklep.pl

W okolicach Grodna mówiono, że „kreda Trzech Króli trzyma dom w całości”, a gospodarz, który zaniedbał ten zwyczaj, narażał się na sąsiedzkie uwagi. Obrzęd ten traktowano nie jako formalność, lecz jako realną ochronę przed chorobami, nieszczęściem i „złym powietrzem”.

Napisane na drzwiach inicjały Trzech Króli miały chronić domostwa przed nieszczęściem, chorobami i złym powietrzem, fot.: jerzyslupsk.pl

Kolędnicy pojawiali się w wielu wsiach jeszcze przed świtem. Na terenach dzisiejszej Białorusi szczególnie popularne były grupy niosące gwiazdę – często misternie wykonaną z kolorowego papieru, szkła i folii, obracaną na osi, tak by odbijała światło świec. W niektórych miejscowościach do orszaku dołączali „królowie”, aniołowie, pastuszkowie, a czasem także postacie z lokalnego folkloru, jak „koza” czy „dziad”.

Współczesny orszak Trzech Króli na Grodzieńszczyźnie, fot.: Belcentre.by

Mądrość ludowa i pamięć przesiedleńców

W wielu domach dzień 6 stycznia był czasem ostatnich świątecznych odwiedzin. Na stołach pojawiały się potrawy łączące polską tradycję z lokalnymi wpływami: kutia, makowce, pieczone ryby, a w niektórych regionach także dania, które dziś kojarzymy z kuchnią białoruską czy ukraińską. Gospodynie powtarzały, że „jak Trzej Królowie hojni, tak i rok hojny będzie”.

Wycięte z drewna figurki Trzech Króli z darami, fot.: Shutterstock.com

Ważną częścią święta były także wróżby pogodowe. Na Polesiu mówiono: „Gdy na Trzech Króli słońce świeci, rolnik w lecie się nie zleci” (co oznaczało pogodne, gorące i suche lato, czyli – rolnik „się nie zleci” – a więc nie będzie się ślizgał, nie będzie grzązł w błocie, nie będzie walczył z ulewami i rozmokłymi polami – red.), a na Mińszczyźnie podkreślano: „Mróz na Trzech Króli – lato będzie woli” (czyli – jeśli 6 stycznia trzyma silny mróz, to lato zapowiada się łagodne, spokojne i sprzyjające rolnikom. Słowo „woli” dawniej używano w znaczeniu „łagodniejsze, spokojniejsze, bardziej przychylne” – red.). Te obserwacje, przekazywane z pokolenia na pokolenie, były częścią dawnej mądrości ludowej, w której rytm natury wyznaczał rytm życia.

Dla wielu Kresowiaków, zwłaszcza tych, którzy po wojnie znaleźli się na ziemiach odzyskanych, święto Trzech Króli stało się jednym z najbardziej wyrazistych wspomnień rodzinnych. W relacjach przesiedleńców powracają obrazy skrzypiącego śniegu, zapachu kadzidła, kolędników pukających do drzwi i procesji w mroźne poranki. „Kto Trzech Króli pamięta, ten pamięta dom” – mawiano wśród tych, którzy musieli opuścić swoje rodzinne strony.

Opr. Emilia Kuklewska, ilustracja tytułowa – źródło: Pixabay.com

Święto Objawienia Pańskiego na terenach dzisiejszej Białorusi łączyło religijność, sąsiedzką wspólnotę i bogatą mądrość ludową. Wileńszczyzna, Polesie i Grodzieńszczyzna żyły wówczas rytmem dwóch tradycji – łacińskiej i wschodniej – a obrzędy, kolędowanie i pogodowe wróżby tworzyły niepowtarzalny krajobraz kresowego świętowania. Wspólnota świętowania na styku tradycji Święto Objawienia

Ponad tysiąc lat historii miasta nad Niemnem znalazło swoje miejsce w jednej publikacji. „Historia Grodna. Encyklopedia” autorstwa historyka Wiaczesława Szweda to pierwsze tak obszerne i systematyczne opracowanie dziejów Grodna — miasta królewskiego, prowincjonalnej stolicy i wielokulturowego ośrodka pogranicza.

Miasto o tysiącletniej historii

Grodno było siedzibą wielkich książąt litewskich i polskich królów, miastem królewskim oraz stolicą prowincji. Przez wieki doświadczało zarówno wojen, jak i długich okresów pokoju, które sprzyjały rozwojowi gospodarki, oświaty i kultury. Jego dzieje to historia wzlotów i upadków, typowa dla miast pogranicza Europy Środkowo-Wschodniej.

Właśnie tej złożonej przeszłości poświęcona jest książka „Historia Grodna. Encyklopedia”. Autor ukazuje w niej nie tylko wydarzenia polityczne, lecz także losy mieszkańców, dzieje ulic, zabytków i architektury, tworzących codzienną tkankę miasta na przestrzeni stuleci.

Jak podkreśla autor, celem publikacji było możliwie wierne i obiektywne przedstawienie historii Grodna — na ile pozwalały dostępne źródła i literatura naukowa. Ich szczegółowy wykaz stanowi drugą część książki. Encyklopedia została napisana w języku białoruskim i ma być dostępna w wersji elektronicznej, co umożliwi szeroki dostęp do publikacji.

Autor pozostawia ocenę swojej pracy czytelnikom, zapraszając ich do samodzielnej refleksji nad dziejami miasta i sposobem ich przedstawienia.

Autor i jego droga naukowa

Autorem encyklopedii jest Wiaczesław Szwed — historyk i profesor, przez ponad trzydzieści lat związany z Grodzieńskim Uniwersytetem Państwowym im. Janki Kupały. Specjalizuje się w historii Białorusi XVIII i XIX stuleci, a znaczną część swojej pracy naukowej poświęcił badaniom nad dziejami Grodna.

W 2013 roku został zwolniony z uniwersytetu po opublikowaniu książki „Grodnoznawstwo. Historia europejskiego miasta” — pierwszego w Białorusi podręcznika poświęconego historii jednego miasta. Publikacja została skonfiskowana, a sam autor wskazywał na polityczny charakter decyzji władz uczelni.

„Historia Grodna. Encyklopedia” stanowi kontynuację wieloletniej pracy badawczej autora i jednocześnie ważny głos w dyskusji o znaczeniu historii lokalnej. To książka, która przypomina, że dzieje miast — ich ludzi, przestrzeni i pamięci — są nieodłączną częścią historii całego regionu.

Emilia Kuklewska na podstawie Hrodna.life

Ponad tysiąc lat historii miasta nad Niemnem znalazło swoje miejsce w jednej publikacji. „Historia Grodna. Encyklopedia” autorstwa historyka Wiaczesława Szweda to pierwsze tak obszerne i systematyczne opracowanie dziejów Grodna — miasta królewskiego, prowincjonalnej stolicy i wielokulturowego ośrodka pogranicza. Miasto o tysiącletniej historii Grodno było siedzibą wielkich książąt

W grodzieńskiej dzielnicy Alszanka otwarto nowy kościół pw. Ducha Świętego. Parafia, licząca około 2500 wiernych, po latach modlitwy pod gołym niebem i w tymczasowej kaplicy, wreszcie doczekała się własnej świątyni, w której rozpoczęto regularne nabożeństwa.

Wspólnota Ducha Świętego należy do najmłodszych parafii Grodna. Została powołana w 2012 roku, aby objąć duszpasterską opieką mieszkańców szybko rozbudowującej się Alszanki. Przez ponad dekadę wierni gromadzili się na modlitwie w warunkach polowych, przy niewielkiej kapliczce wzniesionej własnymi siłami.

Tak wyglądały nabożeństwa w Parafii pw. Ducha Świętego na Alszance przed wybudowaniem kościoła, fot.: vgr.by

Zabiegi o zgodę na budowę kościoła trwały długo, jednak determinacja parafian i potrzeby rosnącej dzielnicy doprowadziły do rozpoczęcia inwestycji. Proboszczem parafii, która doczekała się własnej świątyni jest ksiądz kanonik Paweł Sałabuda.

Nowy kościół został już udostępniony wiernym, a w jego murach odprawiane są pierwsze msze święte. Choć prace wykończeniowe mogą jeszcze trwać, kościół pełni już funkcję centrum życia religijnego i wspólnotowego. Parafia na Alszance liczy około 2500 wiernych, w tym ponad 500 dzieci, co czyni ją jedną z najbardziej dynamicznych wspólnot w diecezji grodzieńskiej.

Otwarcie kościoła jest spełnieniem wieloletnich starań i ważnym momentem dla mieszkańców Alszanki, którzy przez lata budowali swoją wspólnotę mimo trudnych warunków. Nowa świątynia ma stać się miejscem modlitwy, katechezy i spotkań, a także przestrzenią integrującą lokalną katolicką społeczność.

Znadniemna.pl, ilustracja: tak prezentuje się wizerunek nowego kościoła i przylegających do niego budynków na stronie Parafii Ducha Świętego na Alszance w Grodnie, fot.: Swduch.by

W grodzieńskiej dzielnicy Alszanka otwarto nowy kościół pw. Ducha Świętego. Parafia, licząca około 2500 wiernych, po latach modlitwy pod gołym niebem i w tymczasowej kaplicy, wreszcie doczekała się własnej świątyni, w której rozpoczęto regularne nabożeństwa. Wspólnota Ducha Świętego należy do najmłodszych parafii Grodna. Została powołana w

W górnym kościele św. Aleksandra w Warszawie odbyła się 4 stycznia wyjątkowa Msza św., celebrowana w trzech językach – polskim, białoruskim i ukraińskim.

W przeddzień święta Objawienia Pańskiego (potocznie zwanego świętem Trzech Króli) w kościele św. Aleksandra w Warszawie zgromadzili się wierni trzech narodów: Polacy, Białorusini i Ukraińcy. Msza została odprawiona w trzech językach, a jej centralnym punktem było poświęcenie figur Trzech Króli, z których każda reprezentuje jeden z bratnich narodów. Figurami, wykonanymi ze składek wiernych, upamiętniono wspólnotę i duchową bliskość społeczności żyjących dziś obok siebie w Polsce.

Liturgii przewodniczył pochodzący z Białorusi i ukrywający się w Polsce przed represjami reżimu Łukaszenki ks. Wiaczesław Barok, a współcelebransami nabożeństwa byli proboszcz parafii  św. Aleksandra ks. Mirosław Jaworski oraz greckokatolicki duchowny o. Piotr Jan Kuszka, reprezentujący społeczność ukraińską. Wypełniona po brzegi świątynia stała się miejscem modlitwy, wzruszenia i gestów solidarności między narodami, które w ostatnich latach szczególnie zbliżyły się do siebie w obliczu wspólnych doświadczeń i wyzwań.

Nabożeństwo było celebrowane przez trzech księży, reprezentujących narody polski, białoruski i ukraiński, fot: Racyja.com

Po zakończeniu liturgii uczestnicy wyszli przed kościół, gdzie odbyło się uroczyste poświęcenie figur. Wierni podkreślali symboliczny wymiar wydarzenia – Trzej Królowie, stojący obok siebie, mieli wyrażać jedność, wzajemny szacunek i gościnność, jakiej doświadczają w Polsce zarówno Białorusini, jak i Ukraińcy. Wielu uczestników robiło pamiątkowe zdjęcia, dzieląc się wrażeniami w swoich językach, ale w atmosferze pełnego zrozumienia i wspólnoty.

Uroczystość poświęcenia figur Trzech Króli w Warszawie, fot: Racyja.com

Jak zauważył jeden z wiernych: „to wydarzenie pokazuje, że mimo różnych historii i doświadczeń, potrafimy być razem – w modlitwie, w codzienności i w nadziei na lepszą przyszłość”.

Znadniemna.pl na podstawie Racyja.com, fot.: Racyja.com

W górnym kościele św. Aleksandra w Warszawie odbyła się 4 stycznia wyjątkowa Msza św., celebrowana w trzech językach – polskim, białoruskim i ukraińskim. W przeddzień święta Objawienia Pańskiego (potocznie zwanego świętem Trzech Króli) w kościele św. Aleksandra w Warszawie zgromadzili się wierni trzech narodów: Polacy, Białorusini

W Grodzieńskim Państwowym Muzeum Historyczno‑Archeologicznym eksponowana jest wyjątkowa kolekcja dawnych starodruków, wydanych przed 1800 rokiem. Wśród nich szczególne miejsce zajmuje kalendarz krakowski na rok 1717, najstarszy w całym zbiorze. Kalendarz przetrwał wojny, zmiany granic i upadek imperiów, by dziś opowiadać o tym, jak ludzie sprzed trzech stuleci rozumieli czas, kosmos i własne życie.

Kalendarz z 1717 roku jest eksponatem, który nie tylko przyciąga wzrok, lecz także otwiera drzwi do minionych epok. To delikatny, ale niezwykle wymowny świadek historii, który pozwala zajrzeć w codzienność człowieka XVIII wieku.

W osiemnastym stuleciu Grodno było ważnym ośrodkiem drukarskim Rzeczypospolitej Obojga Narodów. Działała tu drukarnia królewska, z której wychodziły książki, broszury, ogłoszenia, a także kalendarze. Dla ówczesnego odbiorcy kalendarz nie był jedynie zestawieniem dni i miesięcy. Stanowił kompendium wiedzy: zawierał bowiem informacje praktyczne, wskazówki dotyczące prac gospodarskich, a nawet elementy astrologiczne, które pomagały przewidywać „pomyślne” i „niepomyślne” dni.

Kalendarz krakowski na 1717 rok jest tego znakomitym przykładem. Choć liczy ponad trzysta lat, wciąż zachwyca czytelnością i bogactwem treści. Oprócz dat znajdują się w nim opisy zjawisk astronomicznych, faz Księżyca, a także wskazówki, które miały ułatwiać planowanie podróży, prac polowych czy ważnych przedsięwzięć. To świadectwo epoki, w której nauka i astrologia wciąż splatały się ze sobą, tworząc obraz świata pełen symboli i zależności.

Szczególną uwagę przyciąga warstwa graficzna tego starodruku. Dawne kalendarze zdobiono bowiem wizerunkami bóstw, utożsamianych ze Słońcem i planetami. Nie były to tylko upiększenia — wspomniane elementy graficzne miały przypominać o kosmicznym porządku, w którym każda planeta miała swój charakter i wpływ na ludzkie życie. W niektórych kalendarzach pojawiały się nawet ruchome elementy: obrotowe tarcze z nazwami świąt, znakami zodiaku czy wskazaniami astronomicznymi. Były to małe, papierowe mechanizmy, które pozwalały „ustawić” kalendarz zgodnie z potrzebami użytkownika.

Patrząc dziś na arkusz kalendarza z 1717 roku, trudno nie poczuć szacunku dla jego twórców. Starodruk przypomina, że nawet w czasach bez elektroniki, aplikacji i cyfrowych plannerów, ludzie starali się uporządkować czas, zrozumieć rytmy natury i odnaleźć swoje miejsce w wielkim kosmosie. A może właśnie w takim starodruku kryje się więcej mądrości, niż mogłoby się wydawać na pierwszy rzut oka.

 Znadniemna.pl na podstawie Hpravy.org, na zdjęciu: kalendarz krakowski na 1717 rok, fot.: Hpravy.org

W Grodzieńskim Państwowym Muzeum Historyczno‑Archeologicznym eksponowana jest wyjątkowa kolekcja dawnych starodruków, wydanych przed 1800 rokiem. Wśród nich szczególne miejsce zajmuje kalendarz krakowski na rok 1717, najstarszy w całym zbiorze. Kalendarz przetrwał wojny, zmiany granic i upadek imperiów, by dziś opowiadać o tym, jak ludzie sprzed

4 stycznia przypada rocznica urodzin Joachima Litawora Chreptowicza – ostatniego kanclerza Wielkiego Księstwa Litewskiego, reformatora i jednego z najwybitniejszych bibliofilów epoki. Historycy zgodnie podkreślają, że jego największym dziełem była Biblioteka Chreptowiczów w Szczorsach – kolekcja, którą badacze określają jako „jedną z najcenniejszych prywatnych bibliotek dawnej Rzeczypospolitej”.

Polityk, którego ceniono za rozum i charakter

Joachim Litawor Chreptowicz urodził się 4 stycznia 1729 roku. W źródłach historycznych pojawia się jako postać „rozumna, umiarkowana i życzliwa”, a Adam Demby określał go jako jedną z najbardziej sympatycznych i światłych osobowości swojej epoki. Jego kariera polityczna była długa i konsekwentna, a jej zwieńczeniem było objęcie urzędu ostatniego kanclerza Wielkiego Księstwa Litewskiego.

Jako współtwórca Komisji Edukacji Narodowej Chreptowicz należał do grona tych, którzy rozumieli, że przyszłość państwa zależy od poziomu wykształcenia obywateli. W opracowaniach dotyczących KEN jego nazwisko pojawia się wśród reformatorów, którzy łączyli praktyczną wiedzę z szerokimi horyzontami intelektualnymi. Właśnie ta postawa – przekonanie, że wiedza jest fundamentem państwa – doprowadziła go do stworzenia własnego centrum naukowego.

Choć pełnił najwyższe urzędy, to właśnie praca intelektualna i troska o dziedzictwo kulturowe były dla niego najważniejsze. Z czasem to nie funkcje państwowe, lecz prywatna biblioteka w Szczorsach stała się jego najtrwalszym pomnikiem.

Fasada pałacu Chreptowiczów w Szczorsach, stan sprzed I wojny światowej, źródło: Wikipedia

Powstawanie biblioteki

Jednym z najważniejszych fundamentów szczorsowskiego księgozbioru była słynna biblioteka europejskich starodruków kardynała Giuseppe Renato Imperialiego. Po śmierci hierarchy jego ogromne zbiory trafiły do państwa, a następnie na rynek antykwaryczny. Wśród kolekcjonerów wykupujących te rzadkie woluminy Chreptowicz okazał się największym i najbardziej konsekwentnym nabywcą. To właśnie z tej kolekcji pochodziło niezwykle cenne zestawienie religijnych pamfletów epoki reformacji.

Gmach biblioteki w Szczorsach – stan na koniec XVIII stulecia, fot.: Wikipedia

Drugim wielkim źródłem była część rozproszonej Biblioteki Załuskich – jednego z najambitniejszych projektów bibliotecznych dawnej Rzeczypospolitej. Po aresztowaniu Józefa Andrzeja Załuskiego rosyjski pomocnik bibliotekarza zaczął potajemnie wyprzedawać tomy, co doprowadziło do utraty około 20 tysięcy woluminów. Po zdobyciu Warszawy przez Suworowa cała biblioteka została potraktowana jako trofeum wojenne i wywieziona do Petersburga, a część ksiąg sprzedawano po drodze każdemu, kto chciał je nabyć. Właśnie w ten sposób najcenniejsze egzemplarze trafiały na aukcje, gdzie kupował je Chreptowicz, ratując je przed ostatecznym rozproszeniem.

Trzecim filarem kolekcji były książki z bibliotek skasowanych katolickich klasztorów, które Chreptowicz nabywał podczas podróży po Europie. Szczególne znaczenie miało wykupienie biblioteki hrabiego Michała Rajeckiego, w której znajdowały się prawdziwe skarby: korespondencja Bohdana Chmielnickiego z polskimi hetmanami, oryginał jego manifestu do Kozaków, dziennik polskiego poselstwa w Moskwie z 1686 roku oraz dziennik Maryny Mniszek. Ten zestaw rękopisów stanowił jeden z najcenniejszych segmentów całej kolekcji.

Szczorse – miejsce wizyt badaczy

Biblioteka była otwarta dla uczonych badaczy, co w XVIII wieku nie było oczywistością. Współczesne opracowania podkreślają, że Chreptowicz traktował ją jako dobro publiczne, a nie prywatny skarbiec. Dzięki temu Szczorse stały się ważnym ośrodkiem pracy naukowej, odwiedzanym przez historyków, pisarzy i studentów.

Kompleks pałacowo-parkowy w Szczorsach, źródło: Tygodnik Ilustrowany, 1878 r.

Wśród gości biblioteki znajdowali się m.in. . Joachim Lelewel, Józef Jaroszewicz, Władysław Syrokomla czy Kazimierz Gliński. W tradycji badawczej pojawia się także informacja, że Adam Mickiewicz korzystał tu z materiałów do „Konrada Wallenroda” i „Grażyny”, znajdując w księgozbiorze Chreptowicza kroniki i dokumenty dotyczące historii Litwy.

Biblioteka była więc nie tylko zbiorem książek, lecz także przestrzenią spotkań i wymiany myśli. W czasach, gdy państwo chyliło się ku upadkowi, w Szczorsach trwała praca nad zachowaniem pamięci o jego przeszłości.

Losy biblioteki, po śmierci jej twórcy

Po śmierci Chreptowicza bibliotekę przejął jego syn Adam, który kontynuował dzieło ojca. Jednak XIX i XX wiek przyniosły kolekcji dramatyczne losy. Część zbiorów została wywieziona do Petersburga, gdzie trafiła do zbiorów Cesarskiej Biblioteki Publicznej. Inne segmenty uległy rozproszeniu w wyniku sprzedaży, dziedziczenia i kolejnych zawieruch politycznych.

Gmach biblioteki w Szczorsach – stan współczesny, fot.: Radzima.org

Najtragiczniejszy cios przyszedł w 1941 roku, kiedy podczas działań wojennych znaczna część księgozbioru spłonęła. Zniszczeniu uległy nie tylko druki, lecz także rękopisy i dokumenty, których wartość była nie do przecenienia. To wydarzenie do dziś uznawane jest za jedną z największych strat w historii prywatnych zbiorów na dawnych ziemiach Rzeczypospolitej.

Współczesne instytucje kultury – m.in. Narodowa Biblioteka Ukrainy im. Wernadskiego – określają zbiory chreptowiczowskie jako „fundamentalne dla badań nad historią regionu”. To opinia, która powtarza się w wielu opisach: kolekcja jest nie tylko świadectwem epoki, lecz także źródłem o ogromnej wartości naukowej.

Badacze zgodnie podkreślają, że Biblioteka Chreptowiczów była jednym z najważniejszych prywatnych księgozbiorów dawnej Rzeczypospolitej, a jej twórca – jednym z najwybitniejszych bibliofilów swojej epoki.

Gdzie dziś są rozproszone skarby Chreptowiczów

Losy biblioteki po 1812 roku były burzliwe, a jej rozproszenie – nieuniknione. Największa zachowana część księgozbioru znajduje się dziś w Narodowej Bibliotece Ukrainy im. Wernadskiego w Kijowie, dokąd trafiła po XIX‑wiecznych przenosinach i późniejszych ewakuacjach. To właśnie tam przechowywane są najcenniejsze rękopisy, w tym dokumenty dotyczące XVII‑wiecznej historii Rzeczypospolitej i Ukrainy. Ukraińscy badacze podkreślają, że kolekcja chreptowiczowska jest jednym z najważniejszych zespołów źródłowych do dziejów regionu.

Kolejne części zbioru znajdują się w Rosji, dokąd trafiły w różnych momentach XIX i XX wieku. Znaczący segment rękopisów i druków przechowywany jest w Bibliotece Narodowej w Petersburgu, która odziedziczyła część materiałów wywiezionych jeszcze w epoce carskiej. W wyniku powojennych przesunięć, ewakuacji i konfiskat część tomów trafiła również do bibliotek w Ufie i Saratowie, gdzie do dziś pozostają w zbiorach specjalnych, często nie w pełni skatalogowanych.

Rozproszenie biblioteki Chreptowiczów jest jednym z najbardziej wymownych przykładów losów prywatnych kolekcji na ziemiach dawnej Rzeczypospolitej. Choć księgozbiór nie istnieje już jako całość, jego fragmenty – rozsiane między Kijowem, Petersburgiem, Ufą i Saratowem – nadal świadczą o ogromnej skali przedsięwzięcia Joachima Litawora Chreptowicza. Badacze podkreślają, że nawet w tej postaci biblioteka pozostaje jednym z najważniejszych pomników kultury polskiej, litewskiej i białoruskiej.

W 2009 roku nastąpił ważny gest symboliczny i naukowy: strona ukraińska przekazała Białorusi pełny wariant elektroniczny zachowanej części księgozbioru Chreptowiczów. Cyfrowa kopia trafiła do Biblioteki Narodowej Białorusi, umożliwiając badaczom dostęp do materiałów, które od dziesięcioleci znajdowały się poza granicami kraju. Ten akt współpracy stał się jednym z najważniejszych momentów w nowożytnych dziejach recepcji biblioteki szczorsowskiej.

W ostatnich latach do Białorusi wróciła także niewielka, lecz symbolicznie niezwykle ważna część księgozbioru, która przez ponad sto lat znajdowała się w Niemczech. Podczas I wojny światowej jeden z niemieckich żołnierzy zabrał ze splądrowanej biblioteki w Szczorsach kilka unikatowych książek. Przechowywał je przez całe życie, nakazując swoim dzieciom, by kiedyś zwróciły je prawowitym właścicielom. W 2020 roku jego wnuk odnalazł Fundację „Szczorsy i Chreptowicze” i przekazał cymelia na Białoruś. Ten gest prywatnej pamięci i odpowiedzialności sprawił, że do kraju wróciły kolejne fragmenty dziedzictwa Chreptowiczów, zamykając po ponad wieku niezwykłą historię ich wojennej tułaczki.

 Przekazane Białorusi unikatowe eksponaty z księgozbioru Chreptowiczów:

Fot.: Narodowa Biblioteka Białorusi

Fot.: Narodowa Biblioteka Białorusi

Fot.: Narodowa Biblioteka Białorusi

Fot.: Narodowa Biblioteka Białorusi

Opr. Adolf Gorzkowski, na zdjęciu tytułowym – Joachim Chreptowicz na obrazie pędzla J. Grassi, 1795 r. źródło: Wikipedia

4 stycznia przypada rocznica urodzin Joachima Litawora Chreptowicza – ostatniego kanclerza Wielkiego Księstwa Litewskiego, reformatora i jednego z najwybitniejszych bibliofilów epoki. Historycy zgodnie podkreślają, że jego największym dziełem była Biblioteka Chreptowiczów w Szczorsach – kolekcja, którą badacze określają jako „jedną z najcenniejszych prywatnych bibliotek dawnej

Przejdź do treści