HomeStandard Blog Whole Post (Page 2)

Mija dokładnie 150 lat od dnia, w którym przyszedł na świat jeden z najbardziej fascynujących, a zarazem najbardziej zwalczanych przez komunistyczną cenzurę polskich pisarzy. Ferdynand Antoni Ossendowski – podróżnik, naukowiec, świadek krwawych narodzin bolszewizmu i drugi, po Henryku Sienkiewiczu, najpoczytniejszy polski autor dwudziestolecia międzywojennego na świecie – pozostaje postacią, której życiorys mógłby posłużyć za scenariusz dla kilku hollywoodzkich produkcji.

Dla nas, współczesnych, jego postać ma jednak wymiar szczególny: głęboko zakorzeniony w etosie Kresów Wschodnich i wciąż żywy w pamięci tych, którzy walczą z totalitarnym kłamstwem.

Syn Ziemi Witebskiej

Ferdynand Antoni Ossendowski przyszedł na świat w Lucynie (dzisiejsza Ludza na Łotwie), w Imperium Rosyjskim – miasteczku w guberni witebskiej – regionie o bogatej, wielokulturowej przeszłości. Dzieciństwo i młodość spędzone w tym kresowym tyglu, w bliskości tamtejszej przyrody i specyficznego ducha pogranicza, ukształtowały niezwykłą wrażliwość oraz wieczną ciekawość świata niestrudzonego wędrowca.

Los rzucił go na bezkresne obszary Imperium Rosyjskiego i Azji. Jako chemik i geograf brał udział w wyprawach naukowych na Syberię, Mandżurię i do Chin. Prawdziwą próbą ognia okazał się jednak rok 1917. Ossendowski na własne oczy widział narodziny potwora – krwawą rewolucję bolszewicką. Ścigany przez czerezwyczajkę (Czeka – pierwszą sowiecką tajną policję polityczną, słynącą ze skrajnego okrucieństwa i masowych egzekucji), podjął dramatyczną ucieczkę przez ogarniętą chaosem Syberię, Mongolię i rubieże Tybetu. Przeżycia te opisał w głośnej książce „Zwierzęta, ludzie, bogowie”, która przyniosła mu globalną sławę, osiągając gigantyczne nakłady i tłumaczenia na kilkadziesiąt języków.

„Lenin” – wyrok śmierci wydany przez system

Powróciwszy do wolnej Polski, Ossendowski stał się jednym z najważniejszych głosów ostrzegających Zachód przed barbarzyństwem płynącym z Moskwy. Kulminacją jego publicystycznej i literackiej działalności była wydana w 1930 roku powieść beletryzowana „Lenin”. Pisarz, posługując się faktami i własnymi obserwacjami, bezlitośnie obnażył w niej psychopatyczny profil wodza rewolucji, pokazując moralną pustkę i okrucieństwo nowego systemu.

Okładka polskiego wydania „Lenina” Ossendowskiego, fot.: tezeusz.pl

Sowieci nigdy mu tego nie wybaczyli. Książka uderzała w sam fundament założycielskiego mitu ZSRR. Jak potężna była to nienawiść, pokazały wydarzenia z początku 1945 roku. Ossendowski zmarł w Żółwinie pod Warszawą tuż przed wkroczeniem Armii Czerwonej. Kilka dni po jego pogrzebie, funkcjonariusze NKWD rozkopali jego grób, by upewnić się, czy „największy wróg systemu” naprawdę nie żyje. Przez cały okres PRL-u jego nazwisko było objęte całkowitym zapisem cenzorskim, a książki bezwzględnie usuwano z bibliotek i niszczono.

Jak „Lenin” Ossendowskiego przemówił po rosyjsku

Choć komuniści próbowali całkowicie wymazać pamięć o pisarzu, jego dzieło przetrwało i po latach wróciło tam, gdzie jest najbardziej potrzebne. Przez dziesięciolecia paradoksem pozostawał bowiem fakt, że genialna i demaskatorska powieść „Lenin” nigdy nie była dostępna w języku rosyjskim – języku tych, którzy najbardziej ucierpieli z rąk komunistycznej dyktatury.

Ta historyczna luka została zamknięta dzięki niezwykłemu splotowi losów. Pierwszego w historii tłumaczenia powieści „Lenin” na język rosyjski dokonał nasz redakcyjny kolega Andrzej Pisalnik, a misję tę powierzył mu człowiek-legenda – śp. Paweł Szeremet.

Szeremiet, wybitny niezależny dziennikarz pochodzący z Mińska, który sam stał się symbolem bezkompromisowej walki o wolność słowa na Białorusi, w Rosji i Ukrainie (gdzie zginął w tragiczny sposób w zamachu bombowym w 2016 roku), doskonale rozumiał niszczycielską siłę postradzieckiego mitu. To właśnie on dostrzegł w zapomnianej książce Ossendowskiego genialny oręż intelektualny. Zlecając Pisalnikowi ten trudny i odpowiedzialny przekład, Szeremet doprowadził do spełnienia symbolicznego aktu dziejowej sprawiedliwości.

„Lenin” wydany dzięki staraniom Pawła Szeremeta w Rosji w języku rosyjskim. Fot. arhciwum Znadniemna.pl

Dzięki tej współpracy wydanie to stało się potężnym narzędziem edukacyjnym dla niezależnych środowisk na całym obszarze postradzieckim, odkłamując postać Lenina i pokazując prawdziwe, zbrodnicze korzenie systemu, którego cienie wciąż ciągną się nad Europą Wschodnią.

W 150. rocznicę urodzin Ferdynanda Antoniego Ossendowskiego wspominamy go nie tylko jako mistrza pióra i syna Ziemi Witebskiej, ale jako proroka, którego Słowo – dzięki wizjonerstwu i odwadze takich ludzi jak Paweł Szeremet – wciąż brzmi donośnie jako przestroga i drogowskaz ku wolności.

Opr. Kazimierz Sadowski/Znadniemna.pl, źródło portretu Ferdynanda Antoniego Ossendowskiego: Wikipedia

Mija dokładnie 150 lat od dnia, w którym przyszedł na świat jeden z najbardziej fascynujących, a zarazem najbardziej zwalczanych przez komunistyczną cenzurę polskich pisarzy. Ferdynand Antoni Ossendowski – podróżnik, naukowiec, świadek krwawych narodzin bolszewizmu i drugi, po Henryku Sienkiewiczu, najpoczytniejszy polski autor dwudziestolecia międzywojennego na

W ciągu zaledwie pierwszej doby od apelów żony polityka, Iny Kulej, darczyńcy wpłacili na rzecz Aleksandra Milinkiewicza ponad 83 tysiące złotych. To już blisko dwie trzecie z potrzebnej kwoty, która ma pokryć koszty kosztownego leczenia i intensywnej rehabilitacji. W akcję pomocy dla lidera białoruskich sił demokratycznych zaangażowało się już ponad 600 osób.

Aleksander Milinkiewicz – wspólny kandydat opozycji w wyborach prezydenckich na Białorusi w 2006 roku oraz Honorowy Członek Związku Polaków na Białorusi – od listopada 2025 roku zmaga się z poważnymi problemami zdrowotnymi. Trafił do szpitala po skomplikowanej operacji usunięcia skrzepliny w tętnicy szyjnej.

Po zabiegu u polityka doszło do obrzęku mózgu, w wyniku czego spędził on kilka tygodni na oddziale reanimacji. Walkę o życie utrudniły dodatkowo ciężkie infekcje, które wymagały wielomiesięcznego, wycieńczającego leczenia szpitalnego.

Obecnie stan Aleksandra Milinkiewicza jest stabilny, jednak wymaga on natychmiastowej i intensywnej rehabilitacji neurologicznej oraz ruchowej. Polityk ma niesprawną lewą rękę i wciąż boryka się z dużymi trudnościami z chodzeniem. Koszt dalszego specjalistycznego leczenia, profesjonalnej rehabilitacji oraz bieżącej opieki oszacowano na około 30 tysięcy euro (ok. 130 tysięcy złotych).

Organizatorem zbiórki jest rodzina oraz bliscy polityka, którzy apelują o dalszą solidarność i wsparcie, by jak najszybciej zebrać brakującą część funduszy i zapewnić Milinkiewiczowi powrót do sprawności.

Jak można pomóc? Oficjalna zbiórka funduszy na leczenie i rehabilitację Aleksandra Milinkiewicza jest prowadzona na platformie Zrzutka.pl pod adresem: https://zrzutka.pl/p8hzuf

 Znadniemna.pl na podstawie Białoruska Redakcja Polskiego Radia oraz  Zrzutka.pl, na zdjęciu: Aleksander Milinkiewicz z żoną Iną Kulej, fot.: Facebook.com/ina.kuley

W ciągu zaledwie pierwszej doby od apelów żony polityka, Iny Kulej, darczyńcy wpłacili na rzecz Aleksandra Milinkiewicza ponad 83 tysiące złotych. To już blisko dwie trzecie z potrzebnej kwoty, która ma pokryć koszty kosztownego leczenia i intensywnej rehabilitacji. W akcję pomocy dla lidera białoruskich sił

Prezydentka Sopotu Magdalena Czarzyńska-Jachim wyszła z oficjalną inicjatywą nadania tytułu Honorowego Obywatela Miasta Sopotu Andrzejowi Poczobutowi. Dziennikarz, działacz polskiej mniejszości na Białorusi i niedawno uwolniony więzień polityczny reżimu Łukaszenki, ma dołączyć do elitarnego grona wyróżnionych przez kurort osobistości. Wniosek prezydentki zyskał już pełne, ponadpodziałowe poparcie wszystkich klubów zasiadających w Radzie Miasta.

Głosowanie nad uchwałą w tej sprawie odbędzie się podczas najbliższej sesji Rady Miasta w czwartek, 28 maja 2026 roku. Zwieńczeniem tej wyjątkowej inicjatywy będzie oficjalna uroczystość nadania tytułu, którą zaplanowano na 6 września bieżącego roku w Operze Leśnej, podczas corocznego, uroczystego Koncertu dla Mieszkańców Sopotu.

Sopot od lat jest miastem solidarności, wolności i wsparcia dla tych, którzy o tę wolność walczą, często płacąc za to najwyższą cenę. Andrzej Poczobut to symbol niezłomności, prawdy i odwagi. Przez ponad pięć lat dramatycznych doświadczeń w białoruskich łagrach i więzieniach nie dał się złamać. Uhonorowanie go tym tytułem to nie tylko wyraz naszego głębokiego szacunku, ale i jasny sygnał, po której stronie stoją mieszkańcy Sopotu – podkreśla prezydentka Sopotu Magdalena Czarzyńska-Jachim.

Andrzej Poczobut, niedawno odznaczony przez Prezydenta RP Orderem Orła Białego, odzyskał wolność pod koniec kwietnia tego roku w wyniku wielostronnej operacji międzynarodowej. Jego niezłomna postawa i wierność zasadom wolnego dziennikarstwa stały się inspiracją dla opinii publicznej na całym świecie.

Nadanie honorowego obywatelstwa w historycznej przestrzeni Opery Leśnej, w otoczeniu tysięcy sopocian, będzie miało niezwykle symboliczny wymiar. Andrzej Poczobut dołączy do grona takich wybitnych postaci związanych z Sopotem, jak m.in. Władysław Bartoszewski, Czesław Miłosz, Irena Szewińska czy Lech Wałęsa.

Znadniemna.pl na podstawie Esopot.pl, na zdjęciu: Prezydentka Sopotu Magdalena Czarzyńska-Jachim i Andrzej Poczobit, fot.: Facebook.com/JachimSopot

Prezydentka Sopotu Magdalena Czarzyńska-Jachim wyszła z oficjalną inicjatywą nadania tytułu Honorowego Obywatela Miasta Sopotu Andrzejowi Poczobutowi. Dziennikarz, działacz polskiej mniejszości na Białorusi i niedawno uwolniony więzień polityczny reżimu Łukaszenki, ma dołączyć do elitarnego grona wyróżnionych przez kurort osobistości. Wniosek prezydentki zyskał już pełne, ponadpodziałowe poparcie

Siedemdziesiąt osiem lat temu, 25 maja 1948 roku, w mokotowskim więzieniu komunistyczne władze zamordowały rotmistrza Witolda Pileckiego — żołnierza ZWZ-AK, ochotnika do Auschwitz, powstańca warszawskiego i emisariusza II Korpusu. Urodzony na Kresach, wychowany w Wilnie, niósł w sobie tradycję Rzeczypospolitej wielu narodów. Jego życie, pełne odwagi i służby, jest jednym z najjaśniejszych świadectw kresowego etosu.

Witold Pilecki przyszedł na świat 13 maja 1901 roku w Ołońcu, w rodzinie szlacheckiej o głębokich tradycjach niepodległościowych. Jego dziad, Józef Pilecki, został zesłany na Syberię za udział w Powstaniu Styczniowym, a rodzinny majątek na Nowogródczyźnie uległ częściowej konfiskacie. Ta historia — typowa dla wielu kresowych rodów — od najmłodszych lat kształtowała jego poczucie obowiązku wobec Polski.

Dorastał w Wilnie, mieście, które było jednym z duchowych centrów Kresów. Tam wstąpił do harcerstwa, tam też jako nastolatek chwycił za broń w oddziałach samoobrony broniących miasta przed bolszewikami. Walczył później w wojnie polsko-bolszewickiej, broniąc Warszawy w 1920 roku. Po wojnie próbował ułożyć sobie życie w cywilu: studiował sztuki piękne, prowadził rodzinny majątek w Sukurczach, ożenił się z Marią Ostrowską i został ojcem dwójki dzieci. Ten świat — ziemiański, kresowy, zakorzeniony — został brutalnie przerwany przez wybuch II wojny światowej.

We wrześniu 1939 roku walczył pod Piotrkowem Trybunalskim, a po klęsce przedostał się do Warszawy, gdzie współtworzył Tajną Armię Polską. To właśnie wtedy powziął plan, który przeszedł do historii: dobrowolnie dostać się do Auschwitz, by zdobyć informacje o niemieckim obozie i zorganizować tam konspirację. Wszedł w „kocioł” podczas łapanki na Żoliborzu, podając się za Tomasza Serafińskiego. W Auschwitz otrzymał numer 4859.

Za drutami stworzył Związek Organizacji Wojskowych — unikatową strukturę konspiracyjną, opartą na systemie „piątek”, które nie znały się nawzajem. To on przygotował pierwszą tajną notę o ludobójstwie w obozie, przekazywaną na Zachód. W Wigilię 1941 roku doprowadził do symbolicznego spotkania przedstawicieli różnych nurtów politycznych — od narodowców po lewicę — pokazując, że wobec zbrodni Niemców wszyscy są równi.

Wiosną 1943 roku, gdy Niemcy zaczęli rozpracowywać obozową konspirację, Pilecki zdecydował się na ucieczkę. Zbiegł w nocy z 26 na 27 kwietnia, dotarł do Nowego Wiśnicza, a następnie wrócił do Warszawy. Walczył w Powstaniu Warszawskim, dowodząc oddziałem w Reducie Witolda. Po kapitulacji trafił do oflagu w Murnau, skąd po wyzwoleniu dołączył do II Korpusu Polskiego we Włoszech.

Jesienią 1945 roku, na rozkaz gen. Andersa, wrócił do kraju, by prowadzić działalność wywiadowczą. Zorganizował siatkę informacyjną, zbierał dane o represjach NKWD i MBP, działał w strukturach podziemia. Mimo ostrzeżeń nie opuścił Polski. 8 maja 1947 roku został aresztowany przez UB, torturowany i oskarżony o działalność szpiegowską. Proces tzw. „grupy Witolda” był farsą. 15 marca 1948 roku skazano go na śmierć, a prezydent Bierut odmówił ułaskawienia.

Wyrok wykonano 25 maja 1948 roku strzałem w tył głowy. Miejsce pochówku rotmistrza do dziś nie jest znane — prawdopodobnie spoczywa w bezimiennym dole na „Łączce” na Powązkach. Przez dziesięciolecia PRL jego nazwisko było objęte cenzurą, a pamięć o nim przetrwała głównie w rodzinnych opowieściach i w środowiskach, które — jak Polacy na Kresach — zawsze pielęgnowały tradycję wierności Rzeczypospolitej.

Dziś, siedemdziesiąt osiem lat po mokotowskiej nocy, rotmistrz Witold Pilecki jest symbolem odwagi, poświęcenia i niezłomności. Jego kresowy rodowód, harcerska młodość w Wilnie, ziemiańskie doświadczenie Sukurcz, heroizm Auschwitz i Powstania Warszawskiego, a wreszcie tragiczna śmierć z rąk komunistów — tworzą opowieść, która stała się jednym z fundamentów współczesnej polskiej pamięci.

Znadniemna.pl na podstawie Dzieje.pl  oraz materiałów Instytutu Pileckiego, fotografia Witolda Pileckiego z mokotowskiego więzienia, fot.:  Instytut Pamięci Narodowej, sygn. MBP Warszawa 1947/165

Siedemdziesiąt osiem lat temu, 25 maja 1948 roku, w mokotowskim więzieniu komunistyczne władze zamordowały rotmistrza Witolda Pileckiego — żołnierza ZWZ-AK, ochotnika do Auschwitz, powstańca warszawskiego i emisariusza II Korpusu. Urodzony na Kresach, wychowany w Wilnie, niósł w sobie tradycję Rzeczypospolitej wielu narodów. Jego życie, pełne

Dzisiejsza gala w Muzeum Emigracji w Gdyni miała wyjątkowy, jubileuszowy charakter. Po raz piętnasty uhonorowano dziennikarzy i redakcje, które swoją codzienną pracą budują mosty między Polską a Polakami rozsianymi po świecie. Nagroda im. Macieja Płażyńskiego, ustanowiona w 2012 roku z inicjatywy Press Clubu Polska we współpracy z prezydentami trzech miast: Gdańska, Sopotu i Gdyni, pozostaje jednym z najważniejszych wyróżnień dla mediów podejmujących tematykę polonijną i wzmacniających więzi z rodakami poza granicami kraju.

W imieniu Marszałek Senatu RP Małgorzaty Kidawy‑Błońskiej list do laureatów i uczestników uroczystości odczytał senator Sławomir Rybicki, podkreślając, że nagroda jest „ważnym wyrazem uznania dla tych, którzy poprzez rzetelne dziennikarstwo, odpowiedzialność za słowo i troskę o prawdę wzmacniają więź Polonii z Ojczyzną oraz promują dobre imię Polski na świecie”.

Prezydent Gdyni Aleksandra Kosiorek przypomniała, jak symboliczne jest miejsce, w którym odbywa się gala.

„To nagroda dla tych, którzy dbają o to, by Polacy mieszkający poza granicami kraju czuli się częścią naszej wspólnoty. Dzięki ich pracy Polska jest obecna w życiu Polonii, a Polonia – w życiu Polski” – zaznaczyła.

Wśród tegorocznych laureatów znalazł się Artur Żak, nagrodzony w kategorii dziennikarz medium polonijnego. Ze Lwowa łączył się z uczestnikami gali w trybie wideo. W swoim wystąpieniu powiedział:

„Przemawiam do Państwa ze Lwowa i bardzo żałuję, że nie mogę razem z Wami wspólnie świętować w gmachu Muzeum Emigracji. Formalne obostrzenia oraz realia, w których funkcjonujemy od ponad czterech lat, uniemożliwiły mi dotarcie na tę galę. Serdecznie gratuluję pozostałym laureatom. Wasza obecność tutaj jest potwierdzeniem tego, że słowo, niezależne słowo, nie zna granic geograficznych. Chcę również podziękować wszystkim kolegom i koleżankom, którzy w tych wojennych, trudnych realiach nie handlują prawdą. Dziennikarska rzetelność, wierność etyce zawodowej, w dobie kryzysu wymaga ogromnej, często cichej odwagi.”

W kategorii dziennikarz zagraniczny wyróżniono Hélène Bienvenu, korespondentkę francuskiego „Le Monde”. Za publikacje o tematyce polonijnej w mediach krajowych uhonorowano Andrzeja Urbańskiego z Radia Gdańsk, a w kategorii redakcja medium polonijnego nagrodę przyznano TVP Wilno.

Historia tego wyróżnienia jest bliska środowisku Polaków na Białorusi. W poprzednich latach laureatami nagrody zostali redaktor Znadniemna.pl Andrzej Pisalnik (2013) oraz redaktor gazety „Głos znad Niemna na uchodźstwie” Iness Todryk‑Pisalnik (2016), Oba zostali docenieni za konsekwentną, odważną i wieloletnią pracę na rzecz Polaków na Białorusi i upamiętniania ich losów. Dzisiejsza, jubileuszowa edycja pokazała, że idea Macieja Płażyńskiego – myślenie o Polsce jako wspólnocie przekraczającej granice – pozostaje żywa i inspiruje kolejne pokolenia dziennikarzy.

Znadniemna.pl na podstawie Gdynia.pl, źródło ilustracji: Press Club Polska

Dzisiejsza gala w Muzeum Emigracji w Gdyni miała wyjątkowy, jubileuszowy charakter. Po raz piętnasty uhonorowano dziennikarzy i redakcje, które swoją codzienną pracą budują mosty między Polską a Polakami rozsianymi po świecie. Nagroda im. Macieja Płażyńskiego, ustanowiona w 2012 roku z inicjatywy Press Clubu Polska we

Para Prezydencka zainaugurowała tegoroczne Narodowe Czytanie, którego lekturą są „Dziady” Adama Mickiewicza. Nowością edycji 2026 będzie audiobook w interpretacji Mariusza Bonaszewskiego i Doroty Landowskiej oraz cykl podcastów z udziałem wybitnych znawców literatury.

Rozpoczęła się 15. edycja Narodowego Czytania – ogólnopolskiej akcji promującej klasykę polskiej literatury pod patronatem Pary Prezydenckiej. W tym roku wspólnie czytane będą „Dziady” Adama Mickiewicza, a finał akcji zaplanowano na 5 września.

Jak poinformował sekretarz stanu w Kancelarii Prezydenta RP Wojciech Kolarski, tegorocznej odsłonie będzie towarzyszył audiobook z „Dziadami” w interpretacji Mariusza Bonaszewskiego i Doroty Landowskiej. Kolejne fragmenty będą publikowane w każdą środę do końca sierpnia na oficjalnym kanale Narodowego Czytania na YouTube, gdzie pozostaną dostępne także po zakończeniu akcji.

Nowością będą również podcasty z udziałem aktorów, profesorów literatury, filozofów, artystów i badaczy romantyzmu z Polski, Litwy i Białorusi. Wśród zaproszonych gości znaleźli się m.in. prof. Jarosław Gajewski, dr Paweł Rojek, prof. Andrzej Waśko, prof. Ewa Hoffmann-Piotrowska, prof. Zdzisław Krasnodębski, malarz Ignacy Czwartos i muzyk Adam Strug. W nagraniach opowiedzą o znaczeniu „Dziadów”, ich recepcji i miejscu w kulturze Europy Środkowej.

Kancelaria Prezydenta przygotowuje także specjalny wybór fragmentów dramatu przeznaczony dla najmłodszych uczestników akcji. Zgłoszenia do Narodowego Czytania można przesyłać poprzez formularz dostępny na stronie Prezydent.pl.

Znadniemna.pl na podstawie Prezydent.pl oraz Wilnoteka.lt, źródło ilustracji: Prezydent.pl

Para Prezydencka zainaugurowała tegoroczne Narodowe Czytanie, którego lekturą są "Dziady" Adama Mickiewicza. Nowością edycji 2026 będzie audiobook w interpretacji Mariusza Bonaszewskiego i Doroty Landowskiej oraz cykl podcastów z udziałem wybitnych znawców literatury. Rozpoczęła się 15. edycja Narodowego Czytania – ogólnopolskiej akcji promującej klasykę polskiej literatury pod

Zabytkowy pałac Radziwiłłów w Zdzięciole, od lat niszczejący i wielokrotnie bezskutecznie wystawiany na sprzedaż, znalazł nową właścicielkę. Za symboliczne 90 rubli kupiła go Rosjanka mieszkająca w Mińsku, deklarując odnowienie rezydencji i udostępnienie jej mieszkańcom oraz turystom.

Zabytkowy pałac Radziwiłłów w Zdzięciole, jeden z najcenniejszych obiektów historycznych na ziemi zdzięciolskiej, został sprzedany na aukcji za 90 rubli. Jedyną uczestniczką przetargu była Tatiana, obywatelka Rosji mieszkająca w Mińsku, która – jak podają media – od dzieciństwa marzyła o posiadaniu własnego pałacu i zapowiada jego stopniową renowację.

Rezydencja Radziwiłłów, której murowaną formę datuje się na rok 1751, ma znacznie starsze korzenie. Wcześniej, już w XV wieku, na tym miejscu mogła istnieć siedziba, związana z innymi rodami szlacheckimi. Pałac był wielokrotnie przebudowywany, zmieniał właścicieli i ucierpiał podczas wojen. Po powstaniu listopadowym został skonfiskowany, a w kolejnych dekadach pełnił funkcje publiczne: mieściły się tam szkoła, szpital wojskowy, przytułek oraz miejska stomatologia, która działała do 2010 roku.

Od ponad dekady obiekt pozostawał opuszczony i popadał w ruinę. Władze próbowały sprzedać go już od 2015 roku, jednak bezskutecznie. W 2022 roku pałac nabył inny obywatel Rosji, lecz nie wywiązał się z obowiązków konserwatorskich, co doprowadziło do zwrotu nieruchomości państwu. Podczas najnowszej aukcji Tatiana była jedyną oferentką.

Nowa właścicielka zobowiązała się do zachowania zabytku i przywrócenia go do użytkowania w ciągu pięciu lat. W pierwszym etapie planuje odnowić wejście, korytarz i jedną z sal, które mają zostać udostępnione zwiedzającym we współpracy z miejscowym muzeum. Równolegle mają ruszyć szeroko zakrojone prace restauratorskie, wymagające udziału specjalistów i znacznych nakładów finansowych.

 Znadniemna.pl na podstawie Sputnik.by, na zdjęciu: pałac Radziwiłłów w Zdzięciole, fot.: screenshot z Youtube.com

Zabytkowy pałac Radziwiłłów w Zdzięciole, od lat niszczejący i wielokrotnie bezskutecznie wystawiany na sprzedaż, znalazł nową właścicielkę. Za symboliczne 90 rubli kupiła go Rosjanka mieszkająca w Mińsku, deklarując odnowienie rezydencji i udostępnienie jej mieszkańcom oraz turystom. Zabytkowy pałac Radziwiłłów w Zdzięciole, jeden z najcenniejszych obiektów historycznych

W nocy z 21 na 22 maja 1941 roku na Kresach II Rzeczypospolitej wydarzyło się coś, co do dziś powraca w rodzinnych wspomnieniach jak echo tamtej grozy. To była czwarta masowa deportacja Polaków w głąb Związku Sowieckiego – ostatnia przed wybuchem wojny niemiecko‑sowieckiej. Noc, w której tysiące ludzi zostało wyrwanych z własnych domów i rzuconych w nieznane, w stepy Kazachstanu i syberyjską tajgę. Dziś, po 85 latach, pamięć o tamtym majowym świcie wciąż żyje w opowieściach rodzinnych i w dokumentach zebranych przez historyków.

Wspomnienie tamtej nocy

W relacjach zebranych przez badaczy IPN, Ośrodka „Karta” i Związku Sybiraków powtarza się obraz ciszy, która nagle pęka pod ciężkim uderzeniem w drzwi. Ludzie budzili się w półmroku, oślepieni światłem latarek, zdezorientowani, nie wiedząc, czy to sen, czy początek czegoś, czego nie da się zatrzymać. Funkcjonariusze NKWD dawali kilka minut na spakowanie najpotrzebniejszych rzeczy – czasem tylko tyle, by narzucić płaszcz, chwycić dziecko, zamknąć drzwi, które już nigdy nie miały się otworzyć dla tych samych domowników.

Wielu wspominało później, że w izbie zostało ciepło po piecu, niedopite mleko, otwarta książka. Że wszystko wyglądało tak, jakby mieli wrócić za godzinę. A jednak ta godzina nigdy nie nadeszła. Ludzie wychodzili z domów w pośpiechu, często w nocnych koszulach, prowadzeni przez podwórze, na którym jeszcze przed chwilą spały psy, a teraz stały ciężarówki gotowe do odjazdu.

Wspomnienia z tamtej nocy są pełne strachu, ale też bezradności. Nikt nie wiedział, dokąd jadą, ani dlaczego właśnie teraz. Dzieci płakały, starsi milczeli, a matki próbowały zabrać choć jedną pamiątkę – fotografię, różaniec, zeszyt z domowego archiwum. To, co udało się chwycić w tych kilku minutach, stawało się jedynym łącznikiem z życiem sprzed deportacji.

Droga w nieznane

Transporty kierowano do północnego Kazachstanu, Kraju Ałtajskiego, obwodu nowosybirskiego i Jakucji. Podróż trwała tygodniami, a wagony towarowe, w których zamknięto deportowanych, stawały się ich jedynym światem. Panował w nich zaduch, brakowało wody, a choroby szerzyły się błyskawicznie. Wspomnienia deportowanych mówią o dzieciach gasnących w ramionach matek, o pochówkach przy torach, o ciszy, która zapadała po każdym krótkim postoju.

Jedna z relacji z Archiwum Wschodniego opisuje to tak: „Wagon był światem. Światem bez powietrza, bez światła, bez nadziei. Tylko stukot kół mówił, że jeszcze żyjemy”. Te słowa powtarzają się w wielu świadectwach – stukot kół jako jedyny znak, że czas płynie, choć nikt nie wiedział, dokąd prowadzi ta droga.

Wielu deportowanych wspominało, że najtrudniejsze były noce. W ciemności narastał strach, a każdy odgłos mógł oznaczać kolejny postój, kolejne rozdzielenie rodzin, kolejną śmierć. Ludzie trzymali się razem, dzielili ostatnie kromki chleba, próbowali pocieszać dzieci, choć sami nie mieli już siły wierzyć, że to się kiedyś skończy.

Życie na zesłaniu

Po dotarciu na miejsce deportowanych kierowano do kołchozów, sowchozów lub osad specjalnych. Pracowali przy wyrębie lasu, w rolnictwie, przy budowie dróg. Zmagali się z głodem, chorobami i mrozem, który zimą potrafił sięgać kilkudziesięciu stopni poniżej zera. Wielu nie przeżyło pierwszych miesięcy, a ci, którzy przetrwali, wspominali później, że najtrudniejsze było nie tyle zimno czy głód, ile poczucie, że zostali zapomniani.

A jednak mimo nieludzkich warunków rodziła się tam niezwykła solidarność. Kobiety dzieliły się ostatnim kawałkiem chleba, starsi uczyli dzieci pisać po polsku na kawałkach papieru, które udawało się zdobyć. Wspólne modlitwy, opowieści o domu, o tym, co zostało za drutem, były sposobem na przetrwanie. To właśnie pamięć o Polsce, o rodzinnych stronach, o życiu sprzed deportacji pozwalała wielu zachować godność.

Wielu zesłańców wspominało później, że najważniejsze było trzymać się razem. W obcych, surowych miejscach Polacy tworzyli wspólnoty, które pomagały przetrwać najgorsze. Dzielili się pracą, jedzeniem, opieką nad dziećmi. Wspólnota była jedyną siłą, która mogła przeciwstawić się beznadziei zesłania.

Ostatnia deportacja przed atakiem na ZSRR

Czwarta deportacja była ostatnią przed 22 czerwca 1941 roku, kiedy Niemcy zaatakowały ZSRR. Po podpisaniu układu Sikorski–Majski część deportowanych odzyskała wolność, ale wielu nie doczekało amnestii. Zmarli na zesłaniu, w drodze, w obozach pracy – bez grobów, bez pożegnania, bez możliwości powrotu do domu.

Dziś – 85 lat później – pamięć o tamtej nocy jest częścią historii polskich rodzin na Kresach. To pamięć o ludziach, którzy wyszli z domów w majową noc i nigdy już do nich nie wrócili. O dzieciach, które dorastały w stepach. O matkach, które niosły rodziny przez głód i mróz. O tych, którzy przetrwali – i o tych, których pochłonęła syberyjska ziemia.

To także pamięć o sile, która pozwoliła im przetrwać. O wierze, która nie zgasła. O wspólnocie, która ocaliła człowieczeństwo. I o obowiązku pamięci, który dziś spoczywa na nas – potomkach, świadkach, strażnikach historii.

Opr. Adolf Gorzkowski/Znadniemna.pl, zdjęcie z wystawy IPN pt. „Wygnańcy”, fot.: IPN

W nocy z 21 na 22 maja 1941 roku na Kresach II Rzeczypospolitej wydarzyło się coś, co do dziś powraca w rodzinnych wspomnieniach jak echo tamtej grozy. To była czwarta masowa deportacja Polaków w głąb Związku Sowieckiego – ostatnia przed wybuchem wojny niemiecko‑sowieckiej. Noc, w

Władze Białorusi odmówiły przedłużenia zezwoleń na dalszą posługę pięciu polskim księżom i jednemu zakonnikowi pracującym w archidiecezji mińsko‑mohylewskiej. Informacje te przekazała międzywyznaniowa inicjatywa „Chrześcijańska Wizja”, monitorująca sytuację Kościołów i wspólnot religijnych w kraju.

Według organizacji, decyzje dotyczą duchownych, którzy od wielu lat – w niektórych przypadkach od ponad dwóch dekad – pełnili posługę w białoruskich parafiach.

Wśród nich są: proboszcz parafii św. Aleksego w Iwieńcu o. Lech Bachanek, dziekan dekanatu stołpeckiego i proboszcz parafii Wniebowzięcia NMP w Nałibokach ks. kan. Marian Szerszeń, dziekan dekanatu miadzielskiego i proboszcz parafii św. Mikołaja w Świrze ks. kan. Bogusław Madziejewski, proboszcz parafii św. Andrzeja Apostoła w Naroczy o. Paweł Lialita, proboszcz parafii św. Franciszka w Soligorsku o. Sobiesław Tamala oraz kapucyn br. Wojciech Wróblewski, posługujący ostatnio w parafii św. Kazimierza w Mołodecznie.

Wszyscy duchowni pracowali na Białorusi od wielu lat, a niektórzy – jak o. Lech Bachanek – od ponad dwóch dekad. Franciszkanin przyjechał do Iwieńca w 2000 roku i przez ponad 25 lat prowadził liczne inicjatywy duszpasterskie, w tym znaną „Muzyczną Majsternię””, z którą współpracowali m.in. artyści z Rodziny Pospieszalskich – jednej z najbardziej znanych w Polsce rodzin muzykujących. Duchowny już w 2016 roku otrzymał odmowę przedłużenia pozwolenia, jednak po nagłośnieniu sprawy decyzję cofnięto. Tym razem – jak wskazuje „Chrześcijańska Wizja” – władze nie wyraziły zgody na dalszą posługę.

Duchowni mają wyjechać z Białorusi najpóźniej na początku czerwca.

To nie pierwsza taka decyzja w ostatnich miesiącach. Wcześniej odmowę przedłużenia zezwoleń otrzymało trzech polskich księży w diecezji witebskiej oraz dwóch w diecezji pińskiej. Obserwatorzy życia religijnego na Białorusi wskazują, że działania władz wpisują się w szerszą politykę ograniczania obecności duchownych z Polski, którzy od lat stanowili znaczącą część kadry duszpasterskiej Kościoła katolickiego w kraju.

Znadniemna.pl na podstawie Chrześcijańska Wizja, na zdjęciu: o. Lech Bachanek, fot.: Catholic.by

Władze Białorusi odmówiły przedłużenia zezwoleń na dalszą posługę pięciu polskim księżom i jednemu zakonnikowi pracującym w archidiecezji mińsko‑mohylewskiej. Informacje te przekazała międzywyznaniowa inicjatywa „Chrześcijańska Wizja”, monitorująca sytuację Kościołów i wspólnot religijnych w kraju. Według organizacji, decyzje dotyczą duchownych, którzy od wielu lat – w niektórych przypadkach

Andrzej Poczobut, dziennikarz i działacz polskiej mniejszości narodowej na Białorusi, odebrał w Senacie RP akt powołania do Polonijnej Rady Konsultacyjnej przy Marszałku Senatu RP. Dokument wręczyła mu marszałek Małgorzata Kidawa‑Błońska, przypominając, że nominacja została podpisana jeszcze we wrześniu 2024 r., gdy Poczobut przebywał w białoruskim więzieniu. Senatorowie powitali go owacją na stojąco.

Marszałek Senatu podkreśliła, że obecność Poczobuta w gremium doradczym jest wyrazem solidarności państwa polskiego z represjonowanymi Polakami na Białorusi. „To dla nas zaszczyt, że może Pan dziś osobiście odebrać akt powołania. Pańska odwaga, konsekwencja i wierność wartościom są świadectwem, które inspiruje nas wszystkich” – mówiła Kidawa‑Błońska.

Poczobut, dziękując za wyróżnienie, odniósł się do pytań, które często słyszy po uwolnieniu. Zwrócił uwagę, że wiele osób patrzy na jego historię przez pryzmat osobistego cierpienia, podczas gdy on sam widzi ją inaczej. „Dla mnie ta sprawa jest częścią losu Związku Polaków na Białorusi – organizacji, którą mam zaszczyt reprezentować. Związek ma 38 lat, z czego 21 działa w warunkach nielegalności. Represje wobec Polaków trwają, a apogeum była sprawa karna wobec kierownictwa ZPB, także wobec mnie. Nigdy jednak nie wątpiłem, że Rodacy w Polsce, na Białorusi i na świecie będą o mnie pamiętać. I za to jestem wam bardzo wdzięczny” – podkreślił.

W swoim wystąpieniu mówił także o sile wspólnoty ponad podziałami. „Na co dzień różnimy się bardzo – politycznie, światopoglądowo, w ocenach. Ale są sprawy, które potrafią nas zjednoczyć. Jak w tej słynnej piosence: od Chicago do Tobolska jesteśmy jednym narodem, ponad granicami i ponad sporami. I o tym warto pamiętać w naszej kłótliwej codzienności” – zaznaczył.

Przypomniał, że wszystkie polskie rządy od 2005 r., czyli od momentu delegalizacji ZPB, udzielały organizacji wsparcia. „Historia Związku w warunkach nielegalności to nasz wspólny sukces – Polaków na Białorusi, którzy odbudowali i rozbudowali struktury, zwiększyli liczbę punktów nauczania języka polskiego i dzieci uczących się polskiego, oraz tych, którzy nas wspierali. Zawsze zależało nam na tym, by nikt nigdy nie musiał się wstydzić za wspieranie ZPB” – mówił.

Szeroko odniósł się także do dramatycznej sytuacji edukacji polskiej na Białorusi. Przypomniał, że w czasach sowieckich BSSR była jedyną republiką ZSRR, w której całkowicie zniszczono szkolnictwo polskie. „Od 1948 do 1988 roku liczba osób mogących legalnie uczyć się polskiego była równa zeru. Nauczanie podziemne traktowano jak działalność wywrotową, groziły za to łagry. Skutki tego ciosu odczuwamy do dziś” – mówił. Podkreślił, że obecnie nauka języka polskiego możliwa jest wyłącznie w punktach prowadzonych przez ZPB. „Mniejszość polska na Białorusi liczy około 300 tysięcy osób, a tylko trzy tysiące dzieci uczy się polskiego. Dlatego tak ważne jest, by działalność edukacyjna była nadal wspierana przez Polskę. To kwestia przetrwania naszej wspólnoty” – zaznaczył.

Wyraził nadzieję, że mimo trudnych warunków Polacy na Białorusi zdołają utrzymać nauczanie języka ojczystego. „Tak jak w 2005 roku mówiono, że nie mamy szans, a jednak przetrwaliśmy – tak i teraz wierzę, że dzięki naszej determinacji i waszemu wsparciu język polski na Białorusi przetrwa” – dodał.

Kilkanaście dni przed uroczystością w Senacie Andrzej Poczobut został również powołany w skład Rady do Spraw Polonii i Polaków za Granicą przy Prezydencie RP, ustanowionej 2 maja 2026 r. przez prezydenta Karola Nawrockiego. W obu gremiach znalazł się jako przedstawiciel polskiej mniejszości narodowej na Białorusi.

W Polonijnej Rady Konsultacyjnej przy Senacie oraz w prezydenckiej Radzie ds. Polonii i Polaków za Granicą Andrzej Poczobut będzie reprezentował Polaków na Białorusi – środowisko, w którym chce kontynuować działalność i do którego zamierza wrócić  jeszcze przed jesiennym Zjazdem Związku Polaków na Białorusi w 2026 roku.

Znadniemna.pl na podstawie Senat.gov.pl, fot.: Hubert Pielas, Kancelaria Senatu

Andrzej Poczobut, dziennikarz i działacz polskiej mniejszości narodowej na Białorusi, odebrał w Senacie RP akt powołania do Polonijnej Rady Konsultacyjnej przy Marszałku Senatu RP. Dokument wręczyła mu marszałek Małgorzata Kidawa‑Błońska, przypominając, że nominacja została podpisana jeszcze we wrześniu 2024 r., gdy Poczobut przebywał w białoruskim

Przejdź do treści