HomeStandard Blog Whole Post (Page 2)

Jerzy Giedroyc, wybitny redaktor, publicysta, wydawca i myśliciel polityczny, został patronem 2026 roku. Dzisiaj w Senacie RP otwarto wystawę „Jerzy Giedroyc. Gra o Polskę”, przygotowaną przez Bibliotekę Narodową w ramach obchodów Roku Jerzego Giedroycia.

Wystawę otworzyła marszałek Senatu Małgorzata Kidawa-Błońska. Podkreśliła, że Giedroyc był człowiekiem wyjątkowym, który mimo działania przez większość życia poza granicami Polski współtworzył intelektualne fundamenty wolnej i niepodległej Rzeczypospolitej.

– „Gra” nie była grą o osobisty sukces ani o osobiste wpływy, a o przyszłość Polski jako państwa suwerennego, niepodległego, świadomego swoich korzeni – powiedziała marszałek Senatu.

Przemawia wicemarszałek Senatu RP Rafał Grupiński

Inicjator wystawy, wicemarszałek Senatu Rafał Grupiński, zwrócił uwagę na podwójny wymiar działalności Giedroycia. Z jednej strony był on twórcą i redaktorem paryskiej „Kultury”, skupiającej wybitnych polskich pisarzy i intelektualistów, z drugiej – współtwórcą ważnej polskiej myśli politycznej.

Założony przez Giedroycia Instytut Literacki i wydawana w Paryżu „Kultura” przez dziesięciolecia stanowiły ważny ośrodek niezależnej polskiej myśli na emigracji. Szczególne miejsce w dorobku środowiska „Kultury” zajmowała refleksja nad przyszłością Polski i jej relacjami z narodami Europy Środkowo-Wschodniej, w tym z Ukrainą, Litwą i Białorusią.

Wystawa „Jerzy Giedroyc. Gra o Polskę” przybliża patrona roku 2026 jako intelektualistę, redaktora i wydawcę, którego działalność wywarła trwały wpływ na polską kulturę i myśl polityczną. Jest również przypomnieniem, że niezależna kultura i odważna myśl mogą mieć znaczenie dla przyszłości państwa, nawet jeśli tworzone są poza jego granicami.

Znadniemna.pl/senat.gov.pl

Jerzy Giedroyc, wybitny redaktor, publicysta, wydawca i myśliciel polityczny, został patronem 2026 roku. Dzisiaj w Senacie RP otwarto wystawę „Jerzy Giedroyc. Gra o Polskę”, przygotowaną przez Bibliotekę Narodową w ramach obchodów Roku Jerzego Giedroycia. Wystawę otworzyła marszałek Senatu Małgorzata Kidawa-Błońska. Podkreśliła, że Giedroyc był człowiekiem wyjątkowym,

Mija dokładnie 233 lata od jednego z najczarniejszych dni w historii polskiego parlamentaryzmu, gdy 22 lipca 1793 roku sterroryzowany przez carskie wojska sejm grodzieński podpisał traktat cesyjny z Rosją, sankcjonujący II rozbiór Rzeczypospolitej. Pod dyktando rosyjskiego dyplomaty Jakoba Sieversa, posła nadzwyczajnego carycy Katarzyny II w Rzeczypospolitej, posłowie oddali bezbronne państwo w ręce imperium, pieczętując utratę ziem wschodnich i otwierając bezpośrednią drogę do ostatecznego upadku kraju zaledwie dwa lata później.

Ostatni sejm Rzeczypospolitej Obojga Narodów obradował w Grodnie od 17 czerwca do 23 listopada 1793 roku, stając się fasadowym teatrem imperialnej dominacji. Cały proces rozbiorowy przyspieszył w styczniu tamtego roku, gdy Prusy i Rosja zawarły tajne porozumienie dotyczące podziału polskich terytoriów. Niedługo później, dwudziestego piątego marca, król pruski Fryderyk Wilhelm II oficjalnie ogłosił drugi rozbiór Polski. Pełnomocnicy zaborców, pruski Ludwig Heinrich Buchholtz oraz rosyjski Jakob Sievers, zaczęli bezwzględnie domagać się zwołania sejmu ratyfikacyjnego i wymusili to na królu Stanisławie Auguście Poniatowskim. Pierwotny plan zakładał zmuszenie Polaków do podpisania aktu w wyjątkowo cynicznym terminie, czyli trzeciego maja 1793 roku, dokładnie w drugą rocznicę uchwalenia postępowej Konstytucji 3 Maja. Choć ten symboliczny termin przesunięto, zaborcy nie zamierzali rezygnować z pełnego narzucenia swojej woli, wykorzystując do tego potężną armię stacjonującą w grodzie nad Niemnem.

W sali obrad pierwsze skrzypce grali przedstawiciele konfederacji targowickiej, czyli zdrajcy działający pod bezpośrednim patronatem carycy Katarzyny II. Ich głównym celem było unieważnienie wszelkich reform Sejmu Czteroletniego, ze szczególnym uwzględnieniem pierwszej w Europie nowoczesnej konstytucji. Targowiczanie bezwzględnie eliminowali z obrad patriotycznych posłów, żądając wykluczenia każdego, kto popierał wcześniejsze reformy lub nie przystąpił do ich haniebnego spisku. Oporni posłowie byli siłą usuwani z sali obrad, wywożeni do domów i tam pilnowani przez kordony rosyjskich żołnierzy. Równolegle z brutalnym terrorem zaborcy stosowali bezwstydną korupcję, skutecznie przekupując najuboższych przedstawicieli szlachty, którzy w zamian za pieniądze głosowali dokładnie według instrukcji z Petersburga. Ambasador Jakob Sievers z dumą pisał w raportach do carycy, że sejm jest pełnym sukcesem Rosji, a wszystkie plany imperialne zostały zrealizowane. Tragizm sytuacji potęgował fakt, że upokarzające głosowania były regularnie przerywane hucznymi ucztami, podczas których bezwstydnie pito zdrowie imperatorowej. Grodno przez osiem dni świętowało imieniny rosyjskiego posła pod transparentem wychwalającym go za rzekome przyniesienie wolności narodowi polskiemu.

Kluczowy moment dramatu nastąpił w lipcu, gdy Rosja zażądała natychmiastowego podpisania traktatu cesyjnego przekazującego jej rozległe województwa wschodnie. Dwunastego lipca król Stanisław August Poniatowski wyznaczył trzydziestojednoosobową delegację, która miała formalnie negocjować z Rosjanami warunki cesji terytorialnej. W rzeczywistości do żadnych partnerskich negocjacji nie doszło, ponieważ Sievers zagroził bezwzględnym zajęciem prywatnych majątków ziemskich każdego posła, który odważyłby się sprzeciwić woli imperium. Pomimo tak potężnej presji i wszechobecnego strachu, w Grodnie nie zabrakło gorliwych patriotów otwarcie krytykujących rozbiór. Posłowie tacy jak Wincenty Gałęzowski, Antoni Karski, Dionizy Mikorski czy Józef Kimbar z determinacją i ostro atakowali plany zaborców oraz piętnowali tych posłów, którzy bezwolnie zgadzali się na haniebny dyktat. Ich bohaterski opór okazał się jednak niewystarczający wobec przewagi militarnej wroga i ostatecznie dwudziestego drugiego lipca tysiąc siedemset dziewięćdziesiątego trzeciego roku podpisano niszczycielski traktat cesyjny.

Po załatwieniu interesów Petersburga, swoje roszczenia terytorialne natychmiast wysunęły Prusy, domagając się od sterroryzowanego sejmu podpisania analogicznego traktatu rozbiorowego. W tym momencie na sali obrad rozpętała się ogromna awantura, ponieważ polscy posłowie zacisnęli opór i protestowali znacznie żywiej niż w przypadku żądań rosyjskich. Reagując na ten bunt, Jakob Sievers ponownie użył argumentu siły, sprowadzając regularne wojsko bezpośrednio pod mury Nowego Zamku w Grodnie. Miejsce obrad zostało szczelnie otoczone przez carskie oddziały, a pełnomocnik Katarzyny II wydał jasny rozkaz, że żaden z posłów nie opuści budynku, dopóki porozumienie z Prusami nie zostanie ostatecznie zatwierdzone. Ostatecznie siedemnastego sierpnia traktat rozbiorowy z Prusami został przymusowo ratyfikowany, otwierając drogę do powołania piętnastego września konfederacji grodzieńskiej mającej przeprowadzić techniczne aspekty podziału kraju. Posłowie, którzy wcześniej najgłośniej protestowali i byli więzieni we własnych domach, zostali siłą doprowadzeni na salę posiedzeń przez rosyjskich żołnierzy, by dokończyć ten upokarzający proces w atmosferze całkowitego zastraszenia. Cały sejm grodzieński zakończył się dwudziestego trzeciego listopada tysiąc siedemset dziewięćdziesiątego trzeciego roku, pieczętując drugi rozbiór i pozostawiając okrojone państwo jako niesamodzielny protektorat, który zniknął ostatecznie z mapy Europy zaledwie dwa lata później.

Opr. Walery Kowalewski/Znadniemna.pl, ilustracja: Nowy Zamek w Grodnie, miejsce obrad sejmu w 1793. Źródło: Wikimedia Commons

 

Mija dokładnie 233 lata od jednego z najczarniejszych dni w historii polskiego parlamentaryzmu, gdy 22 lipca 1793 roku sterroryzowany przez carskie wojska sejm grodzieński podpisał traktat cesyjny z Rosją, sankcjonujący II rozbiór Rzeczypospolitej. Pod dyktando rosyjskiego dyplomaty Jakoba Sieversa, posła nadzwyczajnego carycy Katarzyny II w

Polacy mieszkający w mińskim okręgu konsularnym mogą już bezpośrednio ubiegać się o wyznaczenie terminu złożenia wniosku wizowego na podstawie Karty Polaka. Wydział Konsularny przy Ambasadzie RP w Mińsku kategorycznie ucina praktyki pośredników – zgłoszenia trzeba wysyłać osobiście, wyłącznie w języku polskim i poświadczając minimum półroczny pobyt na terenie podległym placówce w Mińsku.

Kto może skorzystać z procedury?

  • Grupą docelową są wyłącznie posiadacze Karty Polaka.
  • Wymagana rejonizacja obejmuje obwody: miński, homelski, mohylewski oraz witebski.
  • Kryterium osiedlenia nakłada obowiązek zamieszkiwania w tym okręgu przez co najmniej 6 ostatnich miesięcy.

Zasady wysyłania wiadomości e-mail

  • Język korespondencji: Wyłącznie język polski.
  • Samodzielne zgłoszenie: Maile od agencji i pośredników będą odrzucane.
  • Zasada jednej wiadomości: Wielokrotne wysyłanie zgłoszeń zablokuje procedurę.
  • Właściwy adres: Wiadomość należy kierować wyłącznie na dedykowaną skrzynkę (zgłoszenia na inne adresy ambasady nie będą rozpatrywane).

Co musi zawierać e-mail zgłoszeniowy?

  • Dane identyfikacyjne: Imię i nazwisko zapisane alfabetem łacińskim (dokładnie jak w paszporcie).
  • Potwierdzenie adresu: Dokładny adres zamieszkania/zameldowania wnioskodawcy na Białorusi.
  • Dane kontaktowe: Aktualny numer telefonu komórkowego.
  • Cel wizyty: Jasno określony powód złożenia wniosku.
  • Komplet dokumentów: Skany paszportu, Karty Polaka oraz innych wymaganych załączników.

Przed wysłaniem wiadomości warto odwiedzić oficjalną stronę rządową Polska na Białorusi, aby pobrać właściwy adres e-mail i sprawdzić aktualne limity przyjęć. Terminy spotkań konsulat przydziela sukcesywnie, w zależności od mocy przerobowych placówki.

Znadniemna.pl na podstawie Polska na Białorusi, zdjęcie ilustracyjne, źródło: mostmedia.io

Polacy mieszkający w mińskim okręgu konsularnym mogą już bezpośrednio ubiegać się o wyznaczenie terminu złożenia wniosku wizowego na podstawie Karty Polaka. Wydział Konsularny przy Ambasadzie RP w Mińsku kategorycznie ucina praktyki pośredników – zgłoszenia trzeba wysyłać osobiście, wyłącznie w języku polskim i poświadczając minimum półroczny

Utalentowani twórcy z Białorusi znaleźli się w elitarnym gronie 48 laureatów XXV edycji prestiżowego programu stypendialnego Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego RP „Gaude Polonia”. Podczas uroczystej gali w Pałacu Rzeczypospolitej w Warszawie niezależni artyści z państw Europy Środkowo-Wschodniej i krajów Partnerstwa Wschodniego odebrali dyplomy podsumowujące pół roku intensywnej pracy twórczej w czołowych polskich instytucjach kultury. Silna białoruska reprezentacja po raz kolejny udowodniła, że wolna kultura i sztuka rozwijają się dynamicznie ponad granicami państwowymi.

Współczesna kultura białoruska, zmuszona do funkcjonowania w trudnych realiach geopolitycznych, znalazła w Polsce bezpieczną i niezwykle inspirującą przystań. Narodowe Centrum Kultury od lat traktuje zgłoszenia z Białorusi w sposób priorytetowy, zapewniając młodym twórcom przestrzeń do nieskrępowanej ekspresji artystycznej. W tegorocznej, jubileuszowej odsłonie nasi rodacy stanowili jeden z najważniejszych filarów całego projektu, co najlepiej odzwierciedla ogromny potencjał, dojrzałość oraz determinację nowego pokolenia białoruskiej inteligencji artystycznej.

Przez pełne sześć miesięcy stypendyści realizowali autorskie, nierzadko głęboko tożsamościowe projekty pod okiem wybitnych polskich mentorów i tutorów. Białorusini silnie zaznaczyli swoją obecność w kluczowych dyscyplinach artystycznych, które w skali całego programu zdominowane były przez muzykę oraz sztuki wizualne. Ważne społecznie koncepcje i dzieła rozwijali także w obszarze teatru, filmu, literatury, przekładu oraz szeroko pojętej ochrony wspólnego dziedzictwa kulturowego Europy Środkowo-Wschodniej.

Program „Gaude Polonia” , świętujący właśnie swoje ćwierćwiecze, dał białoruskim artystom nie tylko prestiż, ale też realną niezależność warsztatową dzięki stabilnemu, comiesięcznemu wsparciu finansowemu oraz budżetowi na materiały. Powstałe w tym okresie dzieła sztuki, teksty literackie i koncepcje sceniczne stanowią bezcenny wkład w rozwój kultury europejskiej. Zawiązane w Polsce kontakty zawodowe będą fundamentem dla dalszego funkcjonowania wolnego białoruskiego środowiska artystycznego na arenie międzynarodowej.

 Znadniemna.pl na podstawie Narodowe Centrum Kultury, na zdjęciu: Laureaci XXV edycji Programu „Gaude Polonia”, fot.: Facebook.com/NarodoweCentrumKultury

Utalentowani twórcy z Białorusi znaleźli się w elitarnym gronie 48 laureatów XXV edycji prestiżowego programu stypendialnego Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego RP „Gaude Polonia”. Podczas uroczystej gali w Pałacu Rzeczypospolitej w Warszawie niezależni artyści z państw Europy Środkowo-Wschodniej i krajów Partnerstwa Wschodniego odebrali dyplomy podsumowujące

We wsi Konotopie w województwie kujawsko-pomorskim dobiega końca budowa monumentalnego pomnika Matki Bożej Bolesnej, który osiągnie wysokość 55,6 metra. Nowy obiekt sakralny przewyższy dotychczasowe rekordowe figury, w tym Chrystusa Króla w Świebodzinie oraz Chrystusa Odkupiciela w Rio de Janeiro. Inicjatywa jest realizowana w pobliżu lokalnego sanktuarium i ma zostać uroczyście poświęcona 15 sierpnia 2026 roku, w uroczystość Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny.

Imponujący monument składa się z samej figury maryjnej o wysokości 40 metrów oraz potężnego, 15-metrowego cokołu uformowanego na kształt korony. Projekt cokołu zakłada funkcję użytkową – w jego wnętrzu powstanie taras widokowy, z którego pielgrzymi i turyści będą mogli podziwiać panoramę całej okolicy. Do realizacji tej gigantycznej konstrukcji, trwającej od 2025 roku, zaplanowano zużycie tysięcy ton betonu i zaawansowanych paneli osłonowych.

Całość inwestycji finansowana jest prywatnie przez Grażynę i Romana Karkosików, jednego z najzamożniejszych polskich przedsiębiorców. Fundatorzy traktują to monumentalne dzieło jako osobiste wotum wdzięczności za otrzymane łaski, unikając przy tym rozgłosu medialnego. Choć budowa budzi w kraju szerokie dyskusje, wielu mieszkańców liczy na znaczące ożywienie lokalnej gospodarki i rozwój turystyki religijnej.

Wybór lokalizacji we wsi Konotopie nie jest przypadkowy, ponieważ historia tamtejszego kultu maryjnego sięga aż XIX wieku. Tradycja głosi, że ewangelicki właściciel ziemski Schmakteter ufundował tam tę pierwszą kaplicę po cudownym uzdrowieniu swojej córki. Choć pierwotny obiekt został zniszczony przez Niemców w 1939 roku, kult odrodził się po wojnie, a Karkosikowie już wcześniej sfinansowali rozbudowę tutejszego sanktuarium.

Po zakończeniu demontażu rusztowań i sfinalizowaniu ostatnich prac wykończeniowych, nowa statua ma szansę stać się jednym z najważniejszych symboli regionu Kujaw i Pomorza. Twórcy i hierarchowie zakładają, że gigantyczny posąg przyciągnie tysiące wiernych z całego świata, stając się nowym, kluczowym punktem na mapie pielgrzymkowej Polski. Oficjalne otwarcie i inauguracja obiektu nastąpią zgodnie z planem w połowie nadchodzącego miesiąca.

Znadniemna.pl na podstawie RMF24 oraz Fakt, na zdjęciu: Pomnik Matki Bożej w Konotopiu, fot.: media społecznościowe

We wsi Konotopie w województwie kujawsko-pomorskim dobiega końca budowa monumentalnego pomnika Matki Bożej Bolesnej, który osiągnie wysokość 55,6 metra. Nowy obiekt sakralny przewyższy dotychczasowe rekordowe figury, w tym Chrystusa Króla w Świebodzinie oraz Chrystusa Odkupiciela w Rio de Janeiro. Inicjatywa jest realizowana w pobliżu lokalnego

Dokładnie 15 lat temu, 21 lipca 2011 roku, odszedł do Pana kardynał Kazimierz Świątek – pierwszy purpurat w historii powojennej Białorusi, wieloletni metropolita mińsko-mohylewskiego i świadek wiary w czasach sowieckiego terroru. Dziś, w rocznicę jego śmierci, Kościół Katolicki na Białorusi jednoczy się w modlitwie dziękczynnej za życie i dzieło tego niezwykłego kapłana. Główne uroczystości rocznicowe, z udziałem hierarchów, duchowieństwa oraz wiernych, zaplanowano w katedrach w Mińsku i Pińsku, gdzie przez dziesięciolecia biło serce jego posługi.

Droga przez dwa wyroki śmierci i syberyjską tajgę

Kazimierz Świątek urodził się 21 października 1914 roku w estońskiej Valdze w polskiej rodzinie, która już w 1917 roku doświadczyła dramatu carskiego zesłania na Syberię. Po odzyskaniu niepodległości przez Polskę rodzina osiedliła się na Kresach Wschodnich. Tam młody Kazimierz poczuł głos powołania i w 1933 roku wstąpił do Seminarium Duchownego w Pińsku, kończąc je święceniami tuż przed wybuchem II wojny światowej – 8 kwietnia 1939 roku.

Po wkroczeniu wojsk sowieckich młody wikariusz z Prużan szybko stał się celem dla NKWD, które zaaresztowało go w kwietniu 1941 roku. Przetrzymywany w ciężkim więzieniu w Brześciu i poddawany brutalnym przesłuchaniom, usłyszał ostatecznie wyrok śmierci. Paradoksalnie, przed egzekucją uratował go wybuch wojny niemiecko-sowieckiej w czerwcu 1941 roku i związany z nim chaos odwrotu Armii Czerwonej.

Kolejne lata nie przyniosły jednak spokoju, gdyż powracający do pracy duszpasterskiej kapłan naraził się okupantom niemieckim, którzy również skazali go na śmierć. Ponowne wkroczenie Sowietów w 1944 roku odsunęło to zagrożenie, lecz przyniosło kolejne aresztowanie i wyrok 10 lat ciężkich prac w łagrach Workuty i Syberii Wschodniej. Te ekstremalne doświadczenia, zamiast złamać duchownego, zahartowały go na całe przyszłe życie.

Strażnik pińskiej katedry i architekt odrodzenia Kościoła

Po odzyskaniu wolności w czerwcu 1954 roku, ks. Świątek natychmiast powrócił na Białoruś i w grudniu tego samego roku objął funkcję proboszcza zdewastowanej katedry w Pińsku. Przez ponad 36 lat, w realiach agresywnej ateizacji państwowej, trwał na posterunku, będąc dla tamtejszych katolików symbolem ciągłości Kościoła i duchowym oparciem. Wzorował się na swoim wielkim poprzedniku, bp. Zygmuncie Łozińskim, obok którego po latach miał spocząć.

Prawdziwy przełom przyniósł upadek komunizmu i proces demokratyzacji pod koniec lat 80. Minionego stulecia. Przyszły kardynał aktywnie angażował się nie tylko w życie religijne, ale i społeczne odradzającej się polskiej wspólnoty. Po powstaniu Związku Polaków na Białorusi w 1990 roku Kazimierz Świątek bardzo aktywnie włączył się w działalność tej organizacji, pełnił m.in. funkcję zastępcy prezesa i wszedł do zarządu głównego ZPB.

Niedługo później 13 kwietnia 1991 roku papież Jan Paweł II mianował go arcybiskupem metropolitą mińsko-mohylewskim. Liczący wówczas 76 lat hierarcha z pełną energią przystąpił do tytanicznej pracy nad odbudową zniszczonych struktur diecezjalnych i parafialnych. Wieńcem tej drogi był konsystorz z 26 listopada 1994 roku, kiedy Ojciec Święty podniósł go do godności kardynalskiej jako pierwszego w historii obywatela Białorusi.

Mińsk modli się za swojego pierwszego metropolitę

W diecezji mińsko-mohylewskiej pamięć o zmarłym kardynale pozostaje niezwykle żywa, czego dowodem są oficjalne obchody zorganizowane w stolicy kraju. Zgodnie z oficjalnym komunikatem kurii metropolitalnej, centralnym miejscem modlitwy stała się archikatedra Imienia Najświętszej Maryi Panny w Mińsku. To właśnie w tej historycznej świątyni zaplanowano dwie uroczyste liturgie, mające zgromadzić różne środowiska wiernych.

Pierwsza Msza święta, mająca charakter wybitnie wspólnotowy i liturgiczny, rozpocznie się o godzinie 15:00. Wezmą w niej udział członkowie Mińskiej Kapituły Katedralnej, kapłani posługujący w diecezji oraz licznie zgromadzone osoby zakonne. Będzie to moment refleksji nad kapłańskim i zakonnym dziedzictwem, które kardynał Świątek zaszczepił w sercach młodego pokolenia duchownych po latach komunistycznej pustyni.

Druga liturgia, zaplanowana na godzinę 18:30, ma z kolei wymiar otwarty, skierowany do szerokiej społeczności katolickiej i mieszkańców Mińska. Obecny metropolita mińsko-mohylewski, arcybiskup Józef Staniewski, wystosował serdeczne zaproszenie do wszystkich ludzi dobrej woli, aby wspólnie otoczyć modlitewnym wspomnieniem postać jego wielkiego poprzednika. Wieczorne nabożeństwo będzie okazją dla świeckich do wyrażenia wdzięczności za odzyskaną wolność religijną.

Dziedzictwo Polesia i uroczystości w Pińsku

Równie podniosły charakter mają obchody w diecezji pińskiej, z którą kardynał Świątek związany był od czasów swojej młodości seminaryjnej. Ordynariusz piński, biskup Antoni Dziemianko, wydał z tej okazji specjalny list pasterski do duchowieństwa i wiernych. Podkreślił w nim, że od grudnia 1954 roku aż do ostatnich chwil ziemskiej drogi, posługa ks. Kazimierza była nierozerwalnie spleciona z Ziemią Brzeską i tamtejszym Kościołem.

Biskup Dziemianko wskazał, że w kontekście trwających obchodów 35-lecia odrodzenia hierarchii kościelnej na Białorusi, rola kardynała była absolutnie kluczowa i fundamentalna. Nie da się rzetelnie opowiedzieć historii tamtejszego katolicyzmu bez przywołania postaci hierarchy, który stał bezpośrednio u korzeni tych przełomowych wydarzeń. Pińska bazylika katedralna Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny ugościła główną Mszę świętą rocznicową już o godzinie 9:00 rano.

W swoim słowie ordynariusz piński zachęcił także podległych mu duszpasterzy, aby zorganizowali modlitwy intencyjne we wszystkich lokalnych parafiach. Rekomendował ponadto, by kapłani w miarę możliwości organizowali grupy wiernych i wspólnie nawiedzali kryptę w podziemiach pińskiej katedry, gdzie spoczywa ciało zmarłego kardynała. Czas szczególnej pamięci modlitewnej w diecezji potrwa aż do 25 lipca, czyli do rocznicy uroczystego pogrzebu, który odbył się w 2011 roku.

Opr. Adolf Gorzkowski/Znadniemna.pl, fot.: Kresowiacy.com

Dokładnie 15 lat temu, 21 lipca 2011 roku, odszedł do Pana kardynał Kazimierz Świątek – pierwszy purpurat w historii powojennej Białorusi, wieloletni metropolita mińsko-mohylewskiego i świadek wiary w czasach sowieckiego terroru. Dziś, w rocznicę jego śmierci, Kościół Katolicki na Białorusi jednoczy się w modlitwie dziękczynnej

W języku białoruskim ukazała się nieoficjalna jeszcze biografia arcybiskupa seniora Tadeusza Kondrusiewicza, zatytułowana „Maryjo, rób z nim, co zechcesz… Życie i posługa arcybiskupa Tadeusza Kondrusiewicza od narodzin do pierwszych lat biskupstwa”.

Choć w sieci brakuje oficjalnych komunikatów na temat dystrybucji książki, zasłużony hierarcha osobiście podpisywał jej egzemplarze dla wiernych podczas ostatnich uroczystości odpustowych w Trokielach i Gudogajach. Publikacja, będąca najprawdopodobniej przekładem polskiej książki siostry Marceliny Migacz wydanej w 2024 roku przez wydawnictwo Pro Christo, ukazała się w kontekście niedawnych, 80. urodzin duchownego oraz jego osobistej walki z chorobą nowotworową.

Sformułowanie wykorzystane w tytule książki bezpośrednio nawiązuje do dramatycznego wydarzenia z dzieciństwa arcybiskupa. Jako niemowlę Tadeusz Kondrusiewicz ciężko zachorował, a bezradni lekarze nie dawali mu szans na przeżycie. Wówczas jego matka zaniosła go do kościoła Matki Bożej Anielskiej w Grodnie, położyła na ołtarzu i wypowiedziała słowa zawierzenia, po których dziecko niespodziewanie wyzdrowiało.

Hierarcha wielokrotnie podkreślał, że to właśnie opiece Matki Bożej zawdzięcza nie tylko ocalenie życia, ale również swoje powołanie kapłańskie. Kluczową decyzję o wstąpieniu do seminarium duchownego podjął przed obrazem Matki Bożej w Ostrej Bramie w Wilnie. Co symboliczne, po święceniach kapłańskich przez pewien czas pełnił funkcję proboszcza właśnie w grodzieńskiej parafii Matki Bożej Anielskiej, gdzie jako dziecko został uzdrowiony.

Na ten moment książka nie jest dostępna w tradycyjnej ani internetowej sprzedaży, a jedyną okazją do jej zdobycia było spotkanie z samym arcybiskupem podczas katolickich festynów na Białorusi. Premiera językowa zbiega się w czasie z trudnym momentem w życiu hierarchy, który od ponad roku jest poddawany chemioterapii i zmaga się z chorobą nowotworową.

Znadniemna.pl na podstawie Katolik.life, fot.: faceboook.com

W języku białoruskim ukazała się nieoficjalna jeszcze biografia arcybiskupa seniora Tadeusza Kondrusiewicza, zatytułowana „Maryjo, rób z nim, co zechcesz

Dokładnie 20 lipca 1926 roku w Moskwie zmarł Feliks Dzierżyński – twórca radzieckiego aparatu terroru, którego nazwisko stało się synonimem bezwzględnego okrucieństwa. Choć historia zapamiętała go jako „Żelaznego Feliksa” stojącego na czele zbrodniczych struktur Czeka, GPU i OGPU, jego własne korzenie, psychologiczne motywacje oraz losy jego rodzeństwa stanowią jeden z najbardziej uderzających paradoksów w dziejach Europy. Podczas gdy on budował totalitarną machinę śmierci, napędzaną osobistą żądzą zemsty, jego najbliżsi oddawali życie za wolną Polskę, walcząc w szeregach Armii Krajowej lub stając się ofiarami dwudziestowiecznych totalitaryzmów.

Krwawy pakt z wodzem rewolucji

Jedno z najbardziej wstrząsających i wiarygodnych świadectw dotyczących psychologicznych motywacji Dzierżyńskiego pozostawił Antoni Ferdynand Ossendowski – naoczny świadek i uczestnik rewolucyjnych wydarzeń w Rosji. W swojej głośnej powieści biograficzno-historycznej pt. „Lenin” autor opisał moment zapoznania się polskiego rewolucjonisty z wodzem przewrotu październikowego. Ścieżki obu mężczyzn skrzyżowały się dzięki rekomendacji Lwa Trockiego, który przedstawił Dzierżyńskiego jako sprawdzonego, doświadczonego i bezwzględnie lojalnego towarzysza partii bolszewickiej, gotowego do realizacji najtrudniejszych zadań.

Słysząc polsko brzmiące nazwisko, Włodzimierz Lenin szczerze się ucieszył i otwarcie przyznał, że niezwykle ceni Polaków za ich historyczną skłonność do wzniecania rewolucji oraz buntów przeciwko uciskowi. Dzierżyński natychmiast potwierdził swoje pochodzenie, jednak zrobił to w sposób, który obnażył jego mroczne wnętrze. Podkreślił z mocą, że nie jest zwykłym Polakiem, lecz człowiekiem całkowicie przepełnionym nienawiścią oraz niszczycielską żądzą zemsty. Zapytany przez zaskoczonego wodza, przeciwko komu kieruje tak potężne i skrajne emocje, „Żelazny Feliks” bez cienia wahania odpowiedział, że jego wrogiem jest Rosja – a dokładnie carat, który przez pokolenia upadlał jego naród i niszczył umiłowanie wolności.

Dostrzegając w swoim rozmówcy fanatyczną, graniczącą z obłędem żądzę zemsty, Lenin podjął decyzję, która przypieczętowała los milionów ludzi, mówiąc: „Oddamy w wasze ręce tropienie wrogów proletariatu i rewolucji”. Słysząc te słowa, polski szlachcic herbu Sulima wyprostował się dumnie i złożył mroczną, ostateczną obietnicę: „Utopię ich we krwi…”. Dzierżyński słowa dotrzymał, a powołany przez niego aparat terroru nie tylko zalał Rosję krwią, ale stał się także szkołą dla całej rzeszy równie bezwzględnych potworów i sadystycznych następców.

Religijny chłopak z polskiego dworku

Ta potworna, destrukcyjna nienawiść narodziła się w środowisku, które w niczym nie zapowiadało przyszłego kata i architekta czerwonego piekła. Feliks Dzierżyński przyszedł na świat 11 września 1877 roku w rodzinnym majątku ziemskim Oziembłowo, który w późniejszych latach przemianowano na Dzierżynowo, położonym w sercu Puszczy Nalibockiej na terenie dzisiejszej Białorusi. Wychowywał się w atmosferze głębokiego patriotyzmu, otoczony miłością ojca Edmunda, szanowanego nauczyciela matematyki i fizyki, oraz matki Heleny z Januszewskich, która zaszczepiła w dzieciach pasję do literatury, muzyki i tradycyjnych polskich wartości.

Zdjęcie przedstawiające młodego Feliksa Dzierżyńskiego z matką Heleną (z domu Januszewską) i braćmi przed domem w rodzinnym majątku Dzierżynowo, fot.: graptolite.net/Facta Biographica

Jako młody chłopak i uczeń gimnazjum w Wilnie, Feliks przejawiał silny opór wobec carskiego aparatu państwowego, co przełożyło się bezpośrednio na jego problemy w szkole. Demonstracyjnie nie potrafił i nie chciał opanować języka rosyjskiego, przez co został zmuszony do powtarzania pierwszej klasy. W tym samym okresie rówieśnicy i bliscy zapamiętali go jako chłopca niezwykle, wręcz chorobliwie religijnego, który całe godziny spędzał na żarliwej modlitwie w kościele i poważnie rozważał wstąpienie do seminarium duchownego, by zostać katolickim księdzem.

Dwór-muzeum w Dzierżynowie na Białorusi, fot.: vedaj.by

Tradycja rodzinna i historyczne przekazy wskazują, że młodzieńczą wiarę utracił bezpowrotnie pod wpływem głębokiej traumy, gdy jako nastolatek stał się świadkiem brutalnej rzezi dokonanej przez carskich kozaków na bezbronnych chłopach. To tragiczne wydarzenie zasiało w nim ziarno ślepego buntu, które zamiast w walkę o niepodległość ojczyzny, przepoczwarzyło się w radykalny, komunistyczny fanatyzm. Dodatkowym cieniem na jego wczesnej młodości położyła się śmierć siostry Wandy w 1892 roku, która zginęła od przypadkowego strzału z broni myśliwskiej podczas domowej zabawy – a tragiczne podejrzenie o nieumyślne pociągnięcie za spust padło właśnie na Feliksa.

Rodzeństwo w służbie Rzeczypospolitej

Podczas gdy Feliks realizował swoją krwawą i bezwzględną misję w Moskwie, ścieżki życiowe jego licznego rodzeństwa potoczyły się w diametralnie innym, pełnym heroizmu kierunku. Pierwszą ofiarą rewolucyjnego chaosu stał się brat Stanisław, który pod koniec 1917 roku został brutalnie zamordowany w rodzinnym majątku przez zbolszewizowanych żołnierzy, niosących hasła, którym patronował jego własny brat. Pozostali członkowie rodziny Dzierżyńskich związali swoje losy z walką o niepodległą i wolną Polskę, stając się wzorami patriotyzmu i poświęcenia.

Brat Kazimierz Dzierżyński, szanowany ziemianin, zaangażował się aktywnie w działalność konspiracyjną jako żołnierz Armii Krajowej, przekształcając rodowy dworek w Dzierżynowie w bezpieczną bazę dla polskich partyzantów. Razem z żoną Łucją z narażeniem życia ratował lokalną ludność przed niemieckimi wywózkami oraz masowymi egzekucjami. Ich patriotyczna misja zakończyła się tragicznie w 1943 roku, kiedy to oboje zostali rozstrzelani przez niemieckich okupantów podczas brutalnej pacyfikacji i blokady operacyjnej Puszczy Nalibockiej.

Równie dramatyczny los spotkał kolejnego brata, Władysława Dzierżyńskiego, który był wybitnym profesorem neurologii i psychiatrii, autorem blisko stu prac naukowych, a przed wybuchem wojny dumnym pułkownikiem Wojska Polskiego. Władysław został aresztowany przez hitlerowców i zamordowany 20 marca 1942 roku w Zgierzu, podczas największej publicznej egzekucji na ziemiach polskich wcielonych do III Rzeszy. Niezwykłą kartę zapisała też najstarsza siostra Aldona, której syn Jerzy Bułhak walczył z bolszewikami w wojnie 1920 roku i dostąpił zaszczytu bycia osobistym adiutantem Marszałka Józefa Piłsudskiego.

Siostra kata kontra system brata

Po zakończeniu II wojny światowej Aldona Bułhak-Kojałłowicz zamieszkała w Łodzi, znajdując się pod stałą i dyskretną obserwacją komunistycznego aparatu bezpieczeństwa – tej samej instytucji, której fundamenty dekady wcześniej wznosił jej rodzony brat. Mimo ogromnego ryzyka i zaawansowanego wieku, kobieta podjęła osobistą misję niesienia pomocy prześladowanym Polakom, w tym byłym żołnierzom Armii Krajowej. Doskonale rozumiała magię i strach, jaki w sercach komunistycznych dygnitarzy budziło nazwisko Dzierżyńska, i postanowiła bezwzględnie wykorzystać ten fakt przeciwko totalitarnemu systemowi.

Aldona zaczęła pisać osobiste, odważne listy do najważniejszych osób w państwie, w tym bezpośrednio do Bolesława Bieruta oraz marszałka Konstantego Rokossowskiego, domagając się sprawiedliwości i łaski dla skazanych. To właśnie jej bezpośrednia, uparta interwencja u Bieruta doprowadziła do ułaskawienia legendarnego mecenasa i oficera AK, Władysława Siły-Nowickiego, uchronionego w ten sposób przed wykonaniem zasądzonego wyroku śmierci. Z determinacją, choć niestety bezskutecznie, Aldona próbowała poruszyć komunistyczne władze, by uratować życie generała Emila Fieldorfa „Nila”.

Świadoma ogromu potwornych zbrodni, jakich dopuścił się Feliks, Aldona do końca swoich dni nosiła w sercu niezatarty ból, nieustannie czyniąc bratu wyrzuty w zachowanej korespondencji. W latach 50. i 60. stała się stałą, cichą postacią w warszawskim kościele Sióstr Wizytek, gdzie regularnie zamawiała msze święte za duszę „Żelaznego Feliksa”. Sto lat po śmierci dyktatora, historia jego rodu pozostaje memento o tym, jak skrajnie różne owoce może wydać jedno domowe gniazdo – gdy jeden syn z nienawiści stał się katem, reszta rodziny oddała życie za wolność bliźnich.

 Opr. Adolf Gorzkowski/Znadniemna.pl, na zdjęciu: Feliks Dzierżyński, źródło: domena publiczna

 

Dokładnie 20 lipca 1926 roku w Moskwie zmarł Feliks Dzierżyński – twórca radzieckiego aparatu terroru, którego nazwisko stało się synonimem bezwzględnego okrucieństwa. Choć historia zapamiętała go jako „Żelaznego Feliksa” stojącego na czele zbrodniczych struktur Czeka, GPU i OGPU, jego własne korzenie, psychologiczne motywacje oraz losy

Sensacyjne odkrycie w Archiwum Głównym Akt Dawnych. Badania dr Emily Peppers z Uniwersytetu Warszawskiego wskazują, że polsko-litewski szlachcic Olbrycht Górecki jako pierwszy na świecie stworzył struny z metalowym oplotem.

Poznaj historię zapomnianego wynalazcy z otoczenia księcia Bogusława Radziwiłła

Olbrycht Górecki, bo o nim mowa, przez stulecia pozostawał jedynie enigmatyczną wzmianką w siedemnastowiecznych zapiskach londyńskiego uczonego Samuela Hartliba. Dziś wiemy już na pewno: ten polsko-litewski szlachcic, lennik i zaufany korespondent księcia Bogusława Radziwiłła, był pionierem, który jako pierwszy owinął jedwabny lub jelitowy rdzeń struny cienkim, srebrnym drutem. Zanim Antonio Stradivari zaczął eksperymentować z otwartym oplotem w dalekiej Cremonie, to właśnie nasz kresowy rodak w listach słanych z Oksfordu do swojego protektora radził, jak okiełznać materię i dźwięk.

Dla badaczy historii ziem dzisiejszej Białorusi i Litwy to odkrycie ma wymiar symboliczny. Bogusław Radziwiłł – Generalny Namiestnik Prus Książęcych, ale przede wszystkim pan na Słucku i Kopysiu – otaczał się ludźmi nieszablonowymi. To na jego dworach, gdzie mieszały się wpływy kalwińskiej Europy Zachodniej z tradycjami unickimi i prawosławnymi Polesia, tętniło życie intelektualne i artystyczne. Górecki, wysłany po naukę na uniwersytety w Wittenberdze i Oksfordzie, nie był jedynie biernym obserwatorem zachodnich nowinek. Był reprezentantem tej unikalnej, kresowej elity, która łączyła sarmacki temperament z technicznym pragmatyzmem.

Książę Bogusław Radziwiłł (1620–1669) – magnat, namiestnik Prus Książęcych i pan na Słucku, do którego Olbrycht Górecki kierował swoje listy opisujące rewolucyjny wynalazek strun z metalowym oplotem. Portret autorstwa nieznanego malarza z XVII wieku. Źródło: Muzeum Narodowe w Warszawie / Wikimedia Commons (Domena publiczna)

Można wręcz zaryzykować stwierdzenie, że to właśnie kresowa nostalgia i potrzeba wydobycia głębszego, bardziej melancholijnego tonu pchnęły Góreckiego do jego metalowego wynalazku. Tradycyjne struny basowe z baranich jelit, wymagające zużycia surowca z kilkudziesięciu zwierząt, były głuche, nietrwałe i wrażliwe na wilgoć – tak dobrze znaną mieszkańcom nadniemeńskich i nadprypeckich borów. Srebrny oplot Góreckiego dał instrumentom nową gęstość, elastyczność i przede wszystkim – donośność, która potrafiła przebić się przez gwar magnackich sal.

Większość osobistych pism Olbrychta Góreckiego spłonęła bezpowrotnie w Warszawie podczas Powstania Warszawskiego, wraz z bezcennymi zbiorami Biblioteki Załuskich. Pozostał nam jednak pośmiertny inwentarz z Oksfordu: kilka książek, instrumenty i tajemnicza skrzynka z narzędziami, w której kryły się zapewne pilniki i zwoje metalowego drutu. Choć jego korespondencja z Radziwiłłem została przerwana przez bezwzględny bieg historii, to właśnie w tych kilku zachowanych po polsku listach bije serce dawnego Wielkiego Księstwa – krainy, która dała światu nie tylko poetów i żołnierzy, ale, jak się okazuje, również architekta współczesnego brzmienia muzyki. Gdy następnym razem usłyszymy niskie, wibrujące akordy, pamiętajmy o Góreckim z otoczenia księcia Bogusława Radziwiłła, który srebrną nicią połączył Kresy z całym muzycznym światem.

Znadniemna.pl na podstawie Dzieje.pl, na zdjęciu: struny z metalowym oplotem na skrzypcach, źródło: Pixabay

Sensacyjne odkrycie w Archiwum Głównym Akt Dawnych. Badania dr Emily Peppers z Uniwersytetu Warszawskiego wskazują, że polsko-litewski szlachcic Olbrycht Górecki jako pierwszy na świecie stworzył struny z metalowym oplotem. Poznaj historię zapomnianego wynalazcy z otoczenia księcia Bogusława Radziwiłła Olbrycht Górecki, bo o nim mowa, przez stulecia pozostawał

Białoruskie szkolnictwo wyższe przechodzi głęboki kryzys rekrutacyjny, a progi punktowe na kluczowych kierunkach medycznych i pedagogicznych drastycznie spadły, otwierając drzwi uniwersytetów dla osób z najgorszymi wynikami. Katastrofalne skutki likwidacji płatnych studiów medycznych oraz perspektywa przymusowego nakazu pracy sprawiają, że najzdolniejsi młodzi Białorusini masowo wybierają edukację za granicą, w tym na bezpiecznych uczelniach w Polsce.

Zakończony właśnie proces rekrutacji na białoruskie uczelnie obnażył bezsilność tamtejszego systemu edukacji i wywołał falę dyskusji na temat przyszłości krajowych kadr. Najbardziej ucierpiały kierunki pedagogiczne, na których poza nielicznymi wyjątkami – takimi jak psychologia czy historia – dramatycznie brakuje chętnych. Aby studiować za darmo matematykę, fizykę czy edukację wczesnoszkolną na Białoruskim Państwowym Uniwersytecie Pedagogicznym (BDPU), wystarczy zdobyć zaledwie około 270 punktów na 400 możliwych. Na studia płatne, gdzie wymagania są jeszcze niższe, trafią osoby, które z państwowych testów uzyskały zaledwie po kilkanaście punktów.

Jeszcze gorzej sytuacja wygląda w regionach, gdzie kryzys rekrutacyjny zamienił się w prawdziwą katastrofę jakościową. Na Uniwersytecie w Mohylewie na kierunku „edukacja przedszkolna” próg punktowy spadł do zaledwie 180 punktów. Z kolei w Mozyrzu przyszli nauczyciele chemii i biologii zostaną przyjęci z wynikiem 180 punktów, a matematyki i informatyki – zaledwie 150 punktów. W praktyce oznacza to, że wychowaniem i edukacją najmłodszego pokolenia Białorusinów będą zajmować się osoby, których średnia ocen w szkole wynosiła niewiele ponad 5 w skali 10-punktowej.

Prawdziwym szokiem okazały się jednak wyniki rekrutacji w sektorze medycznym, uważanym dotychczas za najbardziej elitarny. Niedawna decyzja urzędników o całkowitej likwidacji płatnych miejsc w uniwersytetach medycznych miała w teorii zmusić młodzież do obsadzania wakatów w szpitalach, ale przyniosła odwrotny skutek i odstraszyła kandydatów. Jeszcze rok temu progi na bezpłatną medycynę rzadko spadały poniżej 350 punktów. Dzisiaj na prestiżowym kierunku lekarskim Państwowego Uniwersytetu Medycznego w Mińsku (BDMU) studentem można zostać mając poniżej 300 punktów, a pediatrą czy farmaceutą – z wynikiem 260 punktów.

Na prowincji system rekrutacji lekarzy całkowicie się załamał, pozostawiając puste miejsca na listach. Witebski Uniwersytet Medyczny na dobę przed zamknięciem rekrutacji odnotował zaledwie 3 kandydatów na 25 dostępnych miejsc na pediatrii. Zarówno w Grodnie, jak i w Witebsku lekarzami z gwarantowanym państwowym zatrudnieniem zostaną osoby, które zdobyły poniżej 200 punktów na 400 możliwych. System przestał pełnić funkcję jakiejkolwiek selekcji intelektualnej, stawiając pod znakiem zapytania przyszłe bezpieczeństwo zdrowotne obywateli.

Główną przyczyną tego tąpnięcia jest ucieczka młodzieży przed przymusowym skierowaniem do pierwszego miejsca pracy oraz silna konkurencja ze strony Polski. Przekształcenie wszystkich miejsc na medycynie w darmowe oznacza dla studentów obowiązek wieloletniej pracy w wyznaczonych przez państwo, często zacofanych placówkach za minimalne stawki. Najzdolniejsi białoruscy maturzyści masowo wybierają więc studia w Polsce, która oferuje im bezpieczne warunki, europejskie dyplomy i stabilną przyszłość. W rezultacie na Białorusi zostają niemal wyłącznie ci, którzy ze względu na bardzo słabe oceny nie mieli żadnych szans na emigrację edukacyjną.

Znadniemna.pl na podstawie Euroradio.fm, na zdjęciu: młode Białorusinki sprawdzają listy przyjętych na studia, fot.: 1prof.by

Białoruskie szkolnictwo wyższe przechodzi głęboki kryzys rekrutacyjny, a progi punktowe na kluczowych kierunkach medycznych i pedagogicznych drastycznie spadły, otwierając drzwi uniwersytetów dla osób z najgorszymi wynikami. Katastrofalne skutki likwidacji płatnych studiów medycznych oraz perspektywa przymusowego nakazu pracy sprawiają, że najzdolniejsi młodzi Białorusini masowo wybierają edukację

Przejdź do treści