HomeStandard Blog Whole Post

Ministerstwo Spraw Zagranicznych Litwy poinformowało, że w ramach złożonego fake newsa publikowano fake newsy, rzekomo powiązane z litewską dyplomacją. Dochodzenie w tej sprawie prowadzą już na Litwie odpowiednie służby. Hakerzy, którzy zaatakowali konto na Twitterze Tomasza Sakiewicza, stronę „Poland Daily” oraz portal Związku Polaków na Białorusi Znadniemna.pl, zablokowali także szefowi „GP” dostęp do tweetdecka – aplikacji do zarządzania Twitterem. Jak dowiedział się portal Niezalezna.pl – atak na powiązany z Telewizją Republiką serwis „Poland Daily” został dokonany z Rygi, stolicy Łotwy.

Rasa Jakilaitiene, rzeczniczka litewskiego ministra spraw zagranicznych, powiedziała, że fałszywa wiadomość została umieszczona na polskiej stronie internetowej.

Fałszywe wiadomości pojawiły się na Polanddaily.com. W zamieszczonym tam artykule znalazła się uwaga ministra Linkeviciusa, w której twierdził, że na Białoruś trzeba wysłać siły pokojowe – powiedziała rzeczniczka.

Rzeczniczka litwewskiego MSZ zwróciła uwagę, że dla podniesienia wiarygodności fake newsa w artykule pojawiała się także wzmianka na temat polskiego ministra spraw zagranicznych.

Ministerstwo Spraw Zagranicznych Litwy wydało oświadczenie zaprzeczające fałszywym informacjom. Potwierdzono, że odpowiednie służby wszczęły już w tej sprawie dochodzenie.

Jest wysoce prawdopodobne, że trwa cyberatak informacyjny, który jest obecnie badany przez władze litewskie – czytamy w komunikacie.

Redaktor naczelny „Gazety Polskiej” stracił dostęp do konta (zmieniono hasło), na którym wstawiono odnośnik do artykułu zamieszczonego na portalu Znadniemna.pl, który prowadzi Związek Polaków na Białorusi. Ów artykuł to także cyberprowokacja. Dowiadujemy się z niego, że „Polska i Litwa wzywają NATO do wysłania wojsk na Białoruś”.

Podrobiony artykuł na portalu „Poland Daily” nosił tytuł „Polska i Litwa naciskają na wysłanie wojsk na Białoruś”. Napisany był w języku angielskim i podobnie jak publikacja wrzucona na Znadniemna.pl, dezinformował o rzekomych naciskach Polski, Litwy i Stanów Zjednoczonych na NATO. W tekście pojawiły się też nazwiska ministra spraw zagranicznych Polski Zbigniewa Rau oraz Swiatłany Cichanouskiej. Na zdjęciu głównym umieszczono szefa litewskiej dyplomacji Linasa Linkevičiusa.

To nie pierwszy rosyjski atak na media związane ze „Strefą Wolnego Słowa”. Przypomnijmy: w maju 2020 r. portal Niezalezna.pl dwukrotnie padł ofiarą rosyjskich hakerów, którzy zmieniali treść naszych publikacji.

Na naszą stronę (a także na portale Telewizji Republika, Radia Szczecin, olsztyn24.pl oraz stronę gminy Orzysz, gdzie znajduje się garnizon) wstawiono artykuł pt. Amerykanie „chwalą” pobyt w Drawsku. „Jedyne czym mogą strzelić to gumki od majtek”

Gdy opublikowaliśmy informację o tym ataku, Rosjanie dokonali kolejnego włamania, zmieniając ją na „newsa”, że Niezalezna.pl przyznaje się do autorstwa wcześniejszego artykułu.

To nie koniec działań Moskwy przeciwko naszym mediom. Pod koniec maja na anglojęzycznym prorosyjskim portalu „The Duran” ukazał się „wywiad”, przeprowadzony rzekomo przez Katarzynę Gójską dla „Gazety Polskiej”. Rozmówcą wicenaczelnej tygodnika miał być amerykański generał broni Christopher G. Cavoli, dowódca sił amerykańskich w Europie. Nie trzeba chyba dodawać, że rozmowa, w której Cavoli twierdzi, że Polska i kraje bałtyckie są fatalnie zorganizowane pod względem militarnym, została w całości wymyślona.

Znadniemna.pl za niezalezna.pl

Ministerstwo Spraw Zagranicznych Litwy poinformowało, że w ramach złożonego fake newsa publikowano fake newsy, rzekomo powiązane z litewską dyplomacją. Dochodzenie w tej sprawie prowadzą już na Litwie odpowiednie służby. Hakerzy, którzy zaatakowali konto na Twitterze Tomasza Sakiewicza, stronę „Poland Daily” oraz portal Związku Polaków na

W środę, 25 lutego, mieszkańcy Białegostoku oraz przedstawiciele lokalnej społeczności politycznych uchodźców z Białorusi zebrali się na skwerze przy pomniku ks. Jerzego Popiełuszki, by uczcić 59. miesięcznicę uwięzienia Andrzeja Poczobuta, dziennikarza i działacza polskiej mniejszości narodowej na Białorusi.

Podczas zgromadzenia mieszkańcy oraz polityczni uchodźcy z Białorusi wyrazili solidarność z Andrzejem Poczobutem, przetrzymywanym w jednej z najcięższych białoruskich kolonii karnych w Nowopołocku na północy kraju. Uczestnicy podkreślali znaczenie regularnych spotkań, które mają utrzymywać uwagę opinii publicznej na jego losie oraz na sytuacji osób represjonowanych na Białorusi.

W trakcie wydarzenia przypominano o nieludzkich warunkach, w jakich przebywa dziennikarz, oraz o tym, że jego sprawa stała się symbolem walki o wolność słowa. Zgromadzenie przebiegło spokojnie, a organizatorzy zapowiedzieli kontynuację comiesięcznych akcji solidarności z Andrzejem.

 Znadniemna.pl, fot.: Facebook.com

W środę, 25 lutego, mieszkańcy Białegostoku oraz przedstawiciele lokalnej społeczności politycznych uchodźców z Białorusi zebrali się na skwerze przy pomniku ks. Jerzego Popiełuszki, by uczcić 59. miesięcznicę uwięzienia Andrzeja Poczobuta, dziennikarza i działacza polskiej mniejszości narodowej na Białorusi. Podczas zgromadzenia mieszkańcy oraz polityczni uchodźcy z Białorusi

W 90. rocznicę urodzin przypominamy jedną z najważniejszych postaci legendarnej Piwnicy pod Baranami — Wiesława Dymnego, artystę urodzonego na terenie współczesnej Białorusi.

Wiesław Dymny przyszedł na świat 25 lutego 1936 roku we wsi Poloneczka (dziś w rejonie baranowickim obwodu brzeskiego, a w II RP w powiecie stołpeckim województwa nowogródzkiego), miejscowości o wyraźnie kresowym charakterze, w której znajdował się jeden z majątków rodziny Radziwiłłów. To tam zaczęła się jego biografia, choć sam Dymny rzadko wracał publicznie do wspomnień z najwcześniejszych lat życia.

Po II wojnie światowej rodzina Dymnych, podobnie jak tysiące Polaków z tamtych terenów, została przesiedlona na zachód. Dzieciństwo Wiesława upłynęło w realiach powojennej odbudowy i życia na Ziemiach Odzyskanych, gdzie ukończył szkołę i gdzie zaczęła kształtować się jego artystyczna wrażliwość. Kresowe pochodzenie pozostawało jednak istotnym elementem tożsamości rodzinnej, a świadomość utraty dawnego domu była doświadczeniem pokoleniowym, które towarzyszyło wielu ludziom z jego otoczenia.

Z relacji rodziny wiadomo, że Wiesław od najmłodszych lat przejawiał wyjątkowe zdolności plastyczne, co naturalnie skierowało go ku studiom artystycznym. Po maturze wyjechał do Krakowa i rozpoczął naukę na Akademii Sztuk Pięknych. To właśnie tam związał się z Piwnicą pod Baranami, stając się jedną z jej najbardziej rozpoznawalnych postaci. Jego talent literacki i plastyczny, połączony z niepowtarzalnym temperamentem scenicznym, sprawił, że szybko wyrósł na jednego z najważniejszych twórców kabaretu.

Dymny był znany z ciętego, absurdalnego humoru, który stał się znakiem rozpoznawczym Piwnicy. To on potrafił rzucić ze sceny zdanie, które natychmiast przechodziło do anegdoty, jak choćby:

„Człowiek jest dobry, tylko ludzie są do niczego.”

Innym razem, komentując życiowe komplikacje, stwierdzał z właściwą sobie logiką:

„Jak jest ciemno, to świeć.”

Jego żarty, często oparte na paradoksie, były jednocześnie proste i przenikliwe, a publiczność uwielbiała tę mieszaninę groteski i filozoficznej przekory.

W Piwnicy pod Baranami Dymny pisał teksty, tworzył scenariusze, malował dekoracje, grał w filmach i spektaklach. Jego obecność współtworzyła charakter krakowskiego środowiska artystycznego lat 60. i 70. Był twórcą, który potrafił jednym zdaniem rozbroić powagę sytuacji, jak wtedy, gdy z właściwą sobie nonszalancją oznajmił:

„Nie ma takiego numeru, którego nie dałoby się zrobić.”

Ten rodzaj humoru — przewrotny, lekko anarchiczny, a jednocześnie pełen ciepła — stał się jego znakiem firmowym.

Choć Dymny nie pozostawił wielu osobistych świadectw dotyczących dzieciństwa na Kresach, biografowie podkreślają, że jego pochodzenie stanowiło ważny kontekst jego życia. Wrażliwość na los ludzi wykorzenionych, skłonność do łączenia groteski z melancholią oraz umiejętność dostrzegania tragikomicznego wymiaru codzienności to cechy często przypisywane artystom urodzonym na dawnych wschodnich ziemiach Rzeczypospolitej. W przypadku Dymnego elementy te wyraźnie współtworzyły jego styl i sposób opowiadania o świecie.

W 90. rocznicę jego urodzin wspominamy Wiesława Dymnego jako twórcę niezwykle oryginalnego, którego biografia łączyła kresowe początki z powojenną historią Krakowa. Jego dorobek pozostaje ważną częścią polskiej kultury, a pamięć o nim wciąż żyje zarówno w środowisku artystycznym, jak i wśród tych, którzy widzą w nim jednego z najciekawszych świadków i uczestników życia kulturalnego drugiej połowy XX wieku.

Opr. Adolf Gorzkowski, na zdjęciu: Tablica pamiątkowa Wiesława Dymnego w Alei Gwiazd Satyrykonu w Legnicy. Autor zdjęcia: Jacek Halicki, licencja CC BY-SA 3.0.

W 90. rocznicę urodzin przypominamy jedną z najważniejszych postaci legendarnej Piwnicy pod Baranami — Wiesława Dymnego, artystę urodzonego na terenie współczesnej Białorusi. Wiesław Dymny przyszedł na świat 25 lutego 1936 roku we wsi Poloneczka (dziś w rejonie baranowickim obwodu brzeskiego, a w II RP w powiecie

Nikt nie zgłosił się do zakupu rodzinnej działki duchownego.

Elektroniczna licytacja działki należącej do księdza Henryka Okołotowicza w Nowej Myszy w rejonie baranowickim nie doszła do skutku. Aukcja, wyznaczona na 24 lutego, została unieważniona z powodu braku chętnych do zakupu.

Niewielki grunt, stanowiący własność rodziców duchownego i położony w pobliżu jego rodzinnego domu, został wcześniej zajęty i wystawiony na sprzedaż „w celu spłaty zadłużenia wynikającego z postępowania egzekucyjnego”. Podobny los spotkał także mikrobus należący formalnie do byłego proboszcza, choć faktycznie będący własnością parafii. Z powodu zajęcia pojazd ten od ponad dwóch lat stoi nieużywany i prawdopodobnie również trafi na aukcję.

To kolejny etap egzekucji majątku księdza Okołotowicza, skazanego wcześniej na 11 lat więzienia pod zarzutem „zdrady państwa” oraz obciążonego obowiązkiem zapłaty rzekomej szkody w wysokości 1,7 mln rubli (około 500 tys. euro). W ramach spłaty zadłużenia sprzedano już prywatny, dwudziestoletni samochód  księdza marki Volkswagen. Rodzinny dom duchownego na razie nie został wystawiony na licytację.

Ksiądz Henryk Okołotowicz przebywa obecnie w Rzymie, dokąd trafił wraz z ojcem Andrzejem Juchniewiczem OMI tuż po uwolnieniu z więzienia. Obaj nadal dochodzą do siebie po długotrwałym pobycie w izolacji, a ich dalszy los pozostaje niepewny.

Znadniemna.pl na podstawie Katolik.life 

 

Nikt nie zgłosił się do zakupu rodzinnej działki duchownego. Elektroniczna licytacja działki należącej do księdza Henryka Okołotowicza w Nowej Myszy w rejonie baranowickim nie doszła do skutku. Aukcja, wyznaczona na 24 lutego, została unieważniona z powodu braku chętnych do zakupu. Niewielki grunt, stanowiący własność rodziców duchownego i

Gdyby Władimir Wojnowicz żył dziś i zajrzał do Mińska, zapewne zatarłby ręce: oto rzeczywistość znów dogoniła satyrę. W jego antyutopii pt. „Moskwa 2042” wszystko było jasne — władza, duchowieństwo i wojsko tworzyły jedną, szczelnie zgraną konstrukcję, w której Ojciec Gwiazdoni błogosławił rakiety, a rakiety błogosławiły Ojca Gwiazdonia. Każdy znał swoje miejsce, a kto nie znał, temu je wskazywano.

Tymczasem w Mińsku, w lutym 2026 roku, odbyła się Msza, która — jak wynika z milczenia oficjalnych mediów katolickich — odbyć się chyba nie powinna. A jednak się odbyła. I to w samym sercu miasta, w katedrze, gdzie biskup pomocniczy archidiecezji Mińsko-Mohylewskiej Jury Kosobucki modlił się o pokój w Ukrainie, Ziemi Świętej i na całym świecie. Brzmi to jak coś zupełnie normalnego, wręcz oczywistego. Ale nie w rzeczywistości, w której kalendarz liturgiczny musi być zsynchronizowany z kalendarzem politycznym, a każde słowo — z linią ideologiczną.

Wojnowicz przewidział takie sytuacje. W jego powieści modlitwy o pokój były dopuszczalne tylko wtedy, gdy pokój oznaczał „zwycięstwo naszej strony”. Wszelkie inne interpretacje były niebezpieczne, bo mogły sugerować, że świat jest bardziej skomplikowany niż jednowymiarowy komunikat z wieży kontrolnej.

W Mińsku wyglądało to podobnie. Msza o pokój została odprawiona, bo musiała — tak nakazała bowiem Rada Konferencji Episkopatów Europy, która alfabetycznie odprawienie Mszy o pokój na Białorusi wyznaczyła na 21 lutego. Ale już informowanie o niej? To co innego. Oficjalne media katolickie milczały o tej inicjatywie, jakby Msza była czymś wstydliwym, jakby modlitwa o pokój mogła zostać odczytana jako niebezpieczna aluzja. W „Moskwie 2042” takie rzeczy nazywano „ideologiczną mgłą”, która mogła wprowadzić obywateli w stan niepożądanego myślenia.

Za to informacja o Mszy za „obrońców Ojczyzny” (z okazji Święta Sowieckiej Armii, obchodzonego 23 lutego – red.), którą odprawił metropolita Józef Staniewski, pojawiła się bez zwłoki i to na głównym portalu katolickim kraju. Z czerwoną gwiazdą w tle — symbolem, który w powieści Wojnowicza świecił nad każdym urzędem, koszarami i świątynią. Ojciec Gwiazdoni byłby dumny: oto duchowny, który wie, co należy nagłaśniać, a co przemilczeć.

Wojnowicz pisał, że w przyszłości redakcje będą działać jak automaty: publikować to, co trzeba, i nie publikować tego, co nie trzeba. W Mińsku wygląda to dziś podobnie. Redaktorzy — jeśli jeszcze są — nie filtrują, nie wygładzają, nie tłumaczą. Po prostu wrzucają komunikaty, jak leci. A jeśli czegoś wrzucić nie wypada, to znika to w cyfrowej próżni.

Msza o pokój? Odbyła się, ale jakby jej nie było. Msza za obrońców Ojczyzny? Oczywiście, że odprawimy!  I wszyscy będą o tym wiedzieć!

W „Moskwie 2042” bohaterowie żyli w świecie, w którym prawda była jak wosk: miękka, podatna, łatwa do uformowania. W Mińsku roku 2026 wosk ma się dobrze. I wciąż daje się modelować.

A jednak — i tu Wojnowicz pewnie by się uśmiechnął — zawsze znajdzie się ktoś, kto zauważy, że coś tu nie gra. Że modlitwa o pokój nie powinna być powodem do wstydu. Że czerwona gwiazda na katolickim portalu wygląda jak ponury żart, który wymknął się spod kontroli. Że świat nie jest powieścią satyryczną, choć czasem bardzo próbuje nią być.

I że nawet w najbardziej groteskowych czasach ktoś musi odprawić Mszę, której nikt nie chciał zauważyć.

Walery Kowalewski/Znadniemna.pl, ilustracja: właśnie w ten sposób portal Kościoła Katolickiego na Białorusi Catholic.by zilustrował zapowiedź Mszy za „obrońców Ojczyzny” zawierającą życzenia pod adresem ministra obrony Białorusi z okazji święta 23 lutego, które obchodził celebrując okolicznościową Mszę św. w Mińsku arcybiskup metropolita Józef Staniewski, fot.: Catholic.by

Gdyby Władimir Wojnowicz żył dziś i zajrzał do Mińska, zapewne zatarłby ręce: oto rzeczywistość znów dogoniła satyrę. W jego antyutopii pt. „Moskwa 2042” wszystko było jasne — władza, duchowieństwo i wojsko tworzyły jedną, szczelnie zgraną konstrukcję, w której Ojciec Gwiazdoni błogosławił rakiety, a rakiety błogosławiły

Dzisiaj, w wieku 95 lat, w szpitalu w Baranowiczach zmarła Elżbieta Dołęga‑Wrzosek — kobieta, która ocaliła ludzkie życie, wychowała pokolenia młodych Polaków i stworzyła pierwszą po wojnie polską szkołę na Białorusi. Jej odwaga, dobroć i niezłomna wierność polskości ukształtowały całe środowisko polskie w Baranowiczach, a jej wychowankowie pozostaną na wiele lat kontynuatorami i świadkami jej niezwykłych dokonań.

Dziś w Baranowiczach zgasło światło, którego blasku nie sposób zmierzyć. Elżbieta Dołęga‑Wrzosek była jedną z tych osób, które zmieniają świat nie krzykiem, lecz cichą, codzienną pracą. Jej życie — naznaczone wojną, stratą córki – śp. Teresy Sieliwończyk, odpowiedzialnością i niezwykłą miłością do ludzi — stało się świadectwem, że dobro może przetrwać nawet najtrudniejsze czasy.

Jako trzynastoletnia dziewczynka usłyszała od matki, Teresy Dołęgi‑Wrzosek, łączniczki Armii Krajowej, słowa, które stały się jej życiowym testamentem:

„Córeńko, pamiętaj, żeś Polka… i pamiętaj, że w naszej rodzinie wszyscy zawsze mieli dobre wykształcenie.”

Ten nakaz niosła w sobie przez całe życie — i przekazywała go dalej, setkom dzieci, które uczyła.

W czasie wojny wraz z matką ocaliła dwóch chłopców — Ryśka i Jurka — za co została uhonorowana tytułem Sprawiedliwej wśród Narodów Świata. To jedno z najpiękniejszych świadectw jej człowieczeństwa: w świecie pełnym strachu potrafiła wybrać dobro.

Po wojnie stała się fundamentem polskiej oświaty na Białorusi. W swoim mieszkaniu zaczęła uczyć dzieci języka polskiego — najpierw kilkoro, potem dziesiątki, aż w końcu setki. Z czasem stworzyła Społeczną Szkołę Polską im. Tadeusza Rejtana w Baranowiczach, pierwszą po wojnie polską szkołę na Białorusi. Dla uczniów była nie tylko nauczycielką. Była drugą mamą, przewodniczką, kimś, kto dawał poczucie bezpieczeństwa i sensu.

Jej szkoła wychowała lekarzy, inżynierów, artystów, naukowców — ludzi, którzy dziś rozsiani są po świecie, ale wciąż noszą w sobie jej słowa, jej uśmiech, jej wiarę w człowieka.

Ostatnie lata przyniosły jej wiele bólu: śmierć ukochanej córki Teresy Sieliwończyk, współtwórczyni polskiego życia w Baranowiczach, oraz likwidację szkoły, która była dziełem jej życia. A jednak Elżbieta Dołęga‑Wrzosek pozostała pogodna, ciepła, pełna godności. Nigdy nie przestała wierzyć, że dobro ma sens.

Dziś żegnamy ją z wdzięcznością. Za odwagę. Za mądrość. Za polskość, którą niosła jak skarb — nie dla siebie, lecz dla innych.

Jej światło nie zgasło. Będzie świecić w każdym, kto choć raz usłyszał od niej:

„Pamiętaj, żeś Polak…”

Znadniemna.pl

Dzisiaj, w wieku 95 lat, w szpitalu w Baranowiczach zmarła Elżbieta Dołęga‑Wrzosek — kobieta, która ocaliła ludzkie życie, wychowała pokolenia młodych Polaków i stworzyła pierwszą po wojnie polską szkołę na Białorusi. Jej odwaga, dobroć i niezłomna wierność polskości ukształtowały całe środowisko polskie w Baranowiczach, a

Ćwierć wieku działalności to w świecie organizacji społecznych czas, który mówi sam za siebie. Fundacja na rzecz Pomocy Dzieciom Grodzieńszczyzny nie tylko przetrwała zmieniające się realia i kryzysy, ale przede wszystkim przez 25 lat pozostawała miejscem realnego wsparcia dla Polaków z Białorusi — zarówno tych, którzy zostali w swoich rodzinnych miejscowościach, jak i tych, którzy musieli szukać nowego życia w Polsce. O tym, jak wyglądała ta droga, co było w niej najtrudniejsze, a co najpiękniejsze, oraz o tym, jak Fundacja odnajduje się obecnie, rozmawiamy z jej prezesem, Rafałem Cierniakiem, człowiekiem, który od lat stoi na pierwszej linii tej cichej, ale niezwykle ważnej misji.

Fundacja na rzecz Pomocy Dzieciom Grodzieńszczyzny ukończyła 25 lat. Co dziś uważa Pan za jej największy sukces?

Były wychowanek i wolontariusz Fundacji Paweł Mickiewicz, obecny prezes Fundacji OKNO NA WSCHÓD w Białymstoku i Rafal Cierniak

– Niezmiennie od wielu już lat uważam, że sukcesem Fundacji są ludzie. Przy czym ludzie pojmowani bardzo szeroko, bo mam na myśli tych, którzy z ramienia Fundacji organizują pomoc, darczyńców, którzy ją umożliwiają, wolontariuszy, którzy ją realizują, jak i – co najważniejsze – tych, do kogo ta pomoc była i jest skierowana, czyli Polaków z Białorusi.

Dla nas jest największą radością, że wszystkie te grupy ludzi mogły się spotykać w jednym czasie i w jednym miejscu. Często nie było to łatwe, czasami było nawet bardzo trudne, ale się udawało. Tym szczególnym miejscem spotkań był i pozostaje nasz Dom Polonii w Żytkiejmach, miejsce stworzone z myślą o Polakach z Białorusi.

To tam najczęściej się spotykaliśmy, rozmawialiśmy o potrzebach środowiska rodaków za wschodnią miedzą, o sposobach realizacji kolejnych przedsięwzięć. Dom Polonii tętnił życiem zwłaszcza latem, kiedy przyjeżdżały do niego dzieci i młodzież, do których ta pomoc była kierowana. Zapraszaliśmy tam także naszych darczyńców. Byliśmy tam my – organizatorzy i wolontariusze – czyli to ogniwo, które łączyło odbiorców pomocy z tymi, którzy tę pomoc umożliwiali.

Dlatego, jeśli mam wskazać jeden największy sukces, to bez wahania powiem: ludzie oraz magiczne dla wielu z nas miejsce – Żytkiejmy i Dom Polonii, do którego niezmiennie zapraszamy wszystkich.

Oszacuje Pan, jak wiele dzieci przez te lata odwiedziło Żytkiejmy?

Dom Polonii w Żytkiejmach

Jeden z turnusów kolonijnych dzieci z Białorusi w Domu Polonii w Żytkiejmach

– Z naszych wyliczeń, które od czasu do czasu robimy, wynika, że było tego ponad pięć tysięcy osób. Mówimy o ludziach, którzy skorzystali z pobytu w Żytkiejmach w różnych formach – głównie letniego pobytu edukacyjno-wypoczynkowego, ale także innych akcji, które tam się odbywały, jak choćby Dni Nauczyciela czy „Podarujmy Dzieciom Święta”. To naprawdę spora grupa Polaków z Białorusi.

Podarujmy Dzieciom Święta w Domu Polonii w Żytkiejmach

Czy pamięta Pan moment, w którym pojawiło się przekonanie, że to, co robicie, naprawdę ma sens?

– Nie potrafię wskazać jednego konkretnego momentu. Na początku wyglądało to tak, że między sobą rozmawialiśmy i zakładaliśmy: trochę popracujemy, trochę pomocy zorganizujemy dla najbardziej potrzebujących i to się skończy. Natomiast dosyć szybko zrozumieliśmy, że to jednak ma sens.

Przełomowym momentem była pierwsza akcja pomocowa. Po niej zgłosili się do nas darczyńcy, którzy powiedzieli wprost: chcemy pomagać, ale musicie mieć formę prawną. I wtedy właśnie powstała Fundacja.

Kolejnym bardzo ważnym doświadczeniem były pierwsze kolonie letnie – cztery turnusy, każdy po około 40–50 uczestników, razem z nauczycielami, którzy byli opiekunami grup. Rozmowy z nimi i uświadomienie sobie, jak ogromne są potrzeby tego środowiska, sprawiły, że chyba wtedy ostatecznie przekonałem się, że to, co robimy, ma głęboki sens.

Pamiętam spotkania w Związku Polaków w Grodnie, gdzie czekano na wsparcie, na podtrzymanie łączności z Macierzą. Jeśli więc miałbym odpowiedzieć, kiedy dokładnie to zrozumiałem, to powiedziałbym, że podczas pierwszych wakacji w 2001 roku.

Jak ćwierć wieku pracy społecznej wpłynęło na Pana osobiście?

– Opowiem krótką anegdotę. Kilkanaście lat temu miałem spotkanie klasowe mojej klasy ze szkoły podstawowej. Spotkaliśmy się po około dwudziestu latach. Z wieloma osobami widziałem się wtedy po raz pierwszy od zakończenia szkoły. Nasza wychowawczyni, teraz już śp. pani Barbara Tchórzewska, poprosiła nas, żebyśmy krótko opowiedzieli, czym się obecnie zajmujemy.

Kiedy powiedziałem, czym się zajmuję ja, moi koledzy i koleżanki spojrzeli na mnie i stwierdzili: „Aha, no to wszystko się zgadza. Rafał – pomoc, pomaganie, to zawsze była twoja droga”. Byłem tym bardzo zaskoczony, bo sam nie miałem takiej świadomości. Okazało się jednak, że jako nastolatek już byłem tak postrzegany.

Biorąc to pod uwagę, chęć pomagania innym rzeczywiście mogła mieć wpływ na moje wybory życiowe. Zawsze, jeśli ktoś potrzebował pomocy, starałem się o niego włączyć. Z czasem nauczyłem się też, jak pomagać mądrze. Wiem dziś, że czasem warto nagłaśniać nasze akcje i prosić o wsparcie darczyńców, a czasem lepiej działać spokojnie, bez rozgłosu. Są sytuacje, w których wystarczy po prostu zrobić swoje – czasem tylko porozmawiać, okazać obecność i wsparcie – i to również jest bardzo ważna forma pomocy.

Czy misja Fundacji zmieniała się na przestrzeni lat?

– W swoim głównym nurcie pozostała niezmienna. Od początku działaliśmy z myślą o Polakach z Białorusi, głównie – dzieciach. Z czasem jednak pojawiły się nowe grupy odbiorców. Kiedy o pomoc zwrócili się do nas kombatanci czy seniorzy, początkowo mieliśmy wątpliwości, bo przecież w nazwie Fundacji są „dzieci”. Szybko jednak zrozumieliśmy, że „dzieci Grodzieńszczyzny” to pojęcie symboliczne – obejmujące osoby w każdym wieku.

W efekcie zaczęliśmy realizować projekty także dla kombatantów, seniorów, nauczycieli. Misja się więc nie zmieniła, ale naturalnie się rozszerzyła.

A kim były pierwsze dzieci objęte pomocą i czym ich potrzeby różniły się od dzisiejszych?

– Te pierwsze dzieci, które przyjeżdżały do nas na kolonie w pierwszych latach działalności, to były przede wszystkim dzieci uczące się w Polskiej Szkole w Grodnie albo będące podopiecznymi Związku Polaków na Białorusi. Przyjeżdżały często razem z nauczycielami, którzy byli opiekunami grup.

Poznajemy Żytkiejmy. Kolonie letnie, 2024 rok

Na początku – zresztą także i później – nie zawsze kluczowy był status materialny. Oczywiście był on jednym z elementów branych pod uwagę, ale znacznie ważniejsze było zaangażowanie w naukę języka polskiego, w polskość, w działanie. Dziś sytuacja wygląda inaczej, ale jedno się nie zmieniło: cały czas zwracamy uwagę na autentyczne zaangażowanie i motywację.

Jakie wyzwania w Pana pracy są dziś najtrudniejsze?

– Najtrudniejsze są uwarunkowania zewnętrzne, czyli szeroko rozumiana geopolityka. Granice zamknięte albo otwarte, lecz z ogromnymi ograniczeniami, sprawiają, że realny kontakt jest dziś znacznie trudniejszy niż jeszcze kilka lat temu.

Do tego dochodzi sytuacja na samej Białorusi po 2020 roku, ale o tym wiele osób wie, nie trzeba więc rozwijać samego tematu. To, co funkcjonuje obecnie, ma zatem charakter szczątkowy w porównaniu z tym, co było wcześniej.

Jak zmieniały się realia funkcjonowania Fundacji po 2020 roku?

– To był bardzo trudny czas – najpierw pandemia, potem wydarzenia powyborcze na Białorusi. Nasze działania jednak się wówczas nie zatrzymały. Zmieniły formę i kierunek, ale cały czas były realizowane z myślą o tradycyjnych odbiorcach naszej pomocy – Polakach z Białorusi.

Skupiliśmy się przede wszystkim na osobach, które przyjechały do Polski i tutaj potrzebowały wsparcia, zwłaszcza tuż po przyjeździe. Działaliśmy w miarę naszych możliwości, często we współpracy z innymi organizacjami.

Jaką rolę  w funkcjonowaniu Fundacji odgrywają wolontariusze jaką darczyńcy?

– Bez darczyńców Fundacja nie mogłaby istnieć. Są oni dziś absolutną podstawą naszej działalności. Bez wolontariuszy z kolei nie byłoby możliwe przeprowadzanie większych wydarzeń czy akcji. Co ważne, bardzo często wolontariuszami są nasi byli podopieczni.

Warto też podkreślić ogromne znaczenie wsparcia instytucji państwowych – Senatu RP, Ministerstwa Spraw Zagranicznych czy Ministerstwa Edukacji Narodowej RP. Przez wiele lat to wsparcie pozwalało nam realizować projekty skierowane do Polaków z Białorusi – dodajmy, bardzo różnorodne projekty, czyli takie które obu stronom – uczestnikom i realizatorom – dawały mnóstwo radości, spełnienia, które nie były jednostronnym „dawaniem”, lecz spotkaniem z poczuciem wspólnoty, odpowiedzialności i współdziałania.

Jakie są plany Fundacji  oraz Pana osobiste na przyszłość?

– Najważniejsze dla nas dziś jest, żeby nasza działalność była nie tylko kontynuowana, ale żeby była efektywna i odpowiadała realnym potrzebom Polaków z Białorusi. W ostatnich latach musieliśmy dostosować nasze działania do nowych czasów i wyzwań – część wsparcia przeniosła się do Polski, gdzie pomagamy osobom, które przyjechały tu i potrzebują wsparcia w adaptacji, nauce języka, edukacji dzieci czy integracji społecznej.

Nie rezygnujemy jednak z kontaktu z tymi, którzy pozostali na Białorusi – choć w trudnych warunkach staramy się realizować projekty edukacyjne i kulturalne, wspierać lokalne inicjatywy oraz utrzymywać poczucie, że jesteśmy razem. Współpracujemy z wolontariuszami, byłymi podopiecznymi i instytucjami państwowymi, aby nasze wsparcie było realne i długofalowe.

Jeśli chodzi o przyszłość, chcemy przede wszystkim kontynuować naszą misję – pomagać, integrować i inspirować kolejne pokolenia Polaków z Białorusi. Planujemy rozwijać programy edukacyjne, organizować więcej wyjazdów i kolonii dla dzieci, wspierać seniorów i nauczycieli, a także pielęgnować miejsce, które stało się symbolem naszego działania – Dom Polonii w Żytkiejmach. Moim osobistym priorytetem pozostaje zdrowie i siła, żeby móc nadal aktywnie angażować się w te wszystkie działania. Pragnę, by Fundacja była miejscem spotkań, wsparcia oraz realnej pomocy, żeby każdy, kto z tej pomocy korzysta, czuł się zauważony, doceniony i bezpieczny.

Dziękujemy i na zakończenie naszej rozmowy chcemy złożyć najserdeczniejsze życzenia z okazji 25‑lecia Fundacji na rzecz Polskich Dzieci Grodzieńszczyzny. Ćwierć wieku nieustannej pracy, troski i obecności przy Polakach z Białorusi to dorobek, który zasługuje na najwyższy szacunek. Życzymy, aby kolejne lata przyniosły Fundacji jeszcze więcej siły, życzliwości i ludzi, którzy — tak jak dotąd — będą tworzyć jej wyjątkową misję. Niech nie zabraknie Wam energii, wsparcia i wiary w sens tego, co robicie. Dziękujemy za 25 lat dobra! Niech ta historia trwa dalej…

Znadniemna.pl

 

Ćwierć wieku działalności to w świecie organizacji społecznych czas, który mówi sam za siebie. Fundacja na rzecz Pomocy Dzieciom Grodzieńszczyzny nie tylko przetrwała zmieniające się realia i kryzysy, ale przede wszystkim przez 25 lat pozostawała miejscem realnego wsparcia dla Polaków z Białorusi — zarówno tych,

Ks. Władysław Zawalniuk, były proboszcz zamkniętego dla parafian kościoła pw. św. Szymona i Heleny w Mińsku, zwrócił się do władz białoruskiej stolicy z prośbą o umożliwienie wiernym modlitwy przy sarkofagu fundatora świątyni przed 10. rocznicą ogłoszenia go Sługą Bożym.

W najnowszym nagraniu opublikowanym na kanale YouTube „Głos Duszy” ks. Zawalniuk, odpowiedzialny za proces beatyfikacyjny Edwarda Woyniłłowicza, poinformował, że skierował otwarty apel do dyrektora przedsiębiorstwa „Mińska Spadczyna” oraz przewodniczącego Mińskiego Komitetu Wykonawczego. Duchowny zabiega o to, by wierni mogli choć na krótko wejść na teren świątyni i pomodlić się przy sarkofagu fundatora Czerwonego Kościoła.

Jak zaznaczył, parafianie od ponad trzech lat nie mają dostępu ani do wnętrza kościoła, ani do miejsca spoczynku Woyniłłowicza. Remont świątyni wciąż trwa, a jego zakończenie przewidziano dopiero na styczeń 2027 roku. Wciąż nie ma pewności, czy po zakończeniu prac parafia będzie mogła powrócić do swojej historycznej siedziby.

W swoim wystąpieniu duchowny przypomniał również, że nie po raz pierwszy zwraca się do „Mińskiej Spadczyny” z podobną prośbą. Zdecydowanie się na formę otwartego listu może — jak sugeruje — świadczyć o wcześniejszych odmowach lub braku reakcji ze strony zarządcy obiektu.

Na zakończenie ks. Zawalniuk zapowiedział, że po rozmowie z przedstawicielami „Mińskiej Spadczyny”, jeśli do niej dojdzie, poinformuje wiernych o jej rezultatach.

Znadniemna.pl na podstawie Katolik.life, na zdjęciu: ks. Władysław Zawalniuk na nagranym przez siebie wideo, fot.: screenshot z YouTube’a

Ks. Władysław Zawalniuk, były proboszcz zamkniętego dla parafian kościoła pw. św. Szymona i Heleny w Mińsku, zwrócił się do władz białoruskiej stolicy z prośbą o umożliwienie wiernym modlitwy przy sarkofagu fundatora świątyni przed 10. rocznicą ogłoszenia go Sługą Bożym. W najnowszym nagraniu opublikowanym na kanale YouTube

Maria Żodzik potwierdziła swoją przynależność do światowej czołówki skoku wzwyż, pokonując 1,98 m podczas wczorajszego Copernicus Cup w Toruniu. Wynik osiągnięty w minioną niedzielę – 22 lutego 2026 roku – to jej nowy rekord życiowy w hali, a jednocześnie rezultat, który dał jej zwycięstwo w konkursie oraz triumf w całym cyklu World Athletics Indoor Tour Gold, a także – prawo startu na najbliższych halowych mistrzostwach świata.

Wicemistrzyni świata z Tokio nie pozostawiła wątpliwości, że jest jedną z najrówniej skaczących zawodniczek ostatnich sezonów. Jej skok na 1,98 m — wykonany pewnie i przy dużej stabilności technicznej — był najlepszym wynikiem konkursu i potwierdzeniem, że forma z poprzedniego roku nie była jednorazowym błyskiem. Jak podkreślali komentatorzy, Żodzik skakała z dużą swobodą, a jej próba na rekordowej wysokości wyglądała na w pełni kontrolowaną.

Toruński sukces jest naturalną kontynuacją drogi, którą Żodzik rozpoczęła po uzyskaniu polskiego obywatelstwa w 2024 roku. Urodzona na Białorusi zawodniczka szybko odnalazła w Polsce stabilne warunki treningowe i wsparcie, które pozwoliły jej wejść na poziom, o jakim wcześniej mogła jedynie marzyć. Najlepszym dowodem był jej występ na mistrzostwach świata w Tokio w 2025 roku, gdzie w trudnych warunkach pogodowych skoczyła 2,00 m i zdobyła srebrny medal — pierwszy tak prestiżowy sukces w jej karierze i jedyny medal dla Polski na tych zawodach.

To właśnie tamten skok na dwa metry otworzył przed nią nowy etap kariery, a wynik z Torunia pokazuje, że Żodzik nie tylko utrzymuje poziom, ale wciąż się rozwija. Jej halowy rekord 1,98 m jest sygnałem, że w sezonie 2026 może ponownie odegrać kluczową rolę w reprezentacji i powalczyć o kolejne medale.

Maria Żodzik stała się jedną z najważniejszych postaci polskiej lekkiej atletyki — zawodniczką, która łączy talent, determinację i historię o nowym początku, zakończonym sukcesami, które inspirują zarówno kibiców, jak i koleżanki z kadry.

Znadniemna.pl na podstawie TVP Sportna zdjęciu: Maria Żodzik w Toruniu pokonuje poprzeczkę na rekordowej dla siebie wysokości, fot.: facebook.com

Maria Żodzik potwierdziła swoją przynależność do światowej czołówki skoku wzwyż, pokonując 1,98 m podczas wczorajszego Copernicus Cup w Toruniu. Wynik osiągnięty w minioną niedzielę – 22 lutego 2026 roku - to jej nowy rekord życiowy w hali, a jednocześnie rezultat, który dał jej zwycięstwo w

22 lutego 1862 roku zmarł Wincenty Dmochowski – artysta, patriota i jeden z najważniejszych pejzażystów XIX‑wiecznej Litwy i Białorusi. Jego twórczość, zakorzeniona w krajobrazie rodzinnej Nowogródczyzny i w duchu romantycznej wrażliwości epoki, do dziś pozostaje świadectwem świata, który odszedł, ale którego piękno  artysta utrwalił na swoich płótnach.

Młodość, edukacja i droga do powstania

Wincenty Dmochowski urodził się w 1807 roku w majątku Gawja w powiecie oszmiańskim, w rodzinie szlacheckiej herbu Pobóg. W literaturze pojawiają się dwie wersje miejsca jego urodzenia. Część opracowań podaje majątek Dmochowskich – Nahorodowicze, jednak nowsze i bliższe źródłom epoki publikacje wskazują jednoznacznie na majątek Gawja w powiecie oszmiańskim. Rozbieżność wynika z faktu, że Nahorodowicze stały się własnością rodziny Dmochowskich dopiero po 1820 roku, a więc już po narodzinach Wincentego, co czyni Gawję miejscem bardziej wiarygodnym.

Początkową edukację Wincenty pobierał w pijarskiej szkole w Szczuczynie, a według niektórych źródeł także w Nowogródku. W 1826 roku rozpoczął studia filologiczne na Uniwersytecie Wileńskim, jednocześnie pobierając lekcje rysunku u Jana Rustema. W środowisku akademickim zetknął się z żywą debatą o sztuce, literaturze i polityce, a także poznał Adama Mickiewicza, który później gościł u Dmochowskich w Nahorodowiczach.

W 1829 roku przerwał studia, a rok później wziął udział w powstaniu listopadowym. Po jego klęsce, zagrożony represjami, wyemigrował do Prus Wschodnich, gdzie utrzymywał się z pracy artystycznej. Dopiero amnestia z 1837 roku pozwoliła mu wrócić do Wilna.

Twórczość i dokumentowanie krajobrazu dawnej Litwy

Po powrocie do kraju Dmochowski w pełni poświęcił się malarstwu. Tworzył liczne pejzaże i sceny rodzajowe, które zdobyły popularność wśród lokalnej szlachty. Malował Nowogródczyznę, Wilno, miejsca związane z Mickiewiczem, a także sceny z życia codziennego. Do jego najważniejszych dzieł należy obraz „Ojczyzna” („Dwór w Nahorodowiczach”, 1843), później doceniony na wystawie retrospektywnej we Lwowie w 1894 roku.

Wincenty Dmochowski – Nahorodowicze, rok 1843, źródło: Wikipedia

W 1853 roku, na zamówienie Eustachego Tyszkiewicza, stworzył serię widoków ruin litewskich zamków – m.in.: w Lidzie, Holszanach, Trokach i Miednikach. Część tych prac trafiła do encyklopedii krajoznawczej Imperium Rosyjskiego pt. „Żywopisnaja Rosja, inne do zbiorów Muzeum Narodowego w Krakowie. Adam Kirkor, publikując „Litewskie starożytności”, podkreślał znaczenie talentu Dmochowskiego dla dokumentacji dziedzictwa Wielkiego Księstwa Litewskiego.

Wincenty Dmochowski – Ruiny zamku na jeziorze Trockim, 1853 rok, źródło: Wikipedia

Wincenty Dmochowski – Zamek w Trokach, 1854 rok, źródło: Wikipedia

Wincenty Dmochowski – Zamek w Holszanach, 1853 rok, źródło: Wikipedia

Wincenty Dmochowski – Zamek w Miednikach, 1853 rok, źródło: Wikipedia

Wincenty Dmochowski – Cerkiew św. Borysa i Hleba w Nowogródku, 1856 rok, źródło: Wikipedia

Wincenty Dmochowski – Ulica w Wilnie, 1862 rok, źródło: Wikipedia

W pierwszej połowie lat 50. Dmochowski współpracował z teatrem miejskim w Wilnie, projektując dekoracje do oper Moniuszki, Rossiniego i Donizettiego. Wileńskie środowisko artystyczne nazywało go „Klaudem Lorrainem wileńskich okolic”, doceniając jego romantyczne ujęcie pejzażu. Około 1840 roku artysta otworzył w Wilnie własną pracownię, która przez dwie dekady pełniła funkcję nieformalnej szkoły malarskiej.

Ostatnie lata, śmierć i dziedzictwo

Wincenty Dmochowski zmarł 22 lutego 1862 roku w Wilnie. Jego nekrolog, napisany przez Władysława Syrokomlę, ukazał się w „Kurierze Wileńskim”. Pozostawił syna Władysława – również malarza i ilustratora – oraz trzy córki. Władysław Dmochowski, po nauce w Paryżu i udziale w powstaniu styczniowym, odziedziczył rodzinne Nahorodowicze, gdzie osiadł na stałe.

Twórczość Wincentego Dmochowskiego, obejmująca ponad sto pejzaży i scen rodzajowych, pozostaje jednym z najważniejszych świadectw kultury ziem litewsko‑białoruskich XIX wieku. Dzięki jego talentowi zachował się obraz świata szlacheckich dworów, miasteczek i krajobrazów, które ukształtowały wyobraźnię epoki romantyzmu.

Opr. Adolf Gorzkowski/ Znadniemna.pl na podstawie Pawet.net, na zdjęciu: portret Wincentego Dmochowskiego wykonany przez nieznanego autora, fot.: Wikipedia

22 lutego 1862 roku zmarł Wincenty Dmochowski – artysta, patriota i jeden z najważniejszych pejzażystów XIX‑wiecznej Litwy i Białorusi. Jego twórczość, zakorzeniona w krajobrazie rodzinnej Nowogródczyzny i w duchu romantycznej wrażliwości epoki, do dziś pozostaje świadectwem świata, który odszedł, ale którego piękno  artysta utrwalił na

Wiktor Szmulaj, były mistrz Białorusi i Polski w zapasach, zaginął —poinformowała białoruska gazeta internetowa „Nasza Niwa”. Jego matka opowiada o latach walki z uzależnieniami syna, o upadku sportowca i o rodzinie, która nie ma już siły dalej go szukać.

Szmulaj od najmłodszych lat trenował zapasy i szybko zaczął odnosić sukcesy. W 2013 roku reprezentował Białoruś na mistrzostwach Europy kadetów, a później wyjechał do Polski, gdzie zdobywał medale mistrzostw kraju, w tym tytuły mistrza Polski. Rodzina zdecydowała się wywieźć go z Białorusi, aby uniknął obowiązkowej służby wojskowej. W 2023 roku, mając 27 lat, wrócił jednak do ojczyzny. Został zatrzymany za uchylanie się od służby wojskowej i spędził półtora miesiąca w areszcie. Według matki to właśnie wtedy jego życie zaczęło się gwałtownie rozpadać. Uzależnienia — alkohol i narkotyki — miały towarzyszyć mu już wcześniej, ale po powrocie wszystko przyspieszyło.

Rodzice przez lata próbowali ratować syna. Znajdowali go w krzakach, w namiotach, w stanie skrajnego wycieńczenia. Zabierali do domu, karmili, ubierali, a potem wszystko zaczynało się od nowa. Matka wspomina, że był moment nadziei: Wiktor związał się z pracującą, zaradną dziewczyną. Jednak szybko porzucił ją „dla życia na haju”. „Z cudownego, dobrego chłopca zrobił się menel. Pięć lat rozrywa nam to duszę na kawałki” — mówi.

W ostatnich miesiącach rodzice, wyczerpani ciągłym ratowaniem syna, wprowadzili twarde zasady: żadnych pieniędzy, żadnego pobłażania. Wiktor miał trafić do ośrodka przymusowego leczenia, ale ojcu udało się go w ostatniej chwili „wyciągnąć”. Niedługo później zniknął. Od dwóch miesięcy nie ma z nim żadnego kontaktu. Rodzina nie planuje dalszych poszukiwań. „Musimy żyć swoim życiem” — mówi matka, choć dopuszcza możliwość, że syn wrócił do Polski, bo ma polskie obywatelstwo po ojcu.

Po latach walki, strachu i nadziei — rodzice poddali się. Wiktor Szmulaj, niegdyś obiecujący sportowiec, dziś jest człowiekiem bez adresu, bez kontaktu, bez pewnego jutra.

Znadniemna.pl na podstawie „Nasza Niwa”, na zdjęciu: Wiktor Szmulaj w 2019 roku, jako Najlepszy Sportowiec Roku Gminy Teresin (w powiecie sochaczewskim na Mazowszu), fot.: teresin24.pl

Wiktor Szmulaj, były mistrz Białorusi i Polski w zapasach, zaginął —poinformowała białoruska gazeta internetowa „Nasza Niwa”. Jego matka opowiada o latach walki z uzależnieniami syna, o upadku sportowca i o rodzinie, która nie ma już siły dalej go szukać. Szmulaj od najmłodszych lat trenował zapasy i

Przejdź do treści