HomeStandard Blog Whole Post

Ministerstwo Spraw Zagranicznych Litwy poinformowało, że w ramach złożonego fake newsa publikowano fake newsy, rzekomo powiązane z litewską dyplomacją. Dochodzenie w tej sprawie prowadzą już na Litwie odpowiednie służby. Hakerzy, którzy zaatakowali konto na Twitterze Tomasza Sakiewicza, stronę „Poland Daily” oraz portal Związku Polaków na Białorusi Znadniemna.pl, zablokowali także szefowi „GP” dostęp do tweetdecka – aplikacji do zarządzania Twitterem. Jak dowiedział się portal Niezalezna.pl – atak na powiązany z Telewizją Republiką serwis „Poland Daily” został dokonany z Rygi, stolicy Łotwy.

Rasa Jakilaitiene, rzeczniczka litewskiego ministra spraw zagranicznych, powiedziała, że fałszywa wiadomość została umieszczona na polskiej stronie internetowej.

Fałszywe wiadomości pojawiły się na Polanddaily.com. W zamieszczonym tam artykule znalazła się uwaga ministra Linkeviciusa, w której twierdził, że na Białoruś trzeba wysłać siły pokojowe – powiedziała rzeczniczka.

Rzeczniczka litwewskiego MSZ zwróciła uwagę, że dla podniesienia wiarygodności fake newsa w artykule pojawiała się także wzmianka na temat polskiego ministra spraw zagranicznych.

Ministerstwo Spraw Zagranicznych Litwy wydało oświadczenie zaprzeczające fałszywym informacjom. Potwierdzono, że odpowiednie służby wszczęły już w tej sprawie dochodzenie.

Jest wysoce prawdopodobne, że trwa cyberatak informacyjny, który jest obecnie badany przez władze litewskie – czytamy w komunikacie.

Redaktor naczelny „Gazety Polskiej” stracił dostęp do konta (zmieniono hasło), na którym wstawiono odnośnik do artykułu zamieszczonego na portalu Znadniemna.pl, który prowadzi Związek Polaków na Białorusi. Ów artykuł to także cyberprowokacja. Dowiadujemy się z niego, że „Polska i Litwa wzywają NATO do wysłania wojsk na Białoruś”.

Podrobiony artykuł na portalu „Poland Daily” nosił tytuł „Polska i Litwa naciskają na wysłanie wojsk na Białoruś”. Napisany był w języku angielskim i podobnie jak publikacja wrzucona na Znadniemna.pl, dezinformował o rzekomych naciskach Polski, Litwy i Stanów Zjednoczonych na NATO. W tekście pojawiły się też nazwiska ministra spraw zagranicznych Polski Zbigniewa Rau oraz Swiatłany Cichanouskiej. Na zdjęciu głównym umieszczono szefa litewskiej dyplomacji Linasa Linkevičiusa.

To nie pierwszy rosyjski atak na media związane ze „Strefą Wolnego Słowa”. Przypomnijmy: w maju 2020 r. portal Niezalezna.pl dwukrotnie padł ofiarą rosyjskich hakerów, którzy zmieniali treść naszych publikacji.

Na naszą stronę (a także na portale Telewizji Republika, Radia Szczecin, olsztyn24.pl oraz stronę gminy Orzysz, gdzie znajduje się garnizon) wstawiono artykuł pt. Amerykanie „chwalą” pobyt w Drawsku. „Jedyne czym mogą strzelić to gumki od majtek”

Gdy opublikowaliśmy informację o tym ataku, Rosjanie dokonali kolejnego włamania, zmieniając ją na „newsa”, że Niezalezna.pl przyznaje się do autorstwa wcześniejszego artykułu.

To nie koniec działań Moskwy przeciwko naszym mediom. Pod koniec maja na anglojęzycznym prorosyjskim portalu „The Duran” ukazał się „wywiad”, przeprowadzony rzekomo przez Katarzynę Gójską dla „Gazety Polskiej”. Rozmówcą wicenaczelnej tygodnika miał być amerykański generał broni Christopher G. Cavoli, dowódca sił amerykańskich w Europie. Nie trzeba chyba dodawać, że rozmowa, w której Cavoli twierdzi, że Polska i kraje bałtyckie są fatalnie zorganizowane pod względem militarnym, została w całości wymyślona.

Znadniemna.pl za niezalezna.pl

Ministerstwo Spraw Zagranicznych Litwy poinformowało, że w ramach złożonego fake newsa publikowano fake newsy, rzekomo powiązane z litewską dyplomacją. Dochodzenie w tej sprawie prowadzą już na Litwie odpowiednie służby. Hakerzy, którzy zaatakowali konto na Twitterze Tomasza Sakiewicza, stronę „Poland Daily” oraz portal Związku Polaków na

Dziś mija 223. rocznica urodzin Kazimierza Bachmatowicza, jednego z pionierów białoruskiej litografii, który swoją twórczością uchwycił codzienne życie mieszkańców Kresów pierwszej połowy XIX wieku. Choć dla współczesnego czytelnika nazwisko to może brzmieć obco, jego dzieła zachowały wyjątkowy zapis zwyczajów, strojów i pejzaży regionu, z którego pochodził.

Dawna posiadłość Dobrawlany w rejonie smorgońskim, gdzie niegdyś znajdował się pałac Sanguszków i Günterów, 1835 rok. Fot.: yavarda.ru/bakhmanovich

Kazimierz urodził się 24 lutego 1803 roku w Dobrawlanach, dziś niewielkiej wsi w smorgońskim rejonie obwodu grodzieńskiego, położonej nad jeziorem Świr, między trzema rzekami – Ośmianką, Wilenką i Wilią. Pochodził z rodziny szlacheckiej o herbie „Boża Wola”, która na tych terenach osiadła już w XVII wieku. Jego przodkowie – z linii Bachmatowiczów z okolic Radoszkowicz – od dawna należeli do miejscowej drobnej szlachty, a w XIX wieku jego ojciec Felicjan pełnił funkcję lokalnego urzędnika. Matką Kazimierza była Agata z rodu Suryntów, pochodząca ze starożytnej, utytułowanej rodziny. Chrzestnym artysty został szlachecki duet: Marcin Surynt i Konstancja Romanowska, a świadkami – Marcin Charewicz i prawdopodobnie siostra matki.

Młody Kazimierz w wieku 15–20 lat został wysłany do Wilna, gdzie kształcił się w Wileńskiej Szkole Malarstwa pod kierunkiem Jana Rustema. To właśnie tam zdobył solidne podstawy rysunku i grafiki, które potem pozwoliły mu wypracować własny, niezwykle szczegółowy styl litograficzny. Po ukończeniu edukacji powrócił do rodzinnych Dobrawlan, gdzie przez niemal dziesięć lat pracował jako nauczyciel rysunku w majątku hrabiego Güntera, którego dwór stał się jego drugim domem i miejscem twórczych inspiracji.

Najbardziej znaczące prace Bachmatowicza powstały w połowie lat 30. XIX wieku i obejmują serie albumowe: Souvenir de Dobrowlany („Wspomnienia z Dobrawlan”, 1835), Orlosiada (1836), „Rysunki Jana Rustema” (1837), „Wspomnienia z Wilna. Typy i charaktery” (1837) oraz „Ubrania i sceny. Litewskie stroje”. Dzięki nim artysta po raz pierwszy w białoruskiej sztuce wyniósł małą formę graficzną do rangi pełnoprawnego dzieła sztuki. Jego prace odznaczają się nie tylko dokumentalnym oddaniem strojów, pejzaży i codzienności mieszkańców Kresów, ale też wnikliwą obserwacją człowieka – jego charakteru, słabości i pasji.

„Orlosiada” Kazimierza Bachmatowicza, 1836 rok. Fot.: wikipedia.org

W 1831 roku jego prace opublikowano w albumie Zbiór strojów narodowych i wojskowych, rysowanych przez Kazimierza Bachmatowicza, ucznia Wileńskiej Akademii w Litwie. Obecnie są one cennym źródłem wiedzy o kulturze materialnej i obyczajach ludności regionu pierwszej połowy XIX wieku.

Pałac Günterów w Dobrawlanach na litografii Kazimierza Bachmatowicza, 1835 rok. Fot.: www.radzima.org

Choć żył krótko – zmarł w Dobrawlanach w 1837 roku w wieku zaledwie 34 lat, a pochowany został na pobliskiej wsi Świr – pozostawił trwałe dziedzictwo. Jego rodzinne Dobrawlany upamiętniły artystę w 2003 roku podczas pleneru „Wspomnienie o Dobrawlanach”, który zgromadził współczesnych twórców inspirowanych krajobrazem i historią wsi. Prace powstałe podczas pleneru prezentowane były w Smorgoni i w galerii „Uniwersytet Kultury” w Mińsku.

Kazimierz Bachmatowicz pozostaje postacią nieco zapomnianą, ale jego dorobek pozwala dziś podróżować w czasie – do kresowej codzienności, barwnych strojów, architektury i rytmu życia wsi i miasteczek dawnej Wileńszczyzny. Jego twórczość przypomina, że kultura Kresów była i pozostaje mozaiką polsko-białoruskiego dziedzictwa, które warto odkrywać na nowo.

Na zdjęciu: Kazimierz Bachmatowicz. Dobrawlany, dwór Sanguszków, 1835 rok. Fot.: yavarda.ru/bakhmanovich

Opr. Walery Kowalewski/Znadniemna.pl

Dziś mija 223. rocznica urodzin Kazimierza Bachmatowicza, jednego z pionierów białoruskiej litografii, który swoją twórczością uchwycił codzienne życie mieszkańców Kresów pierwszej połowy XIX wieku. Choć dla współczesnego czytelnika nazwisko to może brzmieć obco, jego dzieła zachowały wyjątkowy zapis zwyczajów, strojów i pejzaży regionu, z którego

25 marca br. Fundacja Pomorskich Kresowian zorganizowała w Gdańsku spotkanie poświęcone Mieczysławowi Gębarowiczowi – kustoszowi, historykowi sztuki i ostatniemu polskiemu dyrektorowi Zakładu Narodowego im. Ossolińskich we Lwowie. Prelekcję poprowadził Tomasz Kuba Kozłowski, który od lat przybliża historię Kresów i ich wybitnych, często zapomnianych bohaterów.

Tomasz Kuba Kozłowski z Domu Spotkań z Historią w Warszawie

W zapowiedzi wydarzenia organizatorzy podkreślali, że będzie to opowieść o niezwykłych działaniach Gębarowicza podczas II wojny światowej oraz o tym, jak udało się odzyskać rękopisy „Pana Tadeusza”, „Zemsty”, „Potopu” czy „Chłopów”, wywiezione przez Niemców i przechowywane w stajni, oborze i budynku mieszkalnym na Dolnym Śląsku. Chodziło o skrzynie odnalezione po wojnie w Adelsdorfie (dzisiejszym Zagrodnie), gdzie – jak przypomniał Kozłowski – znajdowały się dziesiątki tysięcy woluminów pochodzących z Ossolineum i innych zrabowanych przez Niemców polskich księgozbiorów.

Pałac – Zagrodno Górne. Fot.: zamkilubuskie.pl

Strona tytułowa pierwszego wydania Pana Tadeusza, Public domain, via Wikimedia Commons

Rękopis Pana Tadeusza w zbiorach Zakładu Narodowego im. Ossolińskich we Wrocławiu, Pleple2000, CC BY-SA 4.0, Wikimedia Commons

W trakcie prelekcji Tomasz Kuba Kozłowski przedstawił dramatyczne okoliczności, w jakich Gębarowicz ratował najcenniejsze skarby polskiej kultury. Zwracał uwagę, że działania te wymagały odwagi, determinacji i ogromnej odpowiedzialności, a decyzja o pozostaniu we Lwowie po 1945 roku – mimo represji i marginalizacji – była świadomym wyborem człowieka, który czuł się strażnikiem polskiego dziedzictwa.

W drugiej części spotkania prelegent przypomniał, że w 2018 roku do Kancelarii Prezydenta RP trafił formalny wniosek o pośmiertne odznaczenie Mieczysława Gębarowicza Orderem Orła Białego. Jak wyjaśnił, wniosek ten nie został rozpatrzony ani nie doczekał się odpowiedzi ze strony KPRP. Kozłowski zaznaczył, że jego zdaniem sprawa została odłożona bez uzasadnienia, co trudno pogodzić z wagą zasług Gębarowicza dla polskiej kultury.

Informacja ta wywołała żywą reakcję publiczności. Wśród uczestników pojawiły się propozycje ponowienia wniosku o Order Orła Białego, tym razem z szerokim poparciem środowisk kresowych, naukowych i instytucji kultury. Kilka osób wyraziło gotowość do współpracy przy przygotowaniu dokumentów i nagłośnieniu sprawy. Kozłowski podkreślał, że nagłaśnianie tematu może być kluczowe, aby doprowadzić do ponownego zajęcia się wnioskiem przez Kancelarię Prezydenta.

Spotkanie odbyło się w roku szczególnym dla polskiego dziedzictwa –  rok2026 został ogłoszony bowiem przez Sejm RP Rokiem Józefa Maksymiliana Ossolińskiego, twórcy instytucji, której najcenniejsze zbiory Gębarowicz ratował w najtrudniejszych czasach. W tym kontekście uczestnicy prelekcji zwracali uwagę, że właśnie teraz warto przypominać o jego zasługach i zabiegać o ich godne uhonorowanie.

Na zdjęciu: Tomasz Kuba Kozłowski z Domu Spotkań z Historią w Warszawie i Michał Rzepiak, prezes Fundacji Pomorskich Kresowian. Fot.: archiwum redakcji

Znadniemna.pl

 

25 marca br. Fundacja Pomorskich Kresowian zorganizowała w Gdańsku spotkanie poświęcone Mieczysławowi Gębarowiczowi – kustoszowi, historykowi sztuki i ostatniemu polskiemu dyrektorowi Zakładu Narodowego im. Ossolińskich we Lwowie. Prelekcję poprowadził Tomasz Kuba Kozłowski, który od lat przybliża historię Kresów i ich wybitnych, często zapomnianych bohaterów. [caption id="attachment_72814"

W dziejach Kresów są postacie, które potrafiły być światłem w czasach ciemności. Do takich bohaterów należy biskup Zygmunt Łoziński – pasterz związany z ziemią nowogródzką, mińską i pińską, którego życie było świadectwem odwagi, wiary bez kompromisów i miłości do ludzi ponad podziałami. 26 marca przypada rocznica odejścia do Pana jednego z najbardziej niezwykłych, a wciąż niedocenianych biskupów Kościoła katolickiego XX wieku.

Dom rodzinny w Boracinie

Dwór Łozińskich w 1923 roku. Fot.: wikipedia.org/Biblioteka Narodowa. F.63707/II

Zygmunt Łoziński przyszedł na świat 5 czerwca 1870 roku w Boracinie koło Nowogródka, w rodzinie ziemiańskiej herbu Lubicz. Ojciec, Władysław Łoziński, był właścicielem majątku, człowiekiem odpowiedzialnym, zakorzenionym w tradycji polskiej szlachty kresowej. Matka, Ludwika z Czeczottów, pochodziła z rodu herbu Ostoja, rodziny o silnych tradycjach religijnych i inteligenckich. Wujem Zygmunta był ksiądz Witold Czeczott – brat jego matki Ludwiki, późniejszy wykładowca w seminarium duchownym w Petersburgu. Ten wuj stanie się dla młodego człowieka kimś więcej niż krewnym: duchowym przewodnikiem, wzorem kapłana, a także opiekunem w wielkim mieście.

Łozińscy mieli siedmioro dzieci, Zygmunt był najstarszy. To ważne, bo w tamtym świecie najstarszy syn od początku uczył się odpowiedzialności – za rodzeństwo, za dom, za nazwisko. Do dziesiątego roku życia uczył się w domu. Nie była to jednak byle jaka edukacja „po domowemu”. W ziemiańskich dworach Kresów często łączono tradycję z wysokimi wymaganiami intelektualnymi: dzieci czytały po polsku, uczyły się historii, geografii, podstaw łaciny, a jednocześnie żyły rytmem roku liturgicznego, nabożeństw, świąt, pielgrzymek. W Boracinie panowała atmosfera, w której wiara i polskość były czymś oczywistym, nie manifestem, lecz oddechem.

Warszawa i Petersburg

Kiedy przyszedł czas na szkołę średnią, Zygmunt wyjechał najpierw do Warszawy, do gimnazjum klasycznego. Dla chłopca z kresowego dworu stolica Królestwa Polskiego była innym światem: większym, bardziej złożonym, ale też pełnym polskiego życia, choć pod czujnym okiem carskiej administracji. Tam zetknął się z miejską inteligencją, z innym stylem polskości niż ten dworski, bardziej obywatelskim, bardziej zaangażowanym społecznie. Nie zabawił jednak w Warszawie długo – rodzina zdecydowała, że dalszą naukę będzie kontynuował w Petersburgu, gdzie mieszkał wuj Zygmunta – ksiądz Czeczott.

Petersburg stał się dla młodego Łozińskiego szokiem i szkołą jednocześnie. Stolica imperium, miasto monumentalnych gmachów, cerkwi, pałaców, ale też miejsce, gdzie Polacy żyli w rozproszeniu, często w cieniu, próbując zachować swoją tożsamość. Zygmunt zamieszkał u wuja, w domu, który był małą polską wyspą w rosyjskim morzu. Ksiądz Czeczott, wykładowca seminarium, człowiek głębokiej wiary i kultury, wprowadzał go w świat teologii, Kościoła, ale też w realia życia katolika w stolicy prawosławnego imperium.

Pierwszy bunt – nieklęknięcie przed carskim ołtarzem

Zygmunt uczęszczał do gimnazjum Towarzystwa Miłośników Człowieka – szkoły, która łączyła wysoki poziom nauczania z pewną otwartością intelektualną. To tam wydarzył się epizod, który dobrze zapowiada jego przyszły charakter. Podczas nabożeństwa dziękczynnego w cerkwi gimnazjalnej, odprawianego z okazji ocalenia cara Mikołaja II z katastrofy kolejowej pod Borkami, uczniowie mieli przyklęknąć. Zygmunt odmówił. W carskiej szkole był to akt jawnego nieposłuszeństwa wobec symbolu władzy. Groziło mu wyrzucenie ze szkoły, ale dzięki interwencji wuja sprawę udało się załagodzić. Ten gest – nieklęknięcie tam, gdzie sumienie mówi „nie” – powróci w jego życiu jeszcze nieraz, już w dużo poważniejszych okolicznościach.

Narodziny uczonego kapłana

Po maturze w Petersburgu wstąpił do tamtejszego seminarium duchownego. Decyzja o kapłaństwie nie była ucieczką od świata, lecz odpowiedzią na to, co w nim dojrzewało od lat: poczucie, że chce służyć ludziom i Kościołowi. W seminarium szybko się wyróżnił. Był pracowity, zdyscyplinowany, miał talent do języków i do nauki. Z seminarium trafił do Akademii Duchownej – elitarnej uczelni, gdzie kształcono przyszłe elity duchowieństwa. Specjalizował się w Piśmie Świętym.

Pierwsze lata kapłaństwa

Święcenia kapłańskie przyjął w 1895 roku. Został w Petersburgu jako wykładowca Pisma Świętego, a później także homiletyki w seminarium. Jednocześnie pracował jako prefekt i katecheta w gimnazjum Towarzystwa Miłośników Człowieka. Był księdzem, który łączył pracę naukową z żywym duszpasterstwem. Nie zamykał się w sali wykładowej – spowiadał, prowadził rekolekcje, rozmawiał z młodzieżą. W jego kazaniach i konferencjach pobrzmiewała nie tylko teologia, ale też troska o los Polaków w imperium.

Ta aktywność, połączona z wyraźnie polską postawą, ściągnęła na niego uwagę władz carskich. W 1898 roku został aresztowany pod zarzutem „szkodliwej działalności” i „polskiego patriotyzmu”. Decyzją ministra spraw wewnętrznych skazano go na trzy lata odosobnienia w klasztorze dominikanów w Agłonie na Łotwie, przekształconym w miejsce przymusowego pobytu dla księży. Zakazano mu też w przyszłości pełnienia funkcji duchownych w stolicach imperium.

Zesłanie w Agłonie

Agłona mogła być dla niego więzieniem, ale stała się kolejną szkołą. Zamiast zamknąć się w sobie, nauczył się łotewskiego, by móc spowiadać i głosić kazania miejscowym wiernym. W trudnych warunkach, z dala od rodzinnych stron, pozostał tym, kim był: duszpasterzem. Po dwóch latach został ułaskawiony, ale nie pozwolono mu wrócić do Petersburga. Pracował jako wikariusz w Smoleńsku, potem w Tule, następnie w Rydze. W 1904 roku trafił do Mińska, gdzie objął duszpasterstwo przy kościele na Kalwarii, a wkrótce został proboszczem katedry.

Powrót do Petersburga

W 1906 roku wrócił jednak do Petersburga jako wykładowca Pisma Świętego i języka hebrajskiego w seminarium i Akademii Duchownej. Był już wtedy kapłanem z doświadczeniem prześladowań, ale bez cienia zgorzknienia. Wciąż się uczył. Studiował w Papieskim Instytucie Biblijnym w Rzymie, odbył podróże naukowe do Niemiec i Ziemi Świętej. Towarzyszył biskupowi Janowi Cieplakowi w wizytacjach po rozległych terenach Rosji, Syberii i Dalekiego Wschodu. Odwiedzał obozy jenieckie, gdzie posługiwał wśród polskich żołnierzy. Te podróże po imperium, spotkania z ludźmi w skrajnie trudnych warunkach, jeszcze bardziej ugruntowały w nim przekonanie, że kapłan ma być tam, gdzie jest najciężej.

Pasterz w czasach rewolucji

W 1917 roku papież Benedykt XV mianował go biskupem mińskim. Sakrę przyjął w 1918 roku w Warszawie, a w sierpniu tego samego roku przybył do Mińska. Natychmiast zabrał się do pracy: otworzył niższe i wyższe seminarium duchowne, zaczął organizować struktury diecezji. Wydawało się, że po latach tułaczki i prześladowań będzie mógł wreszcie spokojnie budować Kościół na swojej ziemi. Ale historia znów przyspieszyła. W grudniu 1918 roku do Mińska wkroczyli bolszewicy.

Dla biskupa Łozińskiego rozpoczął się czas ukrywania. Przez pięć miesięcy żył w przebraniu chłopa u zaprzyjaźnionych ziemian i chłopów w lasach koło Mińska. Za wskazanie miejsca jego pobytu wyznaczono wysoką nagrodę, ale nikt go nie zdradził. To wiele mówi o więzi, jaką zbudował z ludźmi. Gdy w 1919 roku wojska polskie zajęły Mińsk, wrócił do jawnego pełnienia funkcji. Jednak w 1920 roku, podczas kolejnej ofensywy bolszewickiej, znów stanął wobec wyboru: uciec czy zostać. Został. W listach i kazaniach otwarcie potępiał ateistyczny komunizm, niszczenie kościołów, prześladowania duchowieństwa. W sierpniu 1920 roku został aresztowany, oskarżony o działalność kontrrewolucyjną. Po dziesięciu dniach śledztwa zwolniono go, choć jasno oświadczył, że do końca życia będzie zwalczał komunizm.

Więzienie, które nie złamało ducha

Wkrótce jednak aresztowano go ponownie i przewieziono do więzienia na Butyrkach w Moskwie. Butyrki były jednym z najcięższych więzień imperium. Głód, zimno, upokorzenia, niepewność jutra – wszystko to odcisnęło się na jego zdrowiu. Proponowano mu wolność w zamian za deklarację lojalności wobec władzy sowieckiej. Odmówił. Po jedenastu miesiącach, dzięki staraniom dyplomatycznym rządu polskiego, został uwolniony i odesłany do Polski. Ważył wtedy zaledwie 43 kilogramy. Fizycznie wyniszczony, duchowo – niezłamany.

Biskup piński, pasterz Polesia

Fragment miasta z widocznym kościołem Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny i rzeką, po której pływają barki. Fot.: Narodowe Archiwum Cyfrowe, Sygnatura 3/1/0/9/4757

Kościół Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny w Pińsku. Nawa główna i ołtarz główny podczas mszy świętej. Fot.: Narodowe Archiwum Cyfrowe. Sygnatura: 1-U-4764

Zygmunt Łoziński – biskup piński. Fotografia portretowa. Fot.: Narodowe Archiwum Cyfrowe, Sygnatura: 3/1/0/15/125

Do Mińska już nie wrócił. Zamieszkał w Nowogródku, blisko rodzinnych stron. W 1925 roku został mianowany pierwszym biskupem nowo utworzonej diecezji pińskiej. To był nowy rozdział jego życia – rozdział bardzo kresowy. Diecezja pińska obejmowała rozległe tereny Polesia, ziemię biedną, zaniedbaną, ale pełną ludzi prostych, wierzących, często żyjących na styku kultur i wyznań. Łoziński podjął to zadanie z energią, która zadziwiała, biorąc pod uwagę jego nadwątlone zdrowie.

Organizował kurię, zwołał synod diecezjalny, przeniósł i rozwinął seminarium duchowne. Dbał o formację księży, ale też o to, by Kościół nie był narzędziem polonizacji. Szanując polskość, szanował też język i kulturę miejscowej ludności. Wprowadzał kazania po białorusku, troszczył się o parafie unickie obrządku wschodniosłowiańskiego. Wiedział, że Ewangelia nie potrzebuje przemocy językowej, że można być Polakiem i jednocześnie mieć serce otwarte na innych.

Był biskupem niezwykle prostym w stylu życia. Chodził w zwykłej czarnej sutannie, bez ozdób. Jeździł trzecią klasą pociągu, choć przysługiwała mu wyższa. Podczas wizytacji parafii nie pozwalał urządzać sobie wystawnych przyjęć. Zdarzało się, że nocował w kościele, by nie obciążać biednego proboszcza. W seminarium siadał na końcu stołu i nakładał sobie jedzenie jako ostatni. Często oddawał swoje ubrania ubogim. Nie znosił dworskiej etykiety wokół biskupa. Uważał, że pasterz ma być blisko owiec, nie ponad nimi.

Człowiek dialogu

Uczestnicy zjazdu. Fotografia grupowa. 1926 rok. Siedzą od lewej: biskup częstochowski Teodor Kubina, biskup przemyski Anatol Nowak, metropolita krakowski arcybiskup Adam Sapieha, Prymas Polski kard. August Hlond, metropolita warszawski kard. Aleksander Kakowski, metropolita lwowski arcybiskup Bolesław Twardowski, metropolita lwowski obrządku ormiańskiego arcybiskup Józef Teodorowicz, arcybiskup metropolita wileński Romuald Jałbrzykowski, biskup płocki Antoni Nowowiejski. Stoją od lewej do prawej: biskup pomocniczy greckokatolickiej eparchii przemyskiej Hryhorij Łakota, biskup śląski Arkadiusz Lisiecki, biskup chełmiński Stanisław Okoniewski, biskup podlaski Henryk Przeździecki, biskup lubelski Marian Fulman, biskup miński Zygmunt Łoziński, biskup łomżyński Stanisław Kostka Łukomski. Fot.: Narodowe Archiwum Cyfrowe. Sygnatura: 1-R-3-2

Jego stosunek do innych wyznań i religii był czymś wyjątkowym jak na tamte czasy. Znał jedenaście języków: oprócz polskiego i białoruskiego posługiwał się rosyjskim, francuskim, niemieckim, włoskim, angielskim, łotewskim, litewskim, łaciną, greką, hebrajskim, a nawet asyryjskim. Gdy przybył do Pińska, powitał miejscowego rabina po hebrajsku. To zrobiło ogromne wrażenie. Podczas procesji Bożego Ciała zwracał się do zgromadzonych słowami: „Najukochańsi bracia katolicy, bracia prawosławni i Żydzi”. Nie była to kurtuazja. W codziennym życiu pomagał każdemu: widziano go, jak niesie worek ziemniaków starszemu Żydowi, jak podwozi rabina, jak rozmawia z prawosławnymi chłopami bez cienia wyższości. W świecie napięć narodowych i religijnych był człowiekiem mostów, nie murów.

Biskupi uczestniczący w obradach zjazdu. Fotografia grupowa. 1925 rok. W pierwszym rzędzie siedzą od lewej do prawej: biskup pomocniczy chełmiński Jakub Klunder, biskup włocławski Stanisław Zdzitowiecki, biskup sandomierski Marian Ryx, arcybiskup metropolita mohylewski Edward Ropp, arcybiskup metropolita kościoła greckokatolickiego Andrzej Szeptycki, arcybiskup metropolita warszawski kardynał Aleksander Kakowski, Prymas Polski Edmund Dalbor, arcybiskup metropolita lwowski Bolesław Twardowski, arcybiskup metropolita lwowski obrządku ormiańskiego Józef Teodorowicz, biskup przemyski Anatol Nowak, biskup pomocniczy sandomierski Paweł Kubicki. Stoją od lewej do prawej: biskup pomocniczy gnieźnieński Antoni Laubitz, biskup kielecki Augustyn Łosiński, biskup lubelski Marian Fulman, arcybiskup metropolita krakowski Adam Sapieha, biskup pomocniczy sejneński Romuald Jałbrzykowski, biskup podlaski Henryk Przeździecki, biskup polowy WP Stanisław Gall, biskup miński Zygmunt Łoziński, biskup kamienieckopodolski Piotr Mańkowski, biskup pomocniczy tarnowski Edward Komar, administrator apostolski w Katowicach August Hlond. Fot.: Narodowe Archiwum Cyfrowe. Sygnatura: 1-R-1-1

Jego patriotyzm był głęboki, ale pozbawiony nienawiści. Kochał Polskę, ale nie kosztem innych narodów. Krytykował traktat ryski, który oderwał część jego dawnej diecezji od Polski, uważał go za krzywdzący dla wiernych. Po przewrocie majowym napisał do Józefa Piłsudskiego list, w którym nie bał się użyć mocnych słów. Za odwagę i zasługi został odznaczony Orderem Orła Białego i czterokrotnie Krzyżem Walecznych, ale odznaczenia te nie zmieniły jego stylu życia. Pozostał tym samym skromnym biskupem, który wolał nocną adorację od oficjalnych bankietów.

Duchowość – źródło jego siły

Biskup Zygmunt Łoziński, ok. 1932 roku. Fot.: wikipedia.org

Duchowość była dla biskupa Zygmunta Łozińskiego nie dodatkiem, lecz centrum życia. Wszystko, co robił — od wykładów w Petersburgu, przez ukrywanie się w mińskich lasach, po wizytacje parafii na Polesiu — wyrastało z modlitwy. Nie mówił o pobożności, on nią żył. W Pińsku często widziano go w katedrze o świcie lub późnym wieczorem, modlącego się w ciszy, bez świadków, czasem przez całą noc. Gdy pytano, skąd ta surowość, odpowiadał: „Pasterz musi znać drogę do Boga, żeby mógł nią prowadzić innych”.

Praktykował posty, nosił włosiennicę, biczował się, ale nigdy nie robił z tego pokazów. Pokuta była dla niego sprawą między człowiekiem a Bogiem. Jego pisma ascetyczne, zwłaszcza „Akt doskonałego zaparcia się siebie”, odsłaniają wiarę radykalną i całkowite oddanie woli Bożej — nie jako metaforę, lecz jako styl życia.

W seminarium powtarzał klerykom, że kapłan bez modlitwy staje się urzędnikiem, a nie pasterzem. Mówił, że ksiądz, który nie klęka przed Bogiem, w końcu uklęknie przed światem — słowa szczególnie mocne u człowieka, który nie ugiął się ani przed caratem, ani przed bolszewikami.

Jego duchowość była głęboko eucharystyczna. Na rozległym Polesiu, gdzie brakowało księży, sam odprawiał kilka Mszy dziennie, a każdą wizytację zaczynał od adoracji. Pod koniec życia, mimo choroby, prosił, by zanoszono go do katedry choć na chwilę. Gdy lekarze proponowali narkozę przed operacją, odpowiedział: „Nie chciałbym przespać tak pięknej chwili, jaką jest śmierć”.

Zmarł 26 marca 1932 roku w Pińsku. Odszedł spokojnie, jak człowiek wracający do domu. Jego duchowość była źródłem odwagi, prostoty i miłości do ludzi — fundamentem, który uczynił go jednym z najpiękniejszych pasterzy Kresów. Pochowany został w krypcie miejscowej katedry. W 1939 roku szczątki zamurowano w ścianie katedry celem uniknięcia profanacji, dzięki czemu ocalały. W 1957 roku w Rzymie rozpoczęto jego proces beatyfikacyjny. 2 kwietnia 1993 roku papież Jan Paweł II wydał  dekret o heroiczności cnót. Odtąd przysługuje mu tytuł Czcigodnego Sługi Bożego. 26 września 1997 roku Kongregacja wydała dekret o ważności dochodzenia diecezjalnego dotyczącego cudu, wymaganego w procesie beatyfikacyjnym.

Opr. Waleria Brażuk/Znadniemna.pl

W dziejach Kresów są postacie, które potrafiły być światłem w czasach ciemności. Do takich bohaterów należy biskup Zygmunt Łoziński – pasterz związany z ziemią nowogródzką, mińską i pińską, którego życie było świadectwem odwagi, wiary bez kompromisów i miłości do ludzi ponad podziałami. 26 marca przypada

W Białymstoku odbyła się kolejna, comiesięczna pikieta solidarności z Andrzejem Poczobutem, polsko białoruskim dziennikarzem i działaczem Związku Polaków na Białorusi, od pięciu lat więzionym przez reżim Aleksandra Łukaszenki. Uczestnicy akcji podkreślali, że jego sytuacja dramatycznie się pogarsza, a represje wobec niego przybierają coraz bardziej brutalny charakter.

Przed pomnikiem bł. ks. Jerzego Popiełuszki zgromadzili się działacze, samorządowcy i mieszkańcy miasta, którzy od lat regularnie przypominają o losie Poczobuta. Pikieta miała wymiar symboliczny, a jej uczestnicy trzymali transparenty wzywające do uwolnienia Andrzeja Poczobuta. Podkreślano, że organizowane w stolicy Podlasia miesięcznice przypominające o uwięzionym dziennikarzu i działaczu polskiej mniejszości na Białorusi to jedna z najdłużej trwających cyklicznych akcji solidarności w Polsce.

W dniu pięcioletniej rocznicy uwięzienia Andrzeja Poczobuta pojawiły się nowe, niepokojące informacje o kolejnych represjach wobec niego w kolonii karnej w Nowopołocku. Posłanka do Parlamentu Europejskiego Małgorzata Maria Gosiewska poinformowała na facebooku, że po zakończeniu kolejnego okresu tzw. PKT — długotrwałej, zaostrzonej izolacji — Poczobut został natychmiast skierowany do karceru SHIZO, a następnie ma ponownie trafić do izolacji. Jak podkreśliła, ten mechanizm „powtarza się już od miesięcy – bez przerwy, bez kontaktu z bliskimi, bez rozmów, bez możliwości normalnego funkcjonowania”. Jej zdaniem PKT i SHIZO tworzą system ciągłego odosobnienia, którego celem jest złamanie człowieka psychicznie i fizycznie.

„Nie zamierzam milczeć. Będę dalej upominać się o Andrzeja Poczobuta i walczyć o jego uwolnienie. Pamiętajmy o Andrzeju. Nie pozwólmy, by został zapomniany” – napisała Gosiewska.

Uczestnicy białostockiej pikiety podkreślali z kolei, że ich obecność to wyraz sprzeciwu wobec bezprawia oraz forma wsparcia dla rodziny i bliskich Poczobuta. Wskazywali, że jego sprawa pozostaje symbolem walki o wolność słowa, prawa człowieka i godność polskiej mniejszości na Białorusi.

Znadniemna.pl na podstawie Radio.bialystok.pl  i Facebook Małgorzaty Marii Gosiewskiej , na zdjęciu: Na pikiecie w Białymstoku przemawia organizator wydarzenia – Anna Kietlińska, prezes Podlaskiego Oddziału Stowarzyszenia „Wspólnota Polska”, fot.: facebook.com

W Białymstoku odbyła się kolejna, comiesięczna pikieta solidarności z Andrzejem Poczobutem, polsko białoruskim dziennikarzem i działaczem Związku Polaków na Białorusi, od pięciu lat więzionym przez reżim Aleksandra Łukaszenki. Uczestnicy akcji podkreślali, że jego sytuacja dramatycznie się pogarsza, a represje wobec niego przybierają coraz bardziej brutalny

W piątą rocznicę aresztowania Andrzeja Poczobuta polskie media szeroko przypominają jego historię, analizując zarówno niezłomną postawę więźnia Łukaszenki, jak i polityczne motywy reżimu w Mińsku. W publikacjach dominują komentarze o znaczeniu Poczobuta, jako symbolu wierności zasadom i wartościom, dramatycznych warunkach jego uwięzienia oraz apelach o dalszą presję międzynarodową na reżim, który go więzi.

„Gazeta Wyborcza”: „Wiedział, co go czeka, a mimo to nie wyjechał” – portret człowieka, który nie ustąpił

W obszernym tekście Bartosza Wielińskiego „Gazeta Wyborcza” przedstawia Poczobuta jako człowieka, który świadomie wybrał pozostanie na Białorusi, choć doskonale rozumiał, że grozi mu więzienie. Autor podkreśla, że Poczobut mógł wyjechać — miał ku temu możliwości i ostrzeżenia — ale uznał, że jego obowiązkiem jest trwać przy polskiej społeczności i dalej wykonywać swoją pracę dziennikarską.

Wieliński przypomina wcześniejsze represje, którym Poczobut był poddawany: wielokrotne zatrzymania, procesy, nękanie, próby zastraszenia. Zwraca uwagę, że jego działalność — zarówno jako korespondenta, jak i działacza Związku Polaków na Białorusi — była dla władz szczególnie niewygodna, bo dokumentowała łamanie praw człowieka i systemowe niszczenie polskości.

Tekst mocno akcentuje moralny wymiar jego decyzji: Poczobut nie chciał zostawić swojej społeczności, nie chciał milczeć i nie chciał, by jego wyjazd został odczytany jako kapitulacja. Autor opisuje go jako człowieka twardego, konsekwentnego, wiernego zasadom — i właśnie dlatego tak groźnego dla reżimu.

Wieliński przypomina również o jego obecnej sytuacji: ciężkich warunkach kolonii karnej, ograniczonym dostępie do informacji, pogarszającym się zdrowiu i całkowitej izolacji. Całość tworzy portret człowieka, który płaci najwyższą cenę za wierność prawdzie i polskości.

„Rzeczpospolita”: „Najcenniejszy więzień Łukaszenki” – analiza polityczna Rusłana Szoszyna

W komentarzu Rusłana Szoszyna „Rzeczpospolita” przedstawia Poczobuta jako jednego z najważniejszych zakładników politycznych reżimu. Autor argumentuje, że Mińsk traktuje go jako kartę przetargową o wyjątkowej wartości — zarówno wobec Polski, jak i Zachodu.

Szoszyn analizuje, dlaczego Poczobut pozostaje w więzieniu mimo kolejnych fal zwolnień więźniów politycznych. Wskazuje, że jego symboliczna rola — jako dziennikarza, Polaka, człowieka o nieugiętej postawie — sprawia, że reżim nie chce go wypuścić. Jego wolność byłaby dla Łukaszenki porażką, a dla społeczeństwa obywatelskiego — potężnym impulsem.

Komentarz podkreśla również, że Poczobut jest jednym z ostatnich tak rozpoznawalnych więźniów politycznych, których Mińsk może wykorzystywać w negocjacjach. Szoszyn opisuje go jako „najcenniejszego więźnia”, bo jego nazwisko jest znane w Europie, a jego sprawa budzi emocje i reakcje instytucji międzynarodowych.

Autor zwraca uwagę na brutalne warunki, w jakich przetrzymywany jest Poczobut, oraz na fakt, że reżim celowo izoluje go od świata, by złamać jego morale. Jednocześnie podkreśla, że Poczobut pozostaje symbolem oporu, a jego postawa ma znaczenie nie tylko dla Polaków na Białorusi, ale dla całej białoruskiej opozycji.

„Wirtualna Polska”: pięć lat niesprawiedliwości i milczenia Mińska

Wirtualna Polska przypomina okoliczności zatrzymania i wyroku, podkreślając, że Poczobut nie został objęty żadną z fal zwolnień więźniów politycznych. Portal zwraca uwagę na jego odznaczenia — w tym Nagrodę Sacharowa i Order Orła Białego — oraz na międzynarodowe apele o jego uwolnienie.

PAP/MSN: faktograficzne podsumowania rocznicy

Serwisy agencyjne publikują rzeczowe materiały przypominające najważniejsze daty, okoliczności procesu oraz aktualną sytuację więźnia politycznego. Podkreślają, że Poczobut pozostaje jednym z najbardziej znanych symboli represji wobec mniejszości polskiej na Białorusi.

Apel Stowarzyszenia „Wspólnota Polska” 

Stowarzyszenie „Wspólnota Polska” opublikowało apel wzywający media i opinię publiczną do nagłaśniania sprawy Poczobuta. Podkreślono w nim, że jego uwięzienie jest uderzeniem w całą społeczność polską na Białorusi, a milczenie w tej sprawie byłoby zgodą na dalsze represje. Apel przypomina również o jego dorobku, nagrodach i znaczeniu dla polskiej pamięci historycznej.

Podsumowanie

W piątą rocznicę uwięzienia Andrzeja Poczobuta polskie media — zarówno opiniotwórcze dzienniki, jak i portale informacyjne — przypomniały o jego sprawie, podkreślając jej symboliczny i polityczny wymiar. W centrum przekazu znalazły się: niezłomność Poczobuta, brutalność represji, polityczne kalkulacje Mińska oraz konieczność dalszej presji międzynarodowej. Wszystkie publikacje łączy jedno: przekonanie, że jego sprawa nie może zostać zapomniana.

 Przegląd mediów przygotował Kazimierz Sadowski/Znadniemna.pl

W piątą rocznicę aresztowania Andrzeja Poczobuta polskie media szeroko przypominają jego historię, analizując zarówno niezłomną postawę więźnia Łukaszenki, jak i polityczne motywy reżimu w Mińsku. W publikacjach dominują komentarze o znaczeniu Poczobuta, jako symbolu wierności zasadom i wartościom, dramatycznych warunkach jego uwięzienia oraz apelach o

25 marca 2026 roku minie pięć lat od bezprawnego uwięzienia Andrzeja Poczobuta – dziennikarza, działacza polskiej mniejszości na Białorusi, człowieka niezłomnego charakteru i odwagi, laureata Nagrody Światowego Stowarzyszenia Mediów Polonijnych „Za wolność słowa” oraz wielu prestiżowych wyróżnień, w tym Orderu Orła Białego i Nagrody im. Sacharowa za Wolność Myśli, przyznawanej przez Parlament Europejski.

W przededniu tej smutnej daty redakcja portalu Znadniemna.pl zwraca się do wszystkich mediów polonijnych na świecie z gorącym apelem o głośne, konsekwentne i solidarne upominanie się o jego wolność.

Andrzej został zatrzymany 25 marca 2021 roku przez reżim Aleksandra Łukaszenki. Postawiono mu sfabrykowane zarzuty, a następnie skazano w pokazowym procesie na wieloletnie więzienie. Jego jedyną „winą” była działalność dziennikarska, obrona praw Polaków na Białorusi i wierność prawdzie. Dziś, po pięciu latach, wciąż przebywa za kratami – w warunkach, które organizacje praw człowieka określają jako nieludzkie.

Nie możemy pozwolić, by świat o nim zapomniał. Dlatego prosimy wszystkie redakcje polonijne, aby w rocznicę jego uwięzienia:

  • przypominały historię Andrzeja Poczobuta,
  • domagały się jego natychmiastowego uwolnienia,
  • nagłaśniały represje reżimu Łukaszenki wobec mieszkańców Białorusi, w tym polskiej mniejszości narodowej, księży katolickich oraz przedstawicieli innych społeczności sprzeciwiających się pełzającej okupacji kraju przez reżim rosyjskiego zbrodniarza wojennego Władimira Putina,
  • wzmacniały międzynarodową presję na reżim w Mińsku.

Trzy lata temu redakcja Znadniemna.pl przygotowała w Sejmie RP wystawę pt. „Andrzej Poczobut. Prześladowany za POLSKOŚĆ!” – hołd dla człowieka, który nigdy nie wyrzekł się swojej tożsamości i wartości. Wystawa ta pozostaje aktualnym, poruszającym świadectwem jego drogi i prześladowań, a także znakomitym materiałem dla redakcji, które chcą przypominać jego historię.

Wystawa jest dostępna online – do oglądania i pobierania – pod LINKIEM.

Zachęcamy do jej wykorzystania w publikacjach, audycjach, materiałach wideo i działaniach informacyjnych.

Niech głos Polonii będzie donośny. Niech przypomina światu, że Andrzej Poczobut wciąż czeka na sprawiedliwość i wolność. Niech pokaże, że solidarność Polaków – niezależnie od miejsca zamieszkania – jest siłą, której nie da się uciszyć.

Redakcja Znadniemna.pl

 

25 marca 2026 roku minie pięć lat od bezprawnego uwięzienia Andrzeja Poczobuta – dziennikarza, działacza polskiej mniejszości na Białorusi, człowieka niezłomnego charakteru i odwagi, laureata Nagrody Światowego Stowarzyszenia Mediów Polonijnych „Za wolność słowa” oraz wielu prestiżowych wyróżnień, w tym Orderu Orła Białego i Nagrody im.

Władze Mińska po raz kolejny odmówiły wiernym zgody na modlitwę pod zamkniętym Czerwonym Kościołem, mimo że prosili jedynie o możliwość krótkiego, pokojowego zgromadzenia w symboliczną dla parafii datę. To kolejny przykład systematycznych ograniczeń nakładanych na katolików w białoruskiej stolicy.

Mińscy katolicy zwrócili się do władz z prośbą o pozwolenie na modlitwę przy Czerwonym Kościele w rocznicę jego konsekracji. Wierni podkreślali, że nie planują żadnej manifestacji ani wydarzenia o charakterze publicznym – jedynie krótką modlitwę w miejscu, które od lat pozostaje duchowym centrum wspólnoty.

Mimo to Komitet Wykonawczy Miasta Mińska odmówił, argumentując, że zgromadzenie modlitewne na placu przed świątynią byłoby traktowane jako „impreza masowa”, a takie – zgodnie z białoruskim prawem – nie mogą odbywać się bez specjalnego zezwolenia. Władze powołały się również na bliskość budynków rządowych, co ma dodatkowo uniemożliwiać organizację jakichkolwiek zgromadzeń.

Czerwony Kościół pozostaje zamknięty od 2022 roku, kiedy po nocnym pożarze władze nakazały jego „czasowe wyłączenie z użytkowania”. Od tamtej pory wierni wielokrotnie prosili o możliwość modlitwy choćby na dziedzińcu lub w przeszklonej galerii wewnątrz budynku – każdorazowo bezskutecznie. Parafia od miesięcy nie ma dostępu do świątyni, a jej przyszłość pozostaje niepewna.

Wierni podkreślają, że odmowa w tak ważnym dniu jest dla nich szczególnie bolesna i odbierają ją jako kolejny sygnał, że władze nie zamierzają dopuścić do powrotu życia religijnego w jednym z najważniejszych kościołów Mińska.

Znadniemna.pl na podstawie Katolik.life, fot.: Katolik.life

Władze Mińska po raz kolejny odmówiły wiernym zgody na modlitwę pod zamkniętym Czerwonym Kościołem, mimo że prosili jedynie o możliwość krótkiego, pokojowego zgromadzenia w symboliczną dla parafii datę. To kolejny przykład systematycznych ograniczeń nakładanych na katolików w białoruskiej stolicy. Mińscy katolicy zwrócili się do władz z

Po raz pierwszy od kilku lat władze Baranowicz zezwoliły katolikom na zorganizowanie Drogi Krzyżowej ulicami miasta. To przełomowa decyzja, bo w poprzednich latach parafie regularnie otrzymywały odmowy, a nabożeństwo mogło odbywać się jedynie na terenie kościelnym.

22 marca o godzinie 14.00 wierni wyruszyli z kościoła Podwyższenia Świętego Krzyża, rozpoczynając procesję na ulicy Kujbyszewa. Niosąc krzyż, kapłani, osoby konsekrowane i parafianie przeszli tradycyjne 14 stacji Drogi Krzyżowej, modląc się i rozważając Mękę Pańską.

Uczestnicy śpiewali pieśni żałobne, a procesja przeszła ulicami Pionierską, Prytyckiego, Komsomolską oraz Minina i Pożarskiego. Jak relacjonują świadkowie, szczególne poruszenie wywoływał moment, gdy na każdej stacji dziesiątki rąk unosiły ogromny krzyż, który majestatycznie wznosił się na tle błękitnego, wiosennego nieba przy akompaniamencie uderzeń w bęben.

Dla miejscowej wspólnoty było to wydarzenie o wyjątkowym znaczeniu. Po latach ograniczeń i odmów powrót do publicznej formy nabożeństwa stał się symbolem nadziei i duchowej jedności. Wierni podkreślali, że możliwość przejścia ulicami Baranowicz to nie tylko tradycja, ale także ważne świadectwo wiary.

Uczestnicy wyrazili nadzieję, że tegoroczne pozwolenie nie będzie jednorazowym wyjątkiem, lecz początkiem powrotu do normalności po latach restrykcji wobec praktyk religijnych.

 Fotorelacja z Drogi Krzyżowej w Baranowiczach za portalem Diecezji Pińskiej

Znadniemna.pl na podstawie Katolik.life  i Pinskdiocese.by, zdjęcia: Pinskdiocese.by

Po raz pierwszy od kilku lat władze Baranowicz zezwoliły katolikom na zorganizowanie Drogi Krzyżowej ulicami miasta. To przełomowa decyzja, bo w poprzednich latach parafie regularnie otrzymywały odmowy, a nabożeństwo mogło odbywać się jedynie na terenie kościelnym. 22 marca o godzinie 14.00 wierni wyruszyli z kościoła Podwyższenia

Mimo że ceny paliw na Białorusi i w rosyjskim obwodzie królewieckim są ponad dwukrotnie niższe niż w Polsce i na Litwie, służby graniczne nie obserwują wzrostu ruchu w celu tankowania.

Choć litr oleju napędowego na Białorusi kosztuje około 0,8 euro, a w obwodzie królewieckim benzyna jest dostępna za równowartość około 3 zł, podczas gdy w Polsce i na Litwie ceny przekraczają 1,7–2 euro za litr, zarówno polskie, jak i litewskie służby podkreślają, że nie widać zwiększonego ruchu związanego z „turystyką paliwową”.

Litewska Służba Ochrony Granicy Państwowej (VSAT) przekazała mediom, że mimo znaczącej różnicy cen nie odnotowuje większej liczby osób przekraczających granicę w celu tankowania.

Według polskiej Straży Granicznej również na przejściach polsko‑białoruskich nie obserwuje się zwiększonego ruchu osobowego.

Podobnie wygląda sytuacja na granicy z obwodem królewieckim. Jak donosi portal Wirtualna Polska, powołując się na polskie służby, także tam nie widać wzrostu ruchu, mimo że rosyjskie media chwalą się „sukcesem” taniego paliwa tuż za granicą. Polskie służby podkreślają, że ruch jest stabilny, a kierowcy nie traktują obwodu królewieckiego jako miejsca do taniego tankowania.

Jeśli chodzi o wyjazdy na Białoruś, o słabym zainteresowaniu nimi ze strony Polaków decydują przede wszystkim ograniczenia proceduralne i polityczne. Choć Polacy mogą korzystać z ruchu bezwizowego, wymaga on wcześniejszej rejestracji, ubezpieczenia i spełnienia szeregu formalności, co skutecznie uniemożliwia spontaniczne wyjazdy „po tanie tankowanie”. Dodatkowo białoruskie służby ściśle kontrolują ilość paliwa wywożonego w baku, a przewóz paliwa w kanistrach jest zabroniony.

W przypadku obwodu królewieckiego sytuację ograniczają sankcje, kontrole oraz niepewność polityczna.

W efekcie, mimo że napełnienie 60‑litrowego zbiornika na Białorusi kosztuje około 50 euro, a w Polsce i na Litwie ponad 120 euro, różnica ta nie wpływa na zachowania kierowców. Podobnie nie działa niska cena paliwa w obwodzie królewieckim.

Eksperci podkreślają, że dopóki utrzymują się obecne ograniczenia i napięcia polityczne, „turystyka paliwowa” na granicach z Białorusią i Rosją pozostanie zjawiskiem marginalnym.

Znadniemna.pl na podstawie Wilnoteka.lt i Wiadomosci.wp.plfot.: podrozewojownika/TikTok / 123RF

Mimo że ceny paliw na Białorusi i w rosyjskim obwodzie królewieckim są ponad dwukrotnie niższe niż w Polsce i na Litwie, służby graniczne nie obserwują wzrostu ruchu w celu tankowania. Choć litr oleju napędowego na Białorusi kosztuje około 0,8 euro, a w obwodzie królewieckim benzyna jest

W 240. rocznicę urodzin Joachima Lelewela warto przypomnieć sobie, że ten wybitny historyk patrzył na dzieje Polski szerzej, niż wielu jego współczesnych. Interesowało go nie tylko to, co działo się w Krakowie czy Warszawie, lecz także to, co tętniło życiem na ziemiach dawnego Wielkiego Księstwa Litewskiego — w przestrzeni, gdzie od stuleci stykały się języki, kultury i wyznania religijne, nierzadko żyjące obok siebie w napięciu. Lelewel doskonale rozumiał tę wielowarstwowość. W dziele pt. „Historyka” pisał wprost, że Rzeczpospolita była „związkiem ludów rozmaitych, a przecie wspólnych sobie”.

To właśnie ta perspektywa — szeroka, otwarta, daleka od narodowego egoizmu — sprawia, że jego myśl brzmi dziś zaskakująco aktualnie. Lelewel nie miał w sobie pokusy, by historię sprowadzać do jednego głosu. Przeciwnie: podkreślał, że „nie jedna tylko narodowość, ale wiele ich współdziałało w dziejach naszych”. W czasach, gdy rodziły się nowoczesne nacjonalizmy, przypominał, że przeszłość Rzeczypospolitej była wspólnym dziełem wielu narodów.

W jego ujęciu to właśnie pogranicze — ziemie między Niemnem a Dnieprem — było sercem dawnego państwa. Nie peryferie, nie margines, lecz fundament. W „Uwagach nad dziejami Polski i Litwy” pisał jasno: „Litwa i Ruś nie były dodatkiem, lecz częścią równą i współtworzącą”. Trudno o bardziej jednoznaczne potwierdzenie, że Lelewel widział w tych ziemiach pełnoprawny podmiot historii, a nie tło dla dziejów Korony.

Dlatego jego myśl tak dobrze rezonuje dziś na Białorusi, gdzie wciąż trwa poszukiwanie własnej opowieści o przeszłości. Lelewel był jednym z pierwszych, którzy mówili o „prawach dziejowych każdego ludu”. W czasach, gdy dominowały narracje centralistyczne, on dostrzegał wielogłosowość i podmiotowość narodów Kresów.

Jego biografia — pełna emigracyjnych tułaczek — tylko wzmacnia tę kresową wrażliwość. W jednym z listów pisał: „Ojczyzna moja jest w sercu, nie na granicach”. To zdanie brzmi jak wyznanie człowieka, który rozumiał, że kraj to nie tylko mapa, lecz także pamięć, doświadczenie i wspólnota losu.

Dlatego dziś, wspominając jego urodziny, warto widzieć w Lelewelu nie tylko uczonego, ale także strażnika idei Rzeczypospolitej wielu narodów — idei, która wyrastała właśnie z ziem pogranicza. W „Polsce, dziejach i rzeczach jej” przypominał, że „wspólność dziejów jest większą siłą niż granice i podziały”. To zdanie mogłoby być mottem całej jego twórczości.

Lelewel nie był synem Kresów, ale jego myśl — otwarta, dialogiczna, wielonarodowa — wyrastała z tej samej tradycji, która przez wieki kształtowała ziemie dzisiejszej Białorusi. I dlatego właśnie tam, bardziej niż gdziekolwiek indziej, jego głos brzmi dziś wyjątkowo mocno.

Joachim Lelewel — rys biograficzny

Joachim Lelewel (1786–1861) był jednym z najwybitniejszych polskich historyków XIX wieku, a zarazem działaczem politycznym, publicystą i jednym z duchowych patronów polskiej oraz litewsko‑białoruskiej myśli niepodległościowej. Urodził się 22 marca 1786 roku w Warszawie, w rodzinie o tradycjach szlacheckich i inteligenckich. Studiował na Uniwersytecie Wileńskim, gdzie szybko dał się poznać jako niezwykle utalentowany badacz i wykładowca. W Wilnie rozpoczęła się jego naukowa kariera, a zarazem fascynacja historią ziem dawnego Wielkiego Księstwa Litewskiego.

Po upadku powstania listopadowego Lelewel udał się na emigrację, najpierw do Francji, później do Belgii. Tam powstała większość jego najważniejszych prac, w tym „Historyka”, „Dzieje Polski”, „Uwagi nad dziejami Polski i Litwy” oraz liczne rozprawy kartograficzne i źródłoznawcze. Na emigracji angażował się także w działalność polityczną, współtworząc środowiska demokratyczne i republikańskie.

Był uczonym o niezwykłej erudycji i szerokich horyzontach. Jako jeden z pierwszych polskich historyków patrzył na dzieje Rzeczypospolitej nie przez pryzmat jednego narodu, lecz jako wspólne dziedzictwo Polaków, Litwinów, Rusinów, Żydów i Tatarów. Jego prace wywarły ogromny wpływ na rozwój historiografii w Polsce, na Litwie i na Białorusi, a jego myśl — otwarta, dialogiczna i wielonarodowa — do dziś inspiruje badaczy i czytelników.

Joachim Lelewel zmarł w 1861 roku w Brukseli, gdzie został pochowany. W 1929 roku jego prochy sprowadzono do Wilna i złożono na Rossie — w mieście, które było jednym z najważniejszych punktów odniesienia jego życia i twórczości.

Opr. Adolf Gorzkowski / Znadniemna.pl, portret Joachima Lelewela po 1831 roku, źródło: Wikipedia

 

W 240. rocznicę urodzin Joachima Lelewela warto przypomnieć sobie, że ten wybitny historyk patrzył na dzieje Polski szerzej, niż wielu jego współczesnych. Interesowało go nie tylko to, co działo się w Krakowie czy Warszawie, lecz także to, co tętniło życiem na ziemiach dawnego Wielkiego Księstwa

Przejdź do treści