HomeStandard Blog Whole Post

Ministerstwo Spraw Zagranicznych Litwy poinformowało, że w ramach złożonego fake newsa publikowano fake newsy, rzekomo powiązane z litewską dyplomacją. Dochodzenie w tej sprawie prowadzą już na Litwie odpowiednie służby. Hakerzy, którzy zaatakowali konto na Twitterze Tomasza Sakiewicza, stronę „Poland Daily” oraz portal Związku Polaków na Białorusi Znadniemna.pl, zablokowali także szefowi „GP” dostęp do tweetdecka – aplikacji do zarządzania Twitterem. Jak dowiedział się portal Niezalezna.pl – atak na powiązany z Telewizją Republiką serwis „Poland Daily” został dokonany z Rygi, stolicy Łotwy.

Rasa Jakilaitiene, rzeczniczka litewskiego ministra spraw zagranicznych, powiedziała, że fałszywa wiadomość została umieszczona na polskiej stronie internetowej.

Fałszywe wiadomości pojawiły się na Polanddaily.com. W zamieszczonym tam artykule znalazła się uwaga ministra Linkeviciusa, w której twierdził, że na Białoruś trzeba wysłać siły pokojowe – powiedziała rzeczniczka.

Rzeczniczka litwewskiego MSZ zwróciła uwagę, że dla podniesienia wiarygodności fake newsa w artykule pojawiała się także wzmianka na temat polskiego ministra spraw zagranicznych.

Ministerstwo Spraw Zagranicznych Litwy wydało oświadczenie zaprzeczające fałszywym informacjom. Potwierdzono, że odpowiednie służby wszczęły już w tej sprawie dochodzenie.

Jest wysoce prawdopodobne, że trwa cyberatak informacyjny, który jest obecnie badany przez władze litewskie – czytamy w komunikacie.

Redaktor naczelny „Gazety Polskiej” stracił dostęp do konta (zmieniono hasło), na którym wstawiono odnośnik do artykułu zamieszczonego na portalu Znadniemna.pl, który prowadzi Związek Polaków na Białorusi. Ów artykuł to także cyberprowokacja. Dowiadujemy się z niego, że „Polska i Litwa wzywają NATO do wysłania wojsk na Białoruś”.

Podrobiony artykuł na portalu „Poland Daily” nosił tytuł „Polska i Litwa naciskają na wysłanie wojsk na Białoruś”. Napisany był w języku angielskim i podobnie jak publikacja wrzucona na Znadniemna.pl, dezinformował o rzekomych naciskach Polski, Litwy i Stanów Zjednoczonych na NATO. W tekście pojawiły się też nazwiska ministra spraw zagranicznych Polski Zbigniewa Rau oraz Swiatłany Cichanouskiej. Na zdjęciu głównym umieszczono szefa litewskiej dyplomacji Linasa Linkevičiusa.

To nie pierwszy rosyjski atak na media związane ze „Strefą Wolnego Słowa”. Przypomnijmy: w maju 2020 r. portal Niezalezna.pl dwukrotnie padł ofiarą rosyjskich hakerów, którzy zmieniali treść naszych publikacji.

Na naszą stronę (a także na portale Telewizji Republika, Radia Szczecin, olsztyn24.pl oraz stronę gminy Orzysz, gdzie znajduje się garnizon) wstawiono artykuł pt. Amerykanie „chwalą” pobyt w Drawsku. „Jedyne czym mogą strzelić to gumki od majtek”

Gdy opublikowaliśmy informację o tym ataku, Rosjanie dokonali kolejnego włamania, zmieniając ją na „newsa”, że Niezalezna.pl przyznaje się do autorstwa wcześniejszego artykułu.

To nie koniec działań Moskwy przeciwko naszym mediom. Pod koniec maja na anglojęzycznym prorosyjskim portalu „The Duran” ukazał się „wywiad”, przeprowadzony rzekomo przez Katarzynę Gójską dla „Gazety Polskiej”. Rozmówcą wicenaczelnej tygodnika miał być amerykański generał broni Christopher G. Cavoli, dowódca sił amerykańskich w Europie. Nie trzeba chyba dodawać, że rozmowa, w której Cavoli twierdzi, że Polska i kraje bałtyckie są fatalnie zorganizowane pod względem militarnym, została w całości wymyślona.

Znadniemna.pl za niezalezna.pl

Ministerstwo Spraw Zagranicznych Litwy poinformowało, że w ramach złożonego fake newsa publikowano fake newsy, rzekomo powiązane z litewską dyplomacją. Dochodzenie w tej sprawie prowadzą już na Litwie odpowiednie służby. Hakerzy, którzy zaatakowali konto na Twitterze Tomasza Sakiewicza, stronę „Poland Daily” oraz portal Związku Polaków na

Prof. Victor Ambros, laureat Nagrody Nobla w dziedzinie medycyny z 2024 roku, rozpoczął wizytę w Polsce i oficjalnie potwierdził, że ubiega się o polskie obywatelstwo.

Profesor Ambros spotkał się w poniedziałek, 9 marca, w Kancelarii Premiera z Donaldem Tuskiem, inaugurując kilkudniowy pobyt w Polsce.

Podczas rozmowy z szefem rządu noblista opowiedział o swojej, głęboko zakorzenionej w polsko białoruskim pograniczu, rodzinnej historii, którą opisywaliśmy w październiku 2024 roku.

Ojciec Victora – Longin Ambros, urodzony w 1923 roku we wsi Dordziszki na Oszmiańszczyźnie, przeszedł dramatyczną drogę od osieroconego dziecka, przez robotnika przymusowego w III Rzeszy, po tłumacza w armii USA i amerykańskiego spadochroniarza z ponad setką skoków na koncie.

Po wojnie Longin Ambros wyemigrował do Stanów Zjednoczonych, gdzie w 1953 roku otrzymał obywatelstwo. Prowadził farmę mleczarską w Wisconsin, a później warsztat stolarski i sklep meblowy. Zmarł w 2014 roku, pozostawiając po sobie historię niezwykłej determinacji i pracowitości.

Prof. Victor Ambros, który dorastał na rodzinnej farmie w Vermont, wielokrotnie podkreślał, jak silnie czuje więź z polskim dziedzictwem. W wywiadzie dla „Journal of Cell Biology” wspominał dzieciństwo „pośród krów i świń”, a także opowiadał o rodzicach, którzy po wojnie budowali swoje życie od nowa.

W 2024 roku Ambros – wspólnie z Garym Ruvkunem – otrzymał Nagrodę Nobla za odkrycie mikroRNA i jego fundamentalnej roli w regulacji genów. Od ubiegłego roku prof. Ambros jest przewodniczącym Rady Naukowej IMol – Międzynarodowego Instytutu Mechanizmów i Maszyn Molekularnych, działającego w strukturach Instytutu Chemii Bioorganicznej PAN.

Jego starania o polskie obywatelstwo mają wymiar symboliczny i osobisty. To powrót do korzeni, ale także wyraz uznania dla polskiej nauki, z którą od lat współpracuje. W najbliższych dniach noblista spotka się z przedstawicielami środowiska naukowego oraz odwiedzi miejsca związane z historią swojej rodziny.

Znadniemna.pl na podstawie strony Forum Akademickie na Facebooku, fot.: facebook.com/ForumAkademickie

Prof. Victor Ambros, laureat Nagrody Nobla w dziedzinie medycyny z 2024 roku, rozpoczął wizytę w Polsce i oficjalnie potwierdził, że ubiega się o polskie obywatelstwo. Profesor Ambros spotkał się w poniedziałek, 9 marca, w Kancelarii Premiera z Donaldem Tuskiem, inaugurując kilkudniowy pobyt w Polsce. Podczas rozmowy z

Specjalny wysłannik Białego Domu John Cole ma przybyć do Mińska w przyszłym tygodniu – donosi dobrze poinformowany portal Delfi.lt. Jego wizyty w 2025 roku dwukrotnie poprzedzały masowe zwolnienia więźniów politycznych, dlatego w Mińsku i poza nim rosną oczekiwania, że także tym razem może dojść do ważnych decyzji reżimu.

18 marca Cole najpierw pojawi się w Wilnie, a następnie uda się do Mińska i. Poprzednie wizyty amerykańskiego wysłannika w stolicy Białorusi miały wyraźny wpływ na sytuację represjonowanych: po jego przybyciu do Mińska 11 września oraz 13 grudnia zwolniono duże grupy więźniów politycznych.

W ostatniej, liczącej 123 osoby grupie, znaleźli się m.in. . szef i założyciel Centrum Praw Człowieka „Wiasna”, laureat Pokojowej Nagrody Nobla Aleś Bialacki oraz jego współpracownik Uładzimir Łabkowicz. Wśród wywiezionych z Białorusi byli także Maria Kalesnikawa – symbol protestów z 2020 roku – oraz Wiktar Babaryka, były kandydat na prezydenta.

Wciąż jednak nie odzyskał wolności Andrzej Poczobut, na co liczono szczególnie po tym, jak Polska zdecydowała się na daleko idące ustępstwa, otwierając wszystkie przejścia graniczne z Białorusią, zamknięte wcześniej w reakcji na kryzys migracyjny i surowy wyrok dla działacza ZPB. Za dwa tygodnie minie pięć lat od jego uwięzienia. Wiele osób ma nadzieję, że misja Johna Cole’a zakończy się tym razem także jego uwolnieniem – i nie tylko jego.

Według danych Centrum Praw Człowieka „Wiasna” w białoruskich więzieniach przebywa obecnie co najmniej 1139 więźniów politycznych.

Znadniemna.pl na podstawie Kresy24.pl / Delfi.lt, na zdjęciach: Andrzej Poczobut i John Cole. Fot: Kolaż Kresy24.pl/Sb.by/belta.by

Specjalny wysłannik Białego Domu John Cole ma przybyć do Mińska w przyszłym tygodniu – donosi dobrze poinformowany portal Delfi.lt. Jego wizyty w 2025 roku dwukrotnie poprzedzały masowe zwolnienia więźniów politycznych, dlatego w Mińsku i poza nim rosną oczekiwania, że także tym razem może dojść do

Po latach bezskutecznych starań kapucyni na Białorusi wreszcie doczekali się oficjalnej rejestracji swojej wspólnoty zakonnej. Decyzję władz ogłoszono 3 marca, gdy przedstawiciel państwowego urzędu wręczył dokument potwierdzający powstanie religijnej organizacji Zakonu Braci Mniejszych Kapucynów. To pierwszy taki przypadek w historii białoruskich kapucynów.

Przedstawiciel urzędu Pełnomocnika ds. religii i narodowości Siergiej Gierasimienia wręcza bratu Olegowi Shendzie OFMCap, przełożonemu generalnemu, Świadectwo o państwowej rejestracji organizacji religijnej »Rzymskokatolicka wspólnota zakonna ‹Zakon Braci Mniejszych Kapucynów›«

Jak poinformowali przedstawiciele zakonu, 3 marca 2026 roku przedstawiciel urzędu Pełnomocnika ds. Religii i Narodowości wręczył bratu Olegovi Shendzie, kustoszowi Zakonu Braci Mniejszych Kapucynów na Białorusi, dokument potwierdzający państwową rejestrację religijnej organizacji „Rzymskokatolicka wspólnota zakonna Zakonu Braci Mniejszych Kapucynów”.

Dla kapucynów jest to wydarzenie przełomowe. W poprzednich latach wielokrotne próby rejestracji wspólnoty kończyły się odmową władz, mimo że zakon działał już w kilku miastach kraju. Statut wspólnoty był wielokrotnie poprawiany i uzupełniany, jednak przez długi czas nie przynosiło to oczekiwanego rezultatu.

Mimo braku oficjalnego statusu zakonnicy prowadzili działalność duszpasterską w parafiach w różnych miastach Białorusi, tworząc tzw. kustodię – jednostkę organizacyjną w strukturze zakonu. Formalnie jednak wspólnota nie posiadała osobowości prawnej uznawanej przez państwo.

Uzyskanie rejestracji zmienia sytuację kapucynów. Wspólnota zakonna stała się odrębną organizacją religijną posiadającą osobowość prawną, co daje jej m.in. prawo do posiadania własnego majątku czy prowadzenia konta bankowego. Jakie jeszcze możliwości przyniesie rejestracja, okaże się po opublikowaniu statutu wspólnoty.

Brat Oleg Shenda wyraził nadzieję, że nowy status stanie się impulsem do dalszego rozwoju działalności kapucynów na Białorusi. Jak podkreślił, zakon chce nadal służyć społeczeństwu poprzez działalność duszpasterską, kulturalną, społeczną i edukacyjną.

Nie bez znaczenia jest również symbolika daty rejestracji. Nastąpiła ona w roku obchodów 800. rocznica narodzin św. Franciszka z Asyżu, założyciela zakonu franciszkanów, z którego wywodzą się kapucyni.

W środowisku katolików na Białorusi pojawiają się także opinie, że na decyzję władz mogła wpłynąć wizyta kardynała Claudio Gugerotti, który w październiku 2025 roku przebywał w Mińsku i prowadził rozmowy z przedstawicielami władz państwowych. Według wiernych jednym z tematów spotkań była również sytuacja kapucynów w kraju.

Co ciekawe, podczas tych spotkań tłumaczem był jeden z zakonników. Kapucyni od kilku lat pracują bowiem w Nuncjaturze Apostolskiej na Białorusi.

Zgodnie z dokumentami nowo zarejestrowana organizacja kapucynów weszła w skład republikańskiego związku religijnego Konferencji Katolickich Biskupów Białorusi.

Po latach bezskutecznych starań kapucyni na Białorusi wreszcie doczekali się oficjalnej rejestracji swojej wspólnoty zakonnej. Decyzję władz ogłoszono 3 marca, gdy przedstawiciel państwowego urzędu wręczył dokument potwierdzający powstanie religijnej organizacji Zakonu Braci Mniejszych Kapucynów. To pierwszy taki przypadek w historii białoruskich kapucynów. [caption id="attachment_72515" align="alignnone" width="480"]

Dwóch polskich księży, którzy przez ponad dekadę posługiwali w parafiach w obwodzie brzeskim, musi opuścić Białoruś. Władze nie przedłużyły zgody na ich działalność duszpasterską. W rezultacie aż sześć parafii w trzech rejonach diecezji pińskiej zostało bez stałej opieki kapłańskiej – i to w czasie Wielkiego Postu.

O sprawie poinformował wiernych ordynariusz diecezji pińskiej, Antoni Dziemianko, w komunikacie opublikowanym na stronie diecezji. Jak przekazał hierarcha, państwowe władze nie wydały zgody na dalszą posługę kapłanów. 8 marca wierni w parafiach pożegnali swoich duszpasterzy.

Białoruś muszą opuścić ksiądz Adam Straczyński, który przez 11 lat był proboszczem w Iwacewiczach, Kosowie i Wołce, oraz ksiądz Paweł Kruczek, posługujący od 13 lat w Iwanowie, Drohiczynie i Bezdzieżu. Ich wyjazd oznacza, że sześć parafii w trzech rejonach pozostaje bez stałych duszpasterzy.

Biskup Antoni Dziemianko przyznał, że dla diecezji jest to szczególnie trudna sytuacja. Podkreślił, że Kościół już teraz zmaga się z brakiem miejscowych kapłanów, a wielu księży musi obsługiwać po kilka parafii, często oddalonych od siebie o kilkadziesiąt kilometrów.

– Dziś przeżywamy czas, kiedy brakuje miejscowych duszpasterzy. Modlimy się o nowe powołania kapłańskie i wspieramy naszych seminarzystów. Wieloletni proboszcz opuszcza wasze parafie nie z własnej woli. To ból dla nas wszystkich. Jako biskupi i kapłani będziemy jednak starać się was wspierać i pomagać – zwrócił się do wiernych hierarcha.

Głos w sprawie zabrał także wikariusz generalny diecezji pińskiej, biskup Andrzej Znosko. Na swojej stronie napisał, że przymusowy wyjazd księdza Pawła z Iwanowa i księdza Adama z Iwacewicz jest poważnym ciosem dla całej diecezji.

– To wielka tragedia dla naszej diecezji, ponieważ wierni z trzech rejonów zostali nagle pozbawieni opieki duszpasterskiej. Co dalej robić – nie wiem. Jedynie modlitwa wspólnoty Kościoła daje w tej sytuacji pocieszenie i nadzieję – napisał duchowny.

W diecezji pińskiej już od kilku lat odczuwalny jest poważny niedobór księży. Wielu kapłanów zmuszonych jest dojeżdżać i obsługiwać jednocześnie kilka parafii w różnych, często odległych miejscowościach.

Decyzja władz o nieprzedłużeniu zgody na działalność duszpasterską dwóch księży zapadła mimo wcześniejszej współpracy kierownictwa diecezji z lokalnymi władzami państwowymi oraz udziału duchowieństwa w wydarzeniach organizowanych przez państwo. Duchowni brali udział m.in. w obchodach tzw. Dnia Jedności Narodowej 17 września, upamiętniającego przyłączenie Zachodniej Białorusi do BSRR – wydarzenie, które dla Kościoła katolickiego w regionie miało w przeszłości tragiczne konsekwencje.

Znadniemna.pl/katolik.life

 

Dwóch polskich księży, którzy przez ponad dekadę posługiwali w parafiach w obwodzie brzeskim, musi opuścić Białoruś. Władze nie przedłużyły zgody na ich działalność duszpasterską. W rezultacie aż sześć parafii w trzech rejonach diecezji pińskiej zostało bez stałej opieki kapłańskiej – i to w czasie Wielkiego

XIX‑wieczna księga parafialna z podgrodzieńskich Ejsmontów Wielkich, która niespodziewanie pojawiła się na polskiej aukcji, wywołując oburzenie historyków i lokalnej społeczności, została ocalona. Dzięki interwencji białoruskich mecenasów, związanych z inicjatywą MALDZIS, rękopis wróci do instytucji, gdzie będzie dostępny dla badaczy.

Zaginiona księga, zatytułowana na okładce „ZURNAŁY PLEBANII EYSYMONTTOWSKIEJ od roku 1833 do roku 184…”, pojawiła się na polskim portalu aukcyjnym OneBid. Jej opis podkreślał wyjątkową wartość: format 24×39 cm, aż 263 ponumerowane karty — czyli 526 stron — zachowana przednia okładka z epoki i fragment skórzanego grzbietu, papier czerpany ze znakami wodnymi oraz rękopiśmienny charakter dokumentu, w 95 procentach sporządzonego po polsku, a w pozostałej części po rosyjsku. Księga była kopiariuszem rozporządzeń kościelnych i państwowych, prowadzonym głównie ręką proboszcza i dziekana grodzieńskiego Michała Siezieniewskiego, który kierował parafią w latach 1812–1850. Zawierała korespondencję do biskupa, konsystorza, sądu powiatowego, gubernatora wojennego, a także liczne świadectwa, przysięgi, informacje o aktach metrycznych, listy parafian dostarczających kamienie na budowę nowego kościoła oraz zapisy dotyczące spraw obyczajowych, jak choćby poszukiwania zbiegłej od męża Rozalii. Dokument stanowił unikatowy obraz funkcjonowania parafii Imienia Najświętszej Maryi Panny i św. Jana Nepomucena w Ejsymontach Wielkich, której początki sięgają 1659 roku, a której murowany kościół wznoszono właśnie w latach opisanych w księdze. Zapisane przez czternaście lat notatki ukazywały codzienność duchowieństwa, relacje z władzami, życie społeczne i religijne oraz proces kształtowania się kancelarii parafialnej — materiał o ogromnej wartości naukowej.

Pojawienie się takiego rękopisu na aukcji wywołało natychmiastową reakcję badaczy i mediów. W sprawę zaangażowała się inicjatywa MALDZIS, która koordynuje działania białoruskich mecenasów ratujących artefakty związane z historią kraju. Jej opiekun, Ryhor Astapienia, zapowiadał w mediach społecznościowych, że trwają intensywne działania: „Wszystko będzie dobrze, czekajcie na informacje w poniedziałek rano!”

Jak poinformował portal MOST, księgę ostatecznie wykupił jeden z białoruskich mecenasów współpracujących z MALDZIS.

To kolejny sukces inicjatywy, która wcześniej pozyskała m.in. litografie Napoleona Ordy — dziś prezentowane w Muzeum Wolnej Białorusi w Warszawie — pierwszą mapę Białorusi w języku białoruskim, francuskie wydanie „Wielkiego kunsztu artylerii” Kazimierza Siemienowicza, pierwsze wydanie „Berła władzy” Symeona Połockiego oraz wiele innych cennych obiektów. Wszystkie są zabezpieczane z myślą o przyszłości i mają trafić do białoruskich muzeów po demokratycznych przemianach w kraju.

Dzięki wykupieniu księgi z Ejsmontów Wielkich uniknięto jej zniknięcia w prywatnej kolekcji, a dokument, który przez lata uchodził za utracony, ponownie stanie się częścią dziedzictwa regionu grodzieńskiego. Cała historia pokazała, jak łatwo bezcenne archiwalia mogą trafić na rynek antykwaryczny, ale też jak skuteczna potrafi być szybka reakcja społeczności i instytucji dbających o ochronę narodowego dziedzictwa.

Znadniemna.pl na podstawie Mostmedia.oina zdjęciu: okładka ocalonej księgi, fot.: Onebid.pl

XIX‑wieczna księga parafialna z podgrodzieńskich Ejsmontów Wielkich, która niespodziewanie pojawiła się na polskiej aukcji, wywołując oburzenie historyków i lokalnej społeczności, została ocalona. Dzięki interwencji białoruskich mecenasów, związanych z inicjatywą MALDZIS, rękopis wróci do instytucji, gdzie będzie dostępny dla badaczy. Zaginiona księga, zatytułowana na okładce „ZURNAŁY PLEBANII

Dyskusja o językach liturgii w Kościele katolickim na Białorusi rozgorzała wśród użytkowników serwisu Threads  po pytaniu zadanym przez projekt Pax.tv, którym kieruje ks. Jurij Sańko, rzecznik archidiecezji mińsko‑mohylewskiej. Choć w komentarzach pojawiło się wiele stereotypowych pytań od osób niezwiązanych z Kościołem, szczególne zainteresowanie wzbudził temat języka Mszy świętej.

Wśród propozycji ujawnił się wyraźny postulat zwiększenia liczby Mszy po polsku w białoruskiej stolicy, a także wprowadzenia choć jednej niedzielnej liturgii po rosyjsku w każdej katolickiej parafii. Jedna z wiernych zwróciła bowiem uwagę, że w kraju, gdzie większość mieszkańców na co dzień posługuje się rosyjskim, brakuje liturgii w tym języku – nawet w Mohylewie, dużym mieście położonym najbliżej Rosji. Jej zdaniem sytuacja, w której dominujący język komunikacji nie znajduje odzwierciedlenia w liturgii, jest trudna do zrozumienia.

Postulat ów spotkał się jednak z natychmiastowym sprzeciwem części wiernych. Podkreślali oni, że Kościół katolicki jest jednym z niewielu miejsc, gdzie język białoruski ma stabilną oraz naturalną przestrzeń i nie musi konkurować z rosyjskim. Dla nich wprowadzenie Mszy po rosyjsku byłoby niepożądane, a nawet symbolicznie niepokojące. Jak zauważył jeden z komentujących, Kościół jest „przestrzenią wytchnienia”, w której białoruski brzmi wyjątkowo i powinien pozostać językiem liturgii.

W dyskusji pojawił się również temat Mszy po polsku. Wierni wskazywali, że w Mińsku brakuje ich szczególnie osobom starszym, które przez lata modliły się po polsku i mają trudność z przyswojeniem modlitw po białorusku. Drugą grupą są młodzi ludzie z Grodzieńszczyzny, gdzie polski w liturgii jest tradycyjnie obecny. Po przeprowadzce do stolicy odczuwają brak znanej im formy modlitwy. Jednocześnie warto zauważyć, że w wielu parafiach Grodzieńszczyzny obserwowany jest odwrotny trend – stopniowe zastępowanie polskiego językiem białoruskim.

Ks. Sańko, odpowiadając na pytania internautów dotyczące języka liturgii, podkreślił, że kwestie te są złożone i wymagają rozmowy z proboszczem konkretnej parafii, a niekiedy także z władzami archidiecezji. Dyskusja wywołana przez rzecznika archidiecezji mińsko‑mohylewskiej ujawniła jednak coś więcej niż tylko praktyczne potrzeby wiernych. Język liturgii na Białorusi pozostaje zagadnieniem silnie splecionym z poczuciem wspólnoty, pamięcią i emocjami. Widać wyraźnie, że dla wielu katolików wybór języka Mszy to nie tylko kwestia wygody, lecz także ważny element duchowej i narodowej świadomości.

Znadniemna.pl na podstawie Katolik.life, fot.: Katolik.life

Dyskusja o językach liturgii w Kościele katolickim na Białorusi rozgorzała wśród użytkowników serwisu Threads  po pytaniu zadanym przez projekt Pax.tv, którym kieruje ks. Jurij Sańko, rzecznik archidiecezji mińsko‑mohylewskiej. Choć w komentarzach pojawiło się wiele stereotypowych pytań od osób niezwiązanych z Kościołem, szczególne zainteresowanie wzbudził temat

Wczoraj, 6 marca, podczas inauguracji Roku Andrzeja Wajdy w Krakowie wręczono Nagrody im. wielkiego reżysera. Tegorocznymi laureatami zostali Danuta Wałęsa oraz Andrzej Poczobut – dziennikarz i działacz polskiej mniejszości na Białorusi, więziony przez reżim w Mińsku. Nagrodę przyznaną Poczobutowi w jego imieniu odebrała córka, Jana Poczobut.

Uroczysta inauguracja Roku Andrzeja Wajdy odbyła się w krakowskim Muzeum Sztuki i Techniki Japońskiej Manggha – instytucji ufundowanej przez samego reżysera i jego żonę, Krystynę Zachwatowicz. W wydarzeniu uczestniczyli przedstawiciele świata kultury i polityki, w tym marszałek Senatu Małgorzata Kidawa-Błońska oraz senatorowie.

Podczas uroczystości przypomniano, że twórczość autora „Kanału”, „Popiołu i diamentu”, „Człowieka z marmuru”, „Człowieka z żelaza” czy „Katynia” była czymś więcej niż tylko kinem. Wajda opowiadał o sprawach fundamentalnych – o historii, odpowiedzialności, moralnych wyborach i cenie prawdy.

Przemawia Marszałek Senatu RP Małgorzata Kidawa-Błońska

– Andrzej Wajda opowiadał o sprawach uniwersalnych. Współczesny świat, coraz bardziej trudny i niezrozumiały, wymaga wyjaśnień, jakich Andrzej Wajda dla nas szukał – podkreśliła marszałek Senatu.

Nagroda w duchu solidarności

Jednym z najważniejszych momentów inauguracji było wręczenie Nagrody im. Andrzeja Wajdy. W tym roku jej laureatami zostali Danuta Wałęsa oraz Andrzej Poczobut.

Nagrodę przyznano im za działalność w duchu solidarności społecznej oraz walkę o wolność słowa. W laudacjach podkreślano ich wkład w obronę wartości, które przez całe życie były bliskie samemu Wajdzie – odwagi, prawdy i odpowiedzialności za wspólnotę.

Ponieważ Andrzej Poczobut pozostaje więziony przez władze białoruskie, nagrodę w jego imieniu odebrała jego córka, Jana Poczobut, co było jednym z najbardziej poruszających momentów uroczystości.

Poczobut – głos Polaków na Białorusi

Wyróżnienie dla Andrzeja Poczobuta ma szczególny wymiar. Dziennikarz od lat związany jest z Związkiem Polaków na Białorusi i niezależnymi mediami, w których konsekwentnie opisywał sytuację polskiej mniejszości oraz realia życia w autorytarnym państwie.

Za swoją działalność wielokrotnie był prześladowany przez władze w Mińsku, a dziś pozostaje jednym z najbardziej znanych więźniów politycznych na Białorusi. Jego los stał się symbolem walki o wolność słowa i prawa obywatelskie. Dlatego nagroda przyznana w Roku Wajdy ma znaczenie nie tylko honorowe. To także gest solidarności z człowiekiem, który zapłacił wysoką cenę za wierność prawdzie.

Wajda w stulecie urodzin

Z okazji Roku Wajdy Muzeum Manggha przygotowało ekspozycję „Wajda. W stulecie urodzin”. Wystawa nawiązuje do doświadczeń reżysera z czasów II wojny światowej oraz pokazuje, jak wojna wpłynęła na jego wrażliwość i pierwsze lata twórczości. Opowiada także o jego fascynacji malarstwem, przyjaźniach z innymi artystami, zaangażowaniu w życie kulturalne i polityczne oraz o ważnych inicjatywach, takich jak Mistrzowska Szkoła Andrzeja Wajdy czy Pawilon Wyspiańskiego. Nie brakuje również wątków związanych z okresem „karnawału Solidarności”, kiedy twórczość i działalność Wajdy silnie splatały się z wydarzeniami społecznymi i politycznymi w Polsce.

Na ekspozycji zgromadzono liczne pamiątki z życia reżysera – notesy, dzienniki, kalendarze, szkicowniki oraz fotografie, z których część zostanie pokazana publiczności po raz pierwszy. Wystawa przypomina także o fascynacji Wajdy kulturą Japonii – można na niej zobaczyć japońską sztukę oraz rysunki, które artysta wykonywał podczas podróży do tego kraju w latach 80. i 90. To właśnie po otrzymaniu w 1987 roku Nagrody Kioto za całokształt twórczości Wajda wraz z Krystyną Zachwatowicz-Wajdą zdecydowali się przeznaczyć nagrodę na powołanie Fundacji Kyoto–Kraków, której celem było stworzenie Centrum Sztuki i Techniki Japońskiej Manggha.

Filmy Wajdy były zawsze opowieścią o Polsce – jej historii, dramatach i nadziejach. Przyznanie nagrody Andrzejowi Poczobutowi pokazuje, że wartości, o których mówił w swoich dziełach, pozostają aktualne również dziś. Bo wolność słowa i odwaga mówienia prawdy nie są tylko tematem filmów – są częścią realnego życia.

Znadniemna.pl/Fot.: facebook.com/SenatRP

Wczoraj, 6 marca, podczas inauguracji Roku Andrzeja Wajdy w Krakowie wręczono Nagrody im. wielkiego reżysera. Tegorocznymi laureatami zostali Danuta Wałęsa oraz Andrzej Poczobut – dziennikarz i działacz polskiej mniejszości na Białorusi, więziony przez reżim w Mińsku. Nagrodę przyznaną Poczobutowi w jego imieniu odebrała córka, Jana

Białoruś planuje do końca marca 2026 roku wysłać do UNESCO zgłoszenie wpisujące tradycje przygotowywania i spożywania placków ziemniaczanych (draniki) i babki na listę niematerialnego dziedzictwa kulturowego. Decyzję podjęło Prezydium Rady Ministrów, co jest częścią strategii promocji narodowego brandu gastronomicznego.

Draniki i babka — serce białoruskiej kuchni

Te potrawy od dawna są symbolem białoruskiej gastronomii. Występują we wszystkich sześciu obwodach kraju i od 2022 roku znajdują się w Państwowej liście wartości historyczno-kulturowych Białorusi.

Obecnie zarejestrowano ponad 370 nosicieli tradycji z 73 rejonów oraz zgromadzono 235 ludowych przepisów na potrawy z tartego ziemniaka, co potwierdza bogactwo dziedzictwa kulinarnego.

Po co UNESCO?

Wpisanie placków ziemniaczanych i babki na listę UNESCO pozwoli:

  • Zachować i promować tradycje narodowe;
  • Rozwijać turystykę kulinarną, przyciągać turystów zainteresowanych kulturą i kuchnią;
  • Wzmocnić wizerunek Białorusi jako kraju o wyjątkowej kulturze.

Obecnie na listach UNESCO znajduje się 7 białoruskich elementów, w tym tradycja tekstylna z Niegliubia (2025).

Na drodze do światowej sceny kulinarnej

Przygotowanie zgłoszenia przez Ministerstwo Kultury obejmuje dokumentowanie przepisów, sposobów przygotowania oraz historii nosicieli tradycji. Eksperci są przekonani, że wpisanie placków ziemniaczanych i babki na listę niematerialnego dziedzictwa UNESCO będzie ważnym krokiem w promocji białoruskiej kultury na świecie i przyciągnie uwagę turystów z całego globu.

Znadniemna.pl/minsk.news

Białoruś planuje do końca marca 2026 roku wysłać do UNESCO zgłoszenie wpisujące tradycje przygotowywania i spożywania placków ziemniaczanych (draniki) i babki na listę niematerialnego dziedzictwa kulturowego. Decyzję podjęło Prezydium Rady Ministrów, co jest częścią strategii promocji narodowego brandu gastronomicznego. Draniki i babka — serce białoruskiej kuchni Te

Urodzony 6 marca 1925 roku na Wileńszczyźnie, wyrósł z krajobrazu jezior, lasów i silnej polskiej tradycji Brasławszczyzny. Kresowe wychowanie dało mu odporność i pracowitość, które pozwoliły przetrwać Syberię, przejść frontowy szlak bojowy i zbudować znaczący dorobek naukowy w Olsztynie.

Kresowe korzenie i syberyjskie doświadczenie młodości

Czesław Platt przyszedł na świat we wsi Budziszcze w powiecie brasławskim, w rodzinie leśniczego. Dorastał w typowym dla Kresów świecie – silnie związanym z polską kulturą, a jednocześnie zanurzonym w wieloetnicznym krajobrazie Wileńszczyzny. Edukację rozpoczął w Szumielach, a następnie kontynuował w Brasławiu, który dla wielu młodych Kresowian był bramą do dalszej nauki.

Jego edukację przerwał wybuch wojny i okupacja sowiecka. W 1940 roku rodzina Plattów została wywieziona do obwodu omskiego na Syberii. Syberyjskie lata oznaczały ciężką pracę w lesie, niedożywienie i choroby – doświadczenia, które głęboko naznaczyły całe pokolenie Polaków z Kresów, zmuszonych do walki o przetrwanie w nieludzkich warunkach.

Od zesłańca do żołnierza

W 1943 roku, tuż po osiągnięciu pełnoletności, Platt zgłosił się do Wojska Polskiego formowanego w Sielcach nad Oką. Walczył na pierwszej linii frontu, przeszedł cały szlak bojowy od Oki do Łaby, a podczas zdobywania Warszawy został ranny. Za odwagę odznaczono go Krzyżem Walecznych i Medalem „Zasłużony na Polu Chwały”.

Po wojnie – jak wielu Kresowian, którzy nie mogli wrócić do rodzinnych miejsc – rozpoczął życie w nowych granicach Polski. Najpierw pracował fizycznie, a następnie przeniósł się do Olsztyna, gdzie osiedlili się jego rodzice powracający z Syberii.

Matematyk, wykładowca i organizator życia naukowego

Po maturze zdanej w Olsztynie rozpoczął studia matematyczne na Uniwersytecie Wrocławskim, interesując się topologią i teorią miary. W 1954 roku podjął pracę w Katedrze Statystyki Matematycznej Wyższej Szkoły Rolniczej w Olsztynie, gdzie związał się z zastosowaniami statystyki w naukach przyrodniczych. Jego prace – od modeli rozkładu płci u zwierząt po metody estymacji regresji – stały się ważnym wkładem w rozwój polskiej biometrii.

Czesław Platt był cenionym wykładowcą i autorem podręczników, które przez lata służyły studentom uczelni rolniczych. Jako promotor i recenzent wspierał rozwój młodej kadry, a jako organizator życia naukowego stworzył olsztyński oddział Polskiego Towarzystwa Matematycznego i przez ponad dwie dekady kierował jego pracami.

Wierność Kresom i ostatnia podróż

Choć życie zawodowe związał z Olsztynem, pozostał wierny swoim korzeniom. Utrzymywał kontakty z muzeum w Brasławiu, wygłaszał tam wykłady i przygotował publikację historyczną w języku białoruskim, dokumentując lokalne dzieje i genealogie. Jego zaangażowanie było formą symbolicznego powrotu do świata, z którego wyrwała go wojna.

We wrześniu 1995 roku wyjechał do Mińska na konferencję statystyczną. Tam zasłabł i zmarł 20 września 1995 roku, kończąc życie, które łączyło w sobie dramatyczne doświadczenia XX wieku i konsekwentną pracę naukową.

W rocznicę jego 101. urodzin pamięć o Czesławie Plattcie pozostaje żywa – jako o uczonym, żołnierzu i Kresowianinie, którego los odzwierciedla historię całego pokolenia.

Opr. Adolf Gorzkowski/Znadniemna.pl na podstawie wpisu dr Bernarda Kasietczuka zamieszczonego w 2019 roku na stronie „Historia powiatu brasławskiego” na Facebooku, na zdjęciu: prof. Czesław Platt, lata 90. XX stulecia, fot.: skyscrapercity.com

Urodzony 6 marca 1925 roku na Wileńszczyźnie, wyrósł z krajobrazu jezior, lasów i silnej polskiej tradycji Brasławszczyzny. Kresowe wychowanie dało mu odporność i pracowitość, które pozwoliły przetrwać Syberię, przejść frontowy szlak bojowy i zbudować znaczący dorobek naukowy w Olsztynie. Kresowe korzenie i syberyjskie doświadczenie młodości Czesław Platt

6 marca przypada rocznica śmierci naszego krajana Borysa Wilkickiego – jednego z najwybitniejszych badaczy Arktyki początku XX wieku. To właśnie on stanął na czele ekspedycji, która odkryła archipelag Ziemia Północna – jedno z ostatnich wielkich odkryć geograficznych w dziejach świata.

Choć historiografia przedstawia go najczęściej jako rosyjskiego oficera marynarki i hydrografa, jego rodzinne korzenie prowadzą na ziemie dawnej Rzeczypospolitej – na kresowe pogranicze kultur, które przez stulecia kształtowało wyjątkową przestrzeń historyczną Europy Wschodniej. Biografia Wilkickiego jest więc nie tylko historią odkryć geograficznych, lecz także życiorysem człowieka wychowanego w tradycji wielokulturowych Kresów.

Kresowy rodowód

Starszy porucznik Borys Wilkicki

Borys, syn Andrzeja, urodził się 22 marca 1885 roku. Wilkicki pieczętowali się herbem Pogoń (Bożezdarz), a nie – jak błędnie podawał rosyjski autor Suprunienko – „Wiłkocki herbu Nieczuja”.

Źródła różnią się co do miejsca narodzin przyszłego odkrywcy. Według części przekazów przyszedł na świat niedaleko Wołkowyska na dzisiejszej Białorusi, według innych – w miejscowości Pułkowo pod Petersburgiem. Niezależnie od tych rozbieżności, jego rodzina wywodziła się ze środowiska kresowej szlachty dawnej Rzeczypospolitej, która przez stulecia łączyła tradycje polskie, litewskie i ruskie.

Andrzej Wilkicki, podróżnik-badacz, kartograf i hydrograf

Ojciec Borysa, Andrzej Wilkicki, był jednym z najwybitniejszych hydrografów Imperium Rosyjskiego przełomu XIX i XX wieku. Zajmował się badaniami arktycznych mórz oraz sporządzaniem map północnych wybrzeży Syberii. Jego prace kartograficzne odegrały ogromną rolę w poznaniu Morza Karskiego i północnych szlaków żeglugowych, kształtując środowisko, w którym dorastał młody Borys.

Droga do morza

Naturalnym wyborem dla Borysa była kariera morska. Został wychowankiem Mikołajewskiej Akademii Morskiej w Petersburgu, jednej z najbardziej prestiżowych uczelni wojskowych Imperium Rosyjskiego. Tam studiował hydrografię i nawigację, a jego pasją stało się badanie północnych mórz i lodołamaczy.

Okręt podwodny „Port-Arturec”, którym dowodził wachmistrz B. Wilkicki (prawdopodobnie on na środku). Port Artur, 1905

W 1904–1905 roku wziął udział w obronie Portu Arturu, gdzie został ciężko ranny. Te doświadczenia ukształtowały go jako dowódcę i człowieka odpowiedzialnego za życie załogi w trudnych warunkach. Jednak jego prawdziwym powołaniem była nauka hydrografii i eksploracja Arktyki.

Borys Wilkicki został mianowany oficerem nawigacyjnego okrętu „Cesariewicz”, który brał udział w obronie Portu Artur podczas wojny rosyjsko-japońskiej w latach 1904–1905. 27 stycznia 1904 roku, podczas ataku Japończyków na Port Artur, „Cesariewicz” został storpedowany przez japoński niszczyciel. Pancerna przegroda przeciwminowa dobrze wytrzymała wybuch torpedy

Wielka ekspedycja Arktyczna

Na początku XX wieku Imperium Rosyjskie rozpoczęło szeroko zakrojony program badań Arktyki. Celem było dokładne poznanie północnych wybrzeży Syberii oraz sprawdzenie możliwości żeglugi wzdłuż całego kontynentu eurazjatyckiego – przyszłej Północnej Drogi Morskiej.

Lodołamacze transportowe „Tajmyr” i „Wajgacz” w ujściu rzeki Anadyr, w pobliżu Nowo-Mariinsk, 1913 r.

W latach 1910–1914 Borys Wilkicki prowadził badania na lodołamaczach badawczych „Tajmyr” i „Wajgacz”, które operowały u północnych wybrzeży Syberii i Jakucji. Statki te prowadziły pomiary hydrograficzne, sporządzały mapy oraz badały warunki nawigacyjne w lodach Arktyki.

Ekspedycja miała charakter wielodyscyplinarny. Wilkicki nadzorował prace z zakresu: hydrologii i oceanografii, klimatologii i meteorologii polarnej, geodezji i kartografii, geologii i zoologii.

Odkrycie Ziemi Północnej

Lodołamacze transportowe „Tajmyr” i „Wajgacz”

Kulminacyjnym momentem ekspedycji Wilkickiego było 3 września 1913 roku, kiedy uczestnicy wyprawy zauważyli na północ od Półwyspu Tajmyr nieznany wcześniej ląd. Archipelag ten okazał się ogromnym, niemal dziewiczym obszarem, który początkowo nazwano Ziemią Cesarza Mikołaja II. Po rewolucji rosyjskiej przyjęto obecną nazwę – Ziemia Północna.

Odkrycie miało ogromne znaczenie geograficzne. Był to ostatni duży obszar lądowy na Ziemi pozostający nieopisany i nieznany nauce. Wilkicki, prowadząc pomiary głębokości wód, dokumentując zasięg lodowców i rejestrując zmiany w krajobrazie wysp, stworzył podstawy do późniejszego szczegółowego kartowania regionu.

Ekspedycja musiała zmagać się z trudnościami, które dziś trudno sobie wyobrazić – silne wichury, dryfy lodowe i znikoma widoczność utrudniały obserwacje astronomiczne i geodezyjne. Lodołamacze często pozostawały uwięzione w paku lodowym przez wiele dni, a każda decyzja o dalszej trasie wymagała dokładnego wyważenia ryzyka. Mimo tego Wilkicki i jego załoga zdołali nie tylko dotrzeć do nieznanych wysp, lecz także dokładnie je zmierzyć i opisać.

Dzięki ekspedycji Wilkickiego możliwe stało się pierwsze pełne przejście morskie z Morza Beringa do Archangielska wzdłuż północnych wybrzeży Eurazji. To osiągnięcie nie tylko potwierdziło realność Północnej Drogi Morskiej jako szlaku transportowego, ale również dało impuls do dalszych badań naukowych w regionie.

Sukces naukowy

Wykładowcy i absolwenci wydziału hydrografii Mikołajewskiej Akademii Morskiej, 1908 r. Siedzi trzeci od lewej w pierwszym rzędzie – Andrzej Wilkicki, stoi drugi od prawej w drugim rzędzie – Borys Wilkicki

Dorobek naukowy ekspedycji był imponujący. Zebrano ogromne ilości danych z zakresu: hydrografii i oceanografii – pomiary głębokości, temperatury wód, zasolenia, prądów morskich oraz mapowanie dna morskiego; klimatologii i meteorologii polarnej – obserwacje temperatur, wiatru, ciśnienia i opadów, które pozwoliły lepiej zrozumieć dynamiczny klimat Arktyki; geodezji i kartografii – tworzenie precyzyjnych map wybrzeży, cieśnin i lodowców, które były wykorzystywane zarówno w żegludze, jak i w dalszych badaniach naukowych; geologii i zoologii – dokumentacja minerałów i skał oraz obserwacje fauny arktycznej, od ssaków morskich po plankton, które stanowiły cenne źródło wiedzy biologicznej.

Wszystkie dane, mapy i obserwacje zostały przekazane do Cesarskiej Akademii Nauk w Petersburgu, a wiele z nich wykorzystano w późniejszych wyprawach i projektach naukowych.

Ekspedycja przyniosła Wilkickiemu złoty medal Imperatorskiego Rosyjskiego Towarzystwa Geograficznego, a jego nazwisko zostało trwale zapisane na mapach Arktyki. Najbardziej znanym przykładem jest Cieśnina Wilkickiego, oddzielająca Półwysep Tajmyr od archipelagu Ziemi Północnej. Również wyspy na Morzu Łaptiewów odkryte przez ekspedycję Amundsena w 1919 roku noszą jego imię.

Odkrycia Wilkickiego nie miały tylko wymiaru geograficznego – były fundamentem dla dalszych badań hydrologicznych, meteorologicznych i biologicznych, a także przyczyniły się do rozwoju kartografii polarnej i poprawy bezpieczeństwa żeglugi w trudnych warunkach Arktyki. Jego prace stały się wzorem dla kolejnych pokoleń badaczy regionu i do dziś pozostają punktem odniesienia w historii badań polarnych.

Rewolucja i emigracja

Wydarzenia rewolucyjne i wojna domowa zmieniły losy Wilkickiego. Po stronie „białych” wybitny odkrywca służył w armii admirała Kołczaka, a po klęsce Białej Armii wyemigrował do Wielkiej Brytanii.

Zimą 1920 roku, będąc już kontradmirałem, opuścił Rosję i udał się na emigrację. Za granicą nadal interesował się problemami żeglugi w Arktyce. W latach 1923–1924 uczestniczył w przygotowaniu i przeprowadzeniu ekspedycji handlowych na Morze Karskie, kierując częścią morską i zapewniając przejście konwojów transportowych.

W latach 1926–1928 pracował jako hydrograf w Kongu Belgijskim, kierując brygadą badającą dolny bieg rzeki Kongo. Po powrocie do stolicy Belgii prowadził skromne życie – pracował jako księgowy i nauczyciel języka rosyjskiego. Zmarł w Brukseli 6 marca 1961 roku.

Jego syn, Andrzej Wilkicki, zmarł 20 lipca 1943 roku w Niemczech jako porucznik armii niemieckiej.

Człowiek pogranicza

Lodołamacz „Borys Wilkicki” o długości 300 m, transportujący metan w porcie Brest (Finistère). Fot.: www.ouest-france.fr

Historia Borysa Wilkickiego jest historią kresowego pogranicza. Wielu oficerów, naukowców i odkrywców Imperium Rosyjskiego w XIX i XX wieku pochodziło z rodzin szlacheckich z ziem dawnej Rzeczypospolitej. Byli to ludzie wychowani na styku tradycji polskiej, litewskiej i ruskiej. Ich biografie często przekraczały granice państw i epok.

Borys Wilkicki należy do tego kręgu. Choć zapisał się w historii jako odkrywca Arktyki i oficer rosyjskiej floty, jego rodzinne korzenie prowadzą na kresowe ziemie dawnej Rzeczypospolitej.

Losy prochów

Rodzinny grobowiec Wilkickich na Smoleńskim Cmentarzu w Sankt Petersburgu

Po śmierci Wilkickiego jego prochy początkowo spoczywały na cmentarzu katolickim w Brukseli. W 1996 roku, kiedy cmentarz poddano likwidacji, prochy Borysa Wilkickiego zostały przewiezione do Sankt Petersburga i złożone obok jego ojca i młodszego brata.

Decyzja o przeniesieniu szczątków do Rosji wynikała z faktu, że tam znajduje się największa dokumentacja jego życia i dorobku naukowego – archiwa ekspedycji, pomiary hydrograficzne i kartograficzne, a także uznanie w kręgach rosyjskiej nauki i geografii polarnej. Symbolicznie połączenie rodzinnego grobowca z miejscem badań Arktyki podkreśla znaczenie Wilkickiego jako odkrywcy na międzynarodowej mapie nauki polarnej.

Opr. Waleria Brażuk/Znadniemna.pl/Fot.: wikipedia.org

6 marca przypada rocznica śmierci naszego krajana Borysa Wilkickiego – jednego z najwybitniejszych badaczy Arktyki początku XX wieku. To właśnie on stanął na czele ekspedycji, która odkryła archipelag Ziemia Północna – jedno z ostatnich wielkich odkryć geograficznych w dziejach świata. Choć historiografia przedstawia go najczęściej jako

Przejdź do treści