HomeStandard Blog Whole Post

Ministerstwo Spraw Zagranicznych Litwy poinformowało, że w ramach złożonego fake newsa publikowano fake newsy, rzekomo powiązane z litewską dyplomacją. Dochodzenie w tej sprawie prowadzą już na Litwie odpowiednie służby. Hakerzy, którzy zaatakowali konto na Twitterze Tomasza Sakiewicza, stronę „Poland Daily” oraz portal Związku Polaków na Białorusi Znadniemna.pl, zablokowali także szefowi „GP” dostęp do tweetdecka – aplikacji do zarządzania Twitterem. Jak dowiedział się portal Niezalezna.pl – atak na powiązany z Telewizją Republiką serwis „Poland Daily” został dokonany z Rygi, stolicy Łotwy.

Rasa Jakilaitiene, rzeczniczka litewskiego ministra spraw zagranicznych, powiedziała, że fałszywa wiadomość została umieszczona na polskiej stronie internetowej.

Fałszywe wiadomości pojawiły się na Polanddaily.com. W zamieszczonym tam artykule znalazła się uwaga ministra Linkeviciusa, w której twierdził, że na Białoruś trzeba wysłać siły pokojowe – powiedziała rzeczniczka.

Rzeczniczka litwewskiego MSZ zwróciła uwagę, że dla podniesienia wiarygodności fake newsa w artykule pojawiała się także wzmianka na temat polskiego ministra spraw zagranicznych.

Ministerstwo Spraw Zagranicznych Litwy wydało oświadczenie zaprzeczające fałszywym informacjom. Potwierdzono, że odpowiednie służby wszczęły już w tej sprawie dochodzenie.

Jest wysoce prawdopodobne, że trwa cyberatak informacyjny, który jest obecnie badany przez władze litewskie – czytamy w komunikacie.

Redaktor naczelny „Gazety Polskiej” stracił dostęp do konta (zmieniono hasło), na którym wstawiono odnośnik do artykułu zamieszczonego na portalu Znadniemna.pl, który prowadzi Związek Polaków na Białorusi. Ów artykuł to także cyberprowokacja. Dowiadujemy się z niego, że „Polska i Litwa wzywają NATO do wysłania wojsk na Białoruś”.

Podrobiony artykuł na portalu „Poland Daily” nosił tytuł „Polska i Litwa naciskają na wysłanie wojsk na Białoruś”. Napisany był w języku angielskim i podobnie jak publikacja wrzucona na Znadniemna.pl, dezinformował o rzekomych naciskach Polski, Litwy i Stanów Zjednoczonych na NATO. W tekście pojawiły się też nazwiska ministra spraw zagranicznych Polski Zbigniewa Rau oraz Swiatłany Cichanouskiej. Na zdjęciu głównym umieszczono szefa litewskiej dyplomacji Linasa Linkevičiusa.

To nie pierwszy rosyjski atak na media związane ze „Strefą Wolnego Słowa”. Przypomnijmy: w maju 2020 r. portal Niezalezna.pl dwukrotnie padł ofiarą rosyjskich hakerów, którzy zmieniali treść naszych publikacji.

Na naszą stronę (a także na portale Telewizji Republika, Radia Szczecin, olsztyn24.pl oraz stronę gminy Orzysz, gdzie znajduje się garnizon) wstawiono artykuł pt. Amerykanie „chwalą” pobyt w Drawsku. „Jedyne czym mogą strzelić to gumki od majtek”

Gdy opublikowaliśmy informację o tym ataku, Rosjanie dokonali kolejnego włamania, zmieniając ją na „newsa”, że Niezalezna.pl przyznaje się do autorstwa wcześniejszego artykułu.

To nie koniec działań Moskwy przeciwko naszym mediom. Pod koniec maja na anglojęzycznym prorosyjskim portalu „The Duran” ukazał się „wywiad”, przeprowadzony rzekomo przez Katarzynę Gójską dla „Gazety Polskiej”. Rozmówcą wicenaczelnej tygodnika miał być amerykański generał broni Christopher G. Cavoli, dowódca sił amerykańskich w Europie. Nie trzeba chyba dodawać, że rozmowa, w której Cavoli twierdzi, że Polska i kraje bałtyckie są fatalnie zorganizowane pod względem militarnym, została w całości wymyślona.

Znadniemna.pl za niezalezna.pl

Ministerstwo Spraw Zagranicznych Litwy poinformowało, że w ramach złożonego fake newsa publikowano fake newsy, rzekomo powiązane z litewską dyplomacją. Dochodzenie w tej sprawie prowadzą już na Litwie odpowiednie służby. Hakerzy, którzy zaatakowali konto na Twitterze Tomasza Sakiewicza, stronę „Poland Daily” oraz portal Związku Polaków na

Ks. Paweł Matulewicz urodzony w Lidzie 14 lutego 1908 roku, przez ponad pół wieku związany z Sopotem, pozostawił po sobie tysiące ochrzczonych dzieci, setki pobłogosławionych małżeństw i pamięć duszpasterza, który potrafił łączyć kresowe korzenie z powojenną rzeczywistością Wybrzeża.

W rocznicę urodzin Pawła Matulewicza warto przypomnieć postać kapłana, którego życie stało się symbolicznym pomostem między dawnymi Kresami a powojenną Polską. Urodzony w Lidzie, w województwie nowogródzkim, dorastał w świecie II Rzeczypospolitej – w rzeczywistości wielokulturowej, ale mocno zakorzenionej w tradycji i wierze.

Wileńskie początki

Po zdaniu matury w 1926 roku wstąpił do Wyższego Seminarium Duchownego w Wilnie. Studia teologiczne ukończył na Wydziale Teologicznym Uniwersytet Stefana Batorego w Wilnie, uzyskując tytuł magistra teologii. Święcenia kapłańskie przyjął 12 czerwca 1932 roku z rąk metropolity wileńskiego Romualda Jałbrzykowskiego.

Pierwsze lata posługi spędził jako wikariusz i prefekt w parafiach w Zelwie i Dąbrowie koło Grodna, a następnie w Wilnie przy kościele św. Rafała. W marcu 1945 roku został mianowany proboszczem parafii Najświętszego Serca Jezusowego w Podbrzeziu pod Wilnem. Niebawem jednak przyszło mu opuścić rodzinne strony – historia przesunęła granice, a Kresy znalazły się poza Polską.

Repatriant i budowniczy wspólnoty

1 października 1945 roku ks. Matulewicz przybył do Diecezji Gdańskiej jako repatriant. Zamieszkał w Sopocie – mieście, które stało się jego domem na kolejne dekady. Już w 1947 roku został administratorem parafii św. Jerzego, a w 1986 roku – decyzją biskupa Tadeusza Gocłowskiego – jej proboszczem.

Równolegle pracował jako prefekt w sopockich szkołach. W trudnych realiach powojennych i w okresie PRL był nie tylko nauczycielem religii, lecz także wychowawcą i autorytetem moralnym dla młodzieży.

Kapłan pokoleń

Procesja Bożego Ciała ulicami Sopotu, 8 czerwca 1950 roku

W 1978 roku został kanonikiem honorowym Kapituły Katedralnej Gdańskiej. Na emeryturę przeszedł w 1991 roku, pozostając jednak rezydentem i duchowym ojcem parafii.

Liczby mówią same za siebie: w parafii św. Jerzego ochrzcił 3676 dzieci i pobłogosławił 1359 par małżeńskich. Obchodził jubileusze 60-, 65- i 70-lecia kapłaństwa. Podczas uroczystości modlili się z nim m.in. abp Wojciech Ziemba oraz kard. Henryk Gulbinowicz.

Zmarł 29 maja 2004 roku w Gdyni, w wigilię Uroczystości Zesłania Ducha Świętego. Spoczął na cmentarzu komunalnym w Sopocie przy kościele Najświętszego Serca Pana Jezusa – pośród wspólnoty, której służył przez niemal pół wieku.

Grób ks. Pawła Matulewicza na cmentarzu komunalnym w Sopocie

Ślad, który pozostał

W 2017 roku w kościele św. Jerzego w Sopocie odsłonięto tablicę upamiętniającą ks. kanonika Pawła Matulewicza. To symbol pamięci o człowieku, który w burzliwym XX wieku potrafił zachować wierność powołaniu i ludziom.

Rocznica jego urodzin to nie tylko wspomnienie daty. To przypomnienie pokolenia duchownych, którzy po wojnie budowali Kościół i wspólnotę na nowo – z kresowym doświadczeniem, z wiarą w przyszłość i z cichą, codzienną służbą.

Opr. Waleria Brażuk/Znadniemna.pl/Fot.:jerzy.sopot.pl

Ks. Paweł Matulewicz urodzony w Lidzie 14 lutego 1908 roku, przez ponad pół wieku związany z Sopotem, pozostawił po sobie tysiące ochrzczonych dzieci, setki pobłogosławionych małżeństw i pamięć duszpasterza, który potrafił łączyć kresowe korzenie z powojenną rzeczywistością Wybrzeża. W rocznicę urodzin Pawła Matulewicza warto przypomnieć postać

Walentynki to dzień czułości, wdzięczności i bliskości. Choć współczesna oprawa święta bywa pełna czerwonych serc i romantycznych gestów, jego korzenie sięgają historii znacznie głębszych – opowieści o św. Walentym, który stał się symbolem miłości wiernej, dojrzałej i gotowej na poświęcenie.

Walentynki nie narodziły się w świecie komercyjnych kartek i pluszowych serc. Ich patron – św. Walenty z Terni – był biskupem żyjącym w czasach, gdy chrześcijaństwo dopiero torowało sobie drogę w Cesarstwie Rzymskim. Z jego życiem zaczęły splatać się opowieści o dobroci, mądrości i niezwykłej wrażliwości na los zakochanych. To właśnie te historie sprawiły, że stał się patronem miłości – tej prawdziwej, wymagającej i pięknej.

Jedna z najbardziej znanych legend opowiada o Serapii, młodej chrześcijance z Terni, i rzymskim centurionie Sabinusie. Sabinus zakochał się w niej od pierwszego wejrzenia, lecz jej rodzina nie chciała zgodzić się na ślub z poganinem. Serapia poprosiła go więc, by udał się do biskupa Walentego, przyjął naukę i chrzest. Gdy wydawało się, że nic nie stoi już na przeszkodzie ich szczęściu, okazało się, że Serapia jest śmiertelnie chora. Sabinus nie chciał jej opuszczać. Wezwał Walentego do jej łoża i błagał, by nie pozwolił im się rozdzielić. Według przekazu święty modlił się długo i gorliwie, aż „błogi sen zjednoczył na wieczność dwa serca”. Ta historia stała się symbolem miłości silniejszej niż śmierć.

Inna opowieść ukazuje Walentego jako człowieka, który potrafił dostrzec kruchość uczuć i pomagać zakochanym w chwilach zwątpienia. Pewnego dnia usłyszał kłótnię młodej pary przechodzącej obok jego ogrodu. Wyszedł do nich z różą – prostym, ale wymownym gestem. Poprosił, by oboje chwycili łodygę ostrożnie, razem, tak aby nie skaleczyć się kolcami. Ten obraz stał się metaforą miłości, która wymaga delikatności, współpracy i wzajemnego zrozumienia.

W tle tych historii zmieniała się rzeczywistość. Po edykcie mediolańskim z 313 roku chrześcijaństwo przestało być prześladowane, ale wciąż żywe były pogańskie obyczaje, w tym obchodzone 15 lutego Luperkalia – święto pełne obrzędów sprzecznych z chrześcijańską wizją miłości. To właśnie w kontrze do nich zaczęto celebrować pamięć o Walentym, który uosabiał miłość czystą, wierną i odpowiedzialną.

Dziś Walentynki są okazją, by przypomnieć sobie, że miłość nie zawsze jest łatwa. Bywa pełna kolców, jak róża z legendy, ale to właśnie dzięki niej uczymy się cierpliwości, troski i wzajemnego wsparcia. To święto nie tylko zakochanych, lecz wszystkich, którzy wierzą, że bliskość drugiego człowieka nadaje życiu sens.

14 lutego warto więc zatrzymać się na chwilę. Zadzwonić do kogoś, kto jest nam bliski. Powiedzieć dobre słowo. Uśmiechnąć się. Bo choć świat zmienia się nieustannie, jedno pozostaje niezmienne: miłość wciąż jest najpiękniejszą siłą, jaką mamy.

Znadniemna.pl na podstawie Vaticannews.va, ilustracja: screenshot z  filmu na YouTubie o  legendzie, opowiadającej jak św. Walenty przy pomocy róży uratował uczucia młodej pary, źródło: YouTube.com

Walentynki to dzień czułości, wdzięczności i bliskości. Choć współczesna oprawa święta bywa pełna czerwonych serc i romantycznych gestów, jego korzenie sięgają historii znacznie głębszych – opowieści o św. Walentym, który stał się symbolem miłości wiernej, dojrzałej i gotowej na poświęcenie. Walentynki nie narodziły się w świecie

14 lutego 1919 roku rejonie Mostów pod Grodnem polskie oddziały starły się z Armią Czerwoną. Zwycięska potyczka jest powszechnie uznawana za początek wojny polsko-bolszewickiej. Czy jednak pierwsze strzały padły właśnie tam? W rocznicę wydarzeń wracamy do zimy 1919 roku – czasu, gdy ważyły się losy młodego państwa polskiego.

Pomnik ku czci poległych w 1920 r. strzelców 81 pp w Mostach. Fot.: NAC 1-U-4149

Koniec I wojny światowej nie przyniósł Europie Wschodniej upragnionego spokoju. Wycofujące się wojska niemieckie pozostawiły po sobie polityczną próżnię na terenach dawnego Imperium Rosyjskiego. Wykorzystała ją bolszewcka Rosja. Armia Czerwona rozpoczęła marsz na zachód, realizując plan znany jako „Cel Wisła” – którego ostatecznym zamiarem było nie tylko pokonanie Polski, lecz także przeniesienie rewolucji komunistycznej do Niemiec i dalej w głąb Europy.

Już 11 grudnia 1918 roku bolszewicy zajęli Mińsk, a na przełomie roku wkroczyli na Ukrainę i Litwę. Odrodzona po 123 latach zaborów Polska musiała niemal natychmiast stanąć do walki o swoje wschodnie granice.

Pod koniec grudnia 1918 roku z Wilna ewakuowały się wojska niemieckie. 1 stycznia 1919 roku miasto opanowały oddziały Samoobrony Krajowej Litwy i Białorusi pod dowództwem gen. Władysława Wejtki. Już 3 stycznia Armia Czerwona przypuściła atak. Po krótkich walkach 5 stycznia Polacy zostali wyparci z miasta.

Część historyków wskazuje właśnie te wydarzenia jako faktyczny początek wojny polsko-bolszewickiej – argumentując, że od 29 grudnia 1918 roku oddziały Samoobrony były formalnie częścią Wojska Polskiego.

W połowie lutego polskie dowództwo podjęło kontrofensywę przeciwko bolszewickiej Armii Czerwonej. Działania prowadziły dwie grupy: Grupa Podlaska gen. Antoniego Listowskiego na południu i oddziały Dywizji Litewsko-Białoruskiej gen. Wacława Iwaszkiewicza-Rudoszańskiego na północy.

14 lutego 1919 roku w rejonie Mostów pod Grodnem doszło do starcia z bolszewickimi oddziałami. Polskie jednostki odniosły zwycięstwo – było to pierwsze bezpośrednie starcie regularnych oddziałów Wojska Polskiego z nacierającymi siłami bolszewików.

Tego samego dnia żołnierze pod dowództwem kpt. Piotra Mienickiego przeprowadzili wypad na Berezę Kartuską, wypierając zaskoczoną kompanię Armii Czerwonej. W kolejnych tygodniach gen. Iwaszkiewicz-Rudoszański odrzucił przeciwnika za Szczuczyn, co doprowadziło do stabilizacji frontu.

Walki pod Mostami dały Polsce bezcenny czas. Umożliwiły reorganizację i rozbudowę dywizji, co w kwietniu 1919 roku pozwoliło przeprowadzić ofensywę zakończoną wyzwoleniem Wilna.

Choć historycy wciąż dyskutują, czy wojna rozpoczęła się w Wilnie na początku stycznia, czy pod Mostami 14 lutego, jedno nie ulega wątpliwości: zima 1919 roku była momentem przełomowym. To wtedy młode państwo polskie po raz pierwszy stanęło do regularnej walki z bolszewicką Rosją – w obronie swojej niepodległości i kształtu przyszłych granic.

Rocznica bitwy pod Mostami przypomina, że droga do utrzymania wolności była trudna i naznaczona niepewnością. Była jednak także dowodem determinacji i odwagi żołnierzy, którzy w pierwszych miesiącach istnienia II Rzeczypospolitej musieli walczyć o jej przetrwanie.

Opr. Walery Kowalewski/Znadniemna.pl

14 lutego 1919 roku rejonie Mostów pod Grodnem polskie oddziały starły się z Armią Czerwoną. Zwycięska potyczka jest powszechnie uznawana za początek wojny polsko-bolszewickiej. Czy jednak pierwsze strzały padły właśnie tam? W rocznicę wydarzeń wracamy do zimy 1919 roku – czasu, gdy ważyły się losy

Dziś, w 84. rocznicę  utworzenia Armii Krajowej, oddajemy hołd żołnierzom największej podziemnej armii okupowanej Europy. W dniu 14 lutego przypominamy o genezie AK, jej roli w Polskim Państwie Podziemnym oraz o tych, którzy w konspiracji walczyli o wolność, choć po wojnie często byli prześladowani.

Armia Krajowa została powołana 14 lutego 1942 roku rozkazem Naczelnego Wodza gen. Władysława Sikorskiego, który przekształcił Związek Walki Zbrojnej w jednolitą, ogólnokrajową organizację wojskową podporządkowaną rządowi RP na uchodźstwie. Jej początki sięgają jednak pierwszych dni okupacji, kiedy to powstała Służba Zwycięstwu Polski, a następnie Związek Walki Zbrojnej (ZWZ) – struktury, które stopniowo budowały fundamenty przyszłej AK. Formacja ta objęła swoim zasięgiem cały kraj, tworząc rozbudowaną sieć konspiracyjną, prowadząc działania dywersyjne, wywiadowcze i sabotażowe oraz przygotowując plan powstania powszechnego.

Historycy podkreślają, że AK była nie tylko siłą zbrojną, lecz także integralną częścią Polskiego Państwa Podziemnego. Badacze zwracają uwagę na jej wyjątkową skalę, profesjonalizm i zdolność do działania w warunkach skrajnego zagrożenia. W literaturze naukowej często podkreśla się znaczenie polskiego wywiadu, który dostarczył aliantom kluczowych informacji, m.in. dotyczących niemieckich prac nad bronią V‑2 (niem. Vergeltungswaffe 2, czyli „broń odwetowa nr 2”, pierwszy na świecie bojowy pocisk balistyczny dalekiego zasięgu – red.).

W rocznicowych wystąpieniach przedstawiciele władz państwowych przypominają, że pamięć o żołnierzach AK jest elementem polskiej tożsamości i świadectwem ciągłości dążeń niepodległościowych. Podkreśla się, że ich działalność była wyrazem obywatelskiej odpowiedzialności i wierności państwu, które mimo okupacji istniało w strukturach podziemnych.

Narodowy Dzień Pamięci Żołnierzy Armii Krajowej jest okazją do refleksji nad historią, ale także nad współczesnym znaczeniem wartości, które przyświecały konspiratorom. To dzień, w którym pamięć o ich odwadze i determinacji staje się przypomnieniem o cenie wolności i o obowiązku jej pielęgnowania.

 Znadniemna.pl, źródło ilustracji: Materiały prasowe Światowego Związku Żołnierzy Armii Krajowej

Dziś, w 84. rocznicę  utworzenia Armii Krajowej, oddajemy hołd żołnierzom największej podziemnej armii okupowanej Europy. W dniu 14 lutego przypominamy o genezie AK, jej roli w Polskim Państwie Podziemnym oraz o tych, którzy w konspiracji walczyli o wolność, choć po wojnie często byli prześladowani. Armia Krajowa

Białoruskie władze wystawiły na sprzedaż kolejną część majątku ks. Henryka Okołotowicza — katolickiego duchownego skazanego w 2024 roku za rzekomą „zdradę państwa”. Po wyroku obciążono go długiem na 1,7 mln rubli białoruskich  (ok. 2,1 mln zł.), co stało się podstawą zajęcia jego mienia, a po zwolnieniu z kolonii karnej ksiądz został wygnany z Białorusi.

Przedsiębiorstwo BelJurObiespieczienije, instytucja odpowiedzialna za sprzedaż majątku przejętego przez państwo, ogłosiło na swoim portalu przetarg na działkę o powierzchni 0,1198 ha w rejonie baranowickim obwodu brzeskiego. Nieruchomość wyceniono na 6600 rubli (ok. 8160 zł). To kolejny etap likwidacji majątku duchownego — 3 lutego na tym samym portalu sprzedano  samochód – Volkswagen Touran z 2007 roku – za 12 852 rubli (ok. 15 890 zł).

Według wiernych zarówno auto, jak i część pieniędzy zarekwirowanych podczas aresztowania ks. Okołotowicza należały do parafii lub krewnych duchownego, a nie do niego samego. Mimo to zostały włączone do masy majątkowej przejętej przez państwo po wyroku z grudnia 2024 roku. Wówczas sąd skazał księdza na 11 lat więzienia za „zdradę państwa” i „szpiegostwo na rzecz Polski i Watykanu”, a także zobowiązał go do zapłaty 1,7 mln rubli za rzekome „szkody wyrządzone państwu”.

Po zwolnieniu z kolonii karnej duchowny został natychmiast wywieziony za granicę i wygnany z Białorusi — bez dokumentów i prawa powrotu. To praktyka powszechnie stosowana przez reżim Łukaszenki wobec więźniów politycznych. Wraz z ks. Okołotowiczem kraj opuścił również o. Andrzej Juchniewicz OMI, misjonarz ze Zgromadzenia Oblatów Maryi Niepokalanej i proboszcz sanktuarium maryjnego w Szumilinie, skazany w 2025 roku na 13 lat kolonii karnej za publikację grafiki z historyczną biało‑czerwono‑białą flagą Białorusi i flagą Ukrainy. Obaj duchowni przebywają obecnie w Watykanie, gdzie pozostają poza kontaktem ze światem zewnętrznym.

Znadniemna.pl na podstawie Belsat.eu

Białoruskie władze wystawiły na sprzedaż kolejną część majątku ks. Henryka Okołotowicza — katolickiego duchownego skazanego w 2024 roku za rzekomą „zdradę państwa”. Po wyroku obciążono go długiem na 1,7 mln rubli białoruskich  (ok. 2,1 mln zł.), co stało się podstawą zajęcia jego mienia, a po

Na trwających Zimowych Igrzyskach Olimpijskich nie zobaczymy polskiej reprezentacji hokejowej — biało‑czerwoni nie zdołali wywalczyć awansu. A jednak w historii polskiego sportu były czasy, gdy nasi hokeiści nie tylko pojawiali się na olimpijskich arenach, ale potrafili walczyć z najlepszymi. Jednym z ludzi, którzy tworzyli tamtą epokę, był nasz krajan Tadeusz Sachs — urodzony w Pińsku sportowiec, kapitan kadry, trener, menedżer i pierwszy olimpijczyk z ziem dzisiejszej Białorusi. Jego losy to opowieść o ambicji, odwadze i tragicznej epoce, która przerwała wiele obiecujących karier.

Chłopak z Pińska, który pokochał lód

Tadeusz Izrael Sachs przyszedł na świat 18 czerwca 1899 roku w Pińsku, w rodzinie żydowskiego fabrykanta z Łodzi. Jako nastolatek trafił do prywatnej szkoły w Zurychu — i to właśnie tam po raz pierwszy zetknął się z hokejem na lodzie. Szwajcarskie lodowiska, nowoczesne i tętniące sportowym życiem, szybko stały się jego naturalnym środowiskiem.

W latach 1917–1919 grał w klubach Rossey Gstaad i Akademischer Hockey Club Zürich. Zdobyte tam doświadczenie okazało się bezcenne, gdy po powrocie do Polski zaczął budować swoją pozycję w rodzącym się dopiero polskim hokeju. Występował w Unionie Łódź, a później w warszawskich drużynach akademickich, wyróżniając się nie tylko umiejętnościami, ale też zmysłem organizacyjnym.

Lider, który potrafił łączyć role

W latach 30. Sachs stał się jedną z najważniejszych postaci polskiego hokeja. Był zawodnikiem, kapitanem, trenerem i menedżerem — człowiekiem, który potrafił spiąć drużynę w całość, nadać jej strukturę i ambicję. W czasach, gdy hokej w Polsce dopiero raczkował, a sprzęt i warunki treningowe pozostawiały wiele do życzenia, jego kompetencje były na wagę złota.

Najlepszy olimpijski wynik w historii polskiego hokeja

W 1932 roku polska reprezentacja wyruszyła na Zimowe Igrzyska Olimpijskie do Lake Placid. Sama podróż była wyzwaniem logistycznym i finansowym: wyjazd umożliwiła zbiórka Polonii amerykańskiej, a część kosztów drużyna pokryła, rozgrywając mecze towarzyskie w drodze do USA.

1932 rok. Reprezentacja Polski na Zimowe Igrzyska Olimpijskie w Lake Placid na statku pasażerskim SS France. Narciarze i hokeiści na pokładzie statku pasażerskiego SS France. Siedzą od lewej: Sabiński, Tadeusz Sachs, Zdzisław Motyka, Stanisław Marusarz, Stanisław Skupień, Bronisław Czech, Andrzej Marusarz. Stoją m.in.: Adam Kowalski, Aleksander Kowalski, Witalis Ludwiczak (2. z lewej), Albert Mauer, Czesław Marchewczyk (4. z lewej), Włodzimierz Krygier (2. z prawej), Kazimierz Sokołowski, inżynier Jan Woyniewicz (4. z prawej), prezes Polskiego Związku Hokeja na Lodzie Stanisław Polakiewicz (5. z prawej), źródło zdjęcia: Koncern Ilustrowany Kurier Codzienny – Archiwum Ilustracji/Wikipedia

Tadeusz Sachs znalazł się w składzie reprezentacji w potrójnej roli: rezerwowego bramkarza, trenera i menedżera. Polacy zajęli wówczas czwarte miejsce, najlepsze w historii olimpijskich startów hokejowej kadry. Choć w turnieju uczestniczyły tylko cztery drużyny, wynik ten do dziś budzi szacunek, zwłaszcza że biało‑czerwoni grali w okrojonym składzie, często z kontuzjami i bez możliwości zmian.

1932 rok. Polscy hokeiści na spotkaniu z konsulem generalnym RP w Chicago po występie na Olimpiadzie w Lake Placid, Tadeusz Sachs – siedzi po lewej , fot.: Narodowe Archiwum Cyfrowe

Sachs nie pojawił się na lodzie, ale to on trzymał w rękach wszystkie nici: taktykę, przygotowanie, morale. Był liderem, który potrafił wycisnąć z drużyny maksimum.

Odmówił igrzysk w nazistowskich Niemczech

Gdy w 1936 roku igrzyska miały odbyć się w Garmisch‑Partenkirchen, Sachs podjął decyzję, która wiele mówi o jego charakterze. Jako polski Żyd odmówił wyjazdu do Niemiec. Nie chciał firmować swoją obecnością państwa, które coraz brutalniej prześladowało jego narodową społeczność. W czasach, gdy wielu sportowców wybierało milczenie, on wybrał postawę.

Wojna, Pawiak, Auschwitz — tragiczny finał życia

Po wybuchu II wojny światowej Sachs znalazł się w okupowanej Warszawie. Najprawdopodobniej trafił do getta. Został aresztowany i osadzony na Pawiaku — miejscu, przez które przeszły tysiące więźniów. 16 lipca 1942 roku przewieziono go do Auschwitz. Tam też zginął 3 sierpnia 1942 roku.

Tadeusz Sachs, jako więzień obozu śmierci Auschwitz-Birkenau, fot.: ofiary.auschwitz.org

Jego życie zostało brutalnie przerwane, ale pamięć o nim przetrwała — w kronikach sportu, w archiwach olimpijskich i w historii Pińska.

Dlaczego dzisiaj warto o nim pamiętać

W czasie, gdy współczesne igrzyska to spektakl technologii, mediów i globalnej rywalizacji, postać Tadeusza Sachsa przypomina, że sport bywał kiedyś czymś znacznie bardziej surowym, ale też bardziej osobistym. Życiorys naszego krajana to opowieść o człowieku, który z Pińska trafił na olimpijskie lodowiska, który budował polski hokej od podstaw i który w obliczu zła zachował godność.

Dziś, gdy polskich hokeistów brakuje na olimpijskich arenach, warto wrócić do historii tych, którzy przecierali szlaki. Tadeusz Sachs był jednym z nich — pionierem, kapitanem, trenerem, a przede wszystkim człowiekiem, którego życie i śmierć mówią więcej o XX wieku niż niejeden podręcznik.

Znadniemna.pl na podstawie Palatno.media, na zdjęciu: Pokolorowane foto Tadeusza Sahcsa w swetrze bramkarza reprezentacji Polski, źródło: palatno.media

Na trwających Zimowych Igrzyskach Olimpijskich nie zobaczymy polskiej reprezentacji hokejowej — biało‑czerwoni nie zdołali wywalczyć awansu. A jednak w historii polskiego sportu były czasy, gdy nasi hokeiści nie tylko pojawiali się na olimpijskich arenach, ale potrafili walczyć z najlepszymi. Jednym z ludzi, którzy tworzyli tamtą

Wczoraj, 11 lutego, w Pałacu na Wyspie w Łazienkach Królewskich w Warszawie odbyła się gala wręczenia Nagród Forum Współpracy i Dialogu Polska–Litwa. Od 2013 roku wyróżnienia przyznawane są osobom szczególnie zasłużonym dla budowania mostów porozumienia między narodami Europy Środkowo-Wschodniej. W tym roku – obok historyków i ludzi kultury z Litwy, Polski i Ukrainy – uhonorowany został prof. Aleś Smalańczuk, wybitny białoruski historyk.

Nagrody Forum Współpracy i Dialogu Polska–Litwa oraz Forum Dialogu i Współpracy im. Jerzego Giedroycia. Fot.: Szymon Pulcyn/PAP

Tegoroczna edycja miała wymiar szczególny – zbiegła się z 80. rocznicą powstania Instytutu Literackiego w Paryżu oraz ustanowionym przez Senat RP Rokiem Jerzego Giedroycia. To właśnie duch giedroyciowskiej myśli – dialogu, odpowiedzialności za pamięć historyczną i współpracy narodów regionu – wybrzmiewał podczas całej uroczystości.

Historyk pogranicza i pamięci

Vydas Dolinskas – historyk i dyrektor Pałacu Władców Wielkiego Księstwa Litewskiego w Wilnie i prof. Aleś Smalańczuk – białoruski historyk, badacz dziejów pogranicza i pamięci zbiorowej. Fot.: Szymon Pulcyn/PAP

Prof. Aleś Smalańczuk, niezależny historyk białoruski, obecnie związany z Uniwersytetem Warszawskim, od lat bada dzieje pogranicza polsko-litewsko-białoruskiego oraz historię elit politycznych dawnego Wielkiego Księstwa Litewskiego. Do jego najważniejszych prac należy m.in. biografia Romana Skirmunta – postaci symbolicznej dla wspólnego dziedzictwa regionu.

Prof. Aleś Smalańczuk, białoruski historyk, profesor nauk humanistycznych w Instytucie Slawistyki

W swoim wystąpieniu naukowiec powiedział, że odbiera tę nagrodę jako wyraz uznania dla pracy tych białoruskich historyków, którzy zostali zmuszeni do opuszczenia swojego kraju, gdzie dziś nie istnieje wolność badań naukowych, a ich przedstawicielom grożą represje.

Kapituła nagrody podkreśliła, że działalność Smalańczuka wykracza poza klasyczne badania historyczne. Jego prace pomagają zrozumieć złożoność wspólnej historii, przełamują stereotypy i przywracają pamięć o wielokulturowym dziedzictwie dawnej Rzeczypospolitej. W czasach napięć politycznych i wojny za wschodnią granicą jego głos ma szczególne znaczenie – przypomina, że dialog zaczyna się od rzetelnej wiedzy i wzajemnego szacunku.

Wspólnota doświadczeń

Nagrody – w wysokości 1,5 tys. euro oraz pamiątkowe statuetki – odebrali także: Vydas Dolinskas, dyrektor Zamku Wielkich Książąt Litewskich w Wilnie, Szymon Drej, dyrektor Muzeum Bitwy pod Grunwaldem oraz ukraiński poeta Andrij Lubka, który nie mógł przyjechać na galę, gdyż zgłosił się na ochotnika do ukraińskiej armii. Jego list, odczytany podczas uroczystości, został przyjęty owacją na stojąco.

Włączenie od 2026 roku do grona laureatów także przedstawicieli białoruskiego środowiska demokratycznego jest wyraźnym sygnałem solidarności oraz uznania dla tych, którzy – mimo trudnych warunków – działają na rzecz wolności i dialogu.

Uhonorowanie Alesia Smalańczuka pokazuje, że historia może być przestrzenią spotkania, a nie konfliktu. To dowód, że pamięć o wspólnym dziedzictwie Polski, Litwy i Białorusi może stać się fundamentem przyszłej współpracy – opartej na zrozumieniu, odpowiedzialności i otwartości.

Znadniemna.pl/Fot.: facebook.com/robert.kostro

Wczoraj, 11 lutego, w Pałacu na Wyspie w Łazienkach Królewskich w Warszawie odbyła się gala wręczenia Nagród Forum Współpracy i Dialogu Polska–Litwa. Od 2013 roku wyróżnienia przyznawane są osobom szczególnie zasłużonym dla budowania mostów porozumienia między narodami Europy Środkowo-Wschodniej. W tym roku – obok historyków

Jednym z najbardziej wyczekiwanych dni zimy od wieków pozostaje Tłusty Czwartek. Jest to dzień, w którym tradycja spotyka się z radością, a pączki – ze zbiorową, zupełnie usprawiedliwioną słabością. Choć dziś kojarzy się głównie ze słodkimi wypiekami, historia i znaczenie Tłustego Czwartku sięgają znacznie głębiej.

Słodki próg Wielkiego Postu

Tłusty Czwartek przypada zawsze na ostatni czwartek przed Wielkim Postem, a więc jego data zmienia się co roku wraz z ruchomą Wielkanocą. To symboliczne otwarcie ostatnich dni karnawału – czasu zabawy, spotkań i rodzinnych biesiad, zanim nadejdzie Środa Popielcowa i okres postu oraz duchowej refleksji.

W polskiej tradycji ten dzień ma wyjątkowy charakter. Jest jak oddech przed zmianą rytmu – radosny, pełen wdzięczności za codzienność, a jednocześnie świadomy nadchodzącego wyciszenia.

Od rzymskich uczt do polskich zapustów

Korzenie Tłustego Czwartku sięgają starożytności. W Rzymie świętowano koniec zimy hucznymi ucztami, które z czasem przeniknęły do kultury chrześcijańskiej. W średniowiecznej Europie, a później w Polsce, ostatnie dni przed postem nazywano zapustami lub mięsopustem – czasem, w którym żegnano się z obfitym jedzeniem.

W dawnej Polsce był to okres rodzinnych spotkań, tańców i wspólnego świętowania. Wierzono, że im bardziej syto i radośnie zakończy się karnawał, tym pomyślniejszy będzie nadchodzący rok.

Pączki, faworki i… słonina?

Dziś trudno wyobrazić sobie Tłusty Czwartek bez pączków i chrupiących faworków. Jednak pierwotne pączki wcale nie były słodkie – przygotowywano je z ciasta chlebowego i nadziewano mięsem lub słoniną. Dopiero później pojawiły się wersje słodkie, z konfiturą, różą czy adwokatem (likierem jajecznym – red.), obsypane cukrem pudrem lub polane lukrem.

Zwyczaj jedzenia pączków w tym dniu tak mocno zakorzenił się w polskiej kulturze, że powstało nawet przekonanie: kto nie zje choć jednego pączka, temu nie będzie się wiodło przez cały rok. Dziś traktujemy to z przymrużeniem oka, ale tradycja wciąż łączy pokolenia.

Przysłowia, które smakują tradycją

  • „Gdy w Tłusty Czwartek człek w jedzeniu pofolguje, łaskawy Pan Bóg grzech obżarstwa daruje.”
  • „Tłusty Czwartek pączkami fetuje, a od Popielca ścisły post szykuje.”
  • „Od Tłustego Czwartku do Zmartwychwstania czas nawrócenia się kłania.”

Niech Tłusty Czwartek będzie okazją do radości, życzliwości i wspólnego świętowania. Bo choć pączki są ważne, to właśnie spotkanie z drugim człowiekiem nadaje temu dniu prawdziwy smak.

 Opr. Adolf Gorzkowski/Znadniemna.pl, zdjęcie ilustracyjne, źródło: faralubawa.pl

Jednym z najbardziej wyczekiwanych dni zimy od wieków pozostaje Tłusty Czwartek. Jest to dzień, w którym tradycja spotyka się z radością, a pączki – ze zbiorową, zupełnie usprawiedliwioną słabością. Choć dziś kojarzy się głównie ze słodkimi wypiekami, historia i znaczenie Tłustego Czwartku sięgają znacznie głębiej. Słodki

Szansa dla studentów, doktorantów i badaczy zainteresowanych polonistyką.

Narodowa Agencja Wymiany Akademickiej ogłosiła rozpoczęcie naboru wniosków do programu Polonista NAWA 2026, który od lat wspiera promocję języka polskiego oraz rozwój badań i studiów polonistycznych na świecie. Program jest adresowany do studentów i doktorantów chcących podjąć studia polonistyczne w Polsce, zagranicznych naukowców realizujących projekty badawcze związane z polonistyką, a także polskich badaczy i nauczycieli akademickich planujących wyjazdy do zagranicznych ośrodków polonistycznych.

Uczestnicy mogą podejmować projekty obejmujące m.in. literaturoznawstwo, glottodydaktykę polonistyczną, historię, sztukę czy komparatystykę. Program sprzyja międzynarodowej wymianie doświadczeń, a także budowaniu trwałych relacji akademickich, które wzmacniają obecność polskiej humanistyki na świecie.

Wnioski można składać do 3 kwietnia 2026 r. Dotychczas z programu skorzystało 281 osób z 26 krajów, realizując swoje projekty w najważniejszych polskich ośrodkach akademickich.

Szczegółowe informacje oraz ogłoszenia konkursowe dostępne są na stronie programu Polonista NAWA: KLIKNIJ.

Znadniemna.pl  za nawa.gov.pl

Szansa dla studentów, doktorantów i badaczy zainteresowanych polonistyką. Narodowa Agencja Wymiany Akademickiej ogłosiła rozpoczęcie naboru wniosków do programu Polonista NAWA 2026, który od lat wspiera promocję języka polskiego oraz rozwój badań i studiów polonistycznych na świecie. Program jest adresowany do studentów i doktorantów chcących podjąć studia

W białoruskim parlamencie pojawiła się propozycja, by telewizja państwowa mogła swobodnie korzystać z utworów muzycznych bez zgody autorów i właścicieli praw. Eksperci alarmują, że takie rozwiązanie narusza międzynarodowe standardy ochrony własności intelektualnej i w praktyce oznacza legalizację piractwa na poziomie państwowym.

W białoruskiej Izbie Reprezentantów procedowany jest projekt, który przewiduje przyznanie telewizji państwowej prawa do „swobodnego używania” utworów muzycznych. Zgodnie z propozycją media mogłyby wykorzystywać muzykę bez konieczności uzyskania zgody autorów lub innych właścicieli praw, a jedynym obowiązkiem byłaby wypłata wynagrodzenia według zasad ustalonych przez państwo.

Choć projekt przedstawiany jest jako „ułatwienie pracy redakcji telewizyjnych”, prawnicy zwracają uwagę, że takie rozwiązanie stoi w sprzeczności z podstawowymi zasadami prawa autorskiego. Konwencja berneńska, traktaty WIPO (World Intellectual Property Organization czyli Światowa Organizacja Własności Intelektualnej – red.) oraz standardy WTO (World Trade Organization czyli Światowa Organizacja Handlu – red.) jednoznacznie wymagają, by twórca miał prawo decydować o sposobie wykorzystania swojego dzieła. Odbierając autorom możliwość wyrażenia zgody, państwo narusza ich prawa majątkowe i osobiste.

Eksperci podkreślają, że wprowadzenie tak szerokiej licencji przymusowej może prowadzić do poważnych nadużyć. Telewizja mogłaby wykorzystywać muzykę w dowolnym kontekście — także politycznym lub propagandowym — bez jakiejkolwiek kontroli ze strony twórców. Wynagrodzenie, ustalane jednostronnie przez państwo, mogłoby być symboliczne i nieadekwatne do wartości utworu.

Zdaniem komentatorów takie rozwiązanie oznacza w praktyce państwowe piractwo, czyli legalizację działań, które w innych krajach byłyby traktowane jako naruszenie prawa autorskiego. Może to również doprowadzić do konfliktów z zagranicznymi organizacjami zbiorowego zarządzania oraz ograniczyć dostęp białoruskich mediów do międzynarodowego repertuaru muzycznego.

Projekt wpisuje się w szerszy trend rozszerzania kontroli państwa nad mediami i kulturą na Białorusi. Jeśli zostanie przyjęty, twórcy — zarówno białoruscy, jak i zagraniczni — stracą realny wpływ na to, w jaki sposób ich muzyka jest wykorzystywana w państwowych przekazach.

Znadniemna.pl na podstawie BelTA, źródło ilustracji: satkurier.pl

W białoruskim parlamencie pojawiła się propozycja, by telewizja państwowa mogła swobodnie korzystać z utworów muzycznych bez zgody autorów i właścicieli praw. Eksperci alarmują, że takie rozwiązanie narusza międzynarodowe standardy ochrony własności intelektualnej i w praktyce oznacza legalizację piractwa na poziomie państwowym. W białoruskiej Izbie Reprezentantów procedowany

Przejdź do treści