HomeStandard Blog Whole Post

Ministerstwo Spraw Zagranicznych Litwy poinformowało, że w ramach złożonego fake newsa publikowano fake newsy, rzekomo powiązane z litewską dyplomacją. Dochodzenie w tej sprawie prowadzą już na Litwie odpowiednie służby. Hakerzy, którzy zaatakowali konto na Twitterze Tomasza Sakiewicza, stronę „Poland Daily” oraz portal Związku Polaków na Białorusi Znadniemna.pl, zablokowali także szefowi „GP” dostęp do tweetdecka – aplikacji do zarządzania Twitterem. Jak dowiedział się portal Niezalezna.pl – atak na powiązany z Telewizją Republiką serwis „Poland Daily” został dokonany z Rygi, stolicy Łotwy.

Rasa Jakilaitiene, rzeczniczka litewskiego ministra spraw zagranicznych, powiedziała, że fałszywa wiadomość została umieszczona na polskiej stronie internetowej.

Fałszywe wiadomości pojawiły się na Polanddaily.com. W zamieszczonym tam artykule znalazła się uwaga ministra Linkeviciusa, w której twierdził, że na Białoruś trzeba wysłać siły pokojowe – powiedziała rzeczniczka.

Rzeczniczka litwewskiego MSZ zwróciła uwagę, że dla podniesienia wiarygodności fake newsa w artykule pojawiała się także wzmianka na temat polskiego ministra spraw zagranicznych.

Ministerstwo Spraw Zagranicznych Litwy wydało oświadczenie zaprzeczające fałszywym informacjom. Potwierdzono, że odpowiednie służby wszczęły już w tej sprawie dochodzenie.

Jest wysoce prawdopodobne, że trwa cyberatak informacyjny, który jest obecnie badany przez władze litewskie – czytamy w komunikacie.

Redaktor naczelny „Gazety Polskiej” stracił dostęp do konta (zmieniono hasło), na którym wstawiono odnośnik do artykułu zamieszczonego na portalu Znadniemna.pl, który prowadzi Związek Polaków na Białorusi. Ów artykuł to także cyberprowokacja. Dowiadujemy się z niego, że „Polska i Litwa wzywają NATO do wysłania wojsk na Białoruś”.

Podrobiony artykuł na portalu „Poland Daily” nosił tytuł „Polska i Litwa naciskają na wysłanie wojsk na Białoruś”. Napisany był w języku angielskim i podobnie jak publikacja wrzucona na Znadniemna.pl, dezinformował o rzekomych naciskach Polski, Litwy i Stanów Zjednoczonych na NATO. W tekście pojawiły się też nazwiska ministra spraw zagranicznych Polski Zbigniewa Rau oraz Swiatłany Cichanouskiej. Na zdjęciu głównym umieszczono szefa litewskiej dyplomacji Linasa Linkevičiusa.

To nie pierwszy rosyjski atak na media związane ze „Strefą Wolnego Słowa”. Przypomnijmy: w maju 2020 r. portal Niezalezna.pl dwukrotnie padł ofiarą rosyjskich hakerów, którzy zmieniali treść naszych publikacji.

Na naszą stronę (a także na portale Telewizji Republika, Radia Szczecin, olsztyn24.pl oraz stronę gminy Orzysz, gdzie znajduje się garnizon) wstawiono artykuł pt. Amerykanie „chwalą” pobyt w Drawsku. „Jedyne czym mogą strzelić to gumki od majtek”

Gdy opublikowaliśmy informację o tym ataku, Rosjanie dokonali kolejnego włamania, zmieniając ją na „newsa”, że Niezalezna.pl przyznaje się do autorstwa wcześniejszego artykułu.

To nie koniec działań Moskwy przeciwko naszym mediom. Pod koniec maja na anglojęzycznym prorosyjskim portalu „The Duran” ukazał się „wywiad”, przeprowadzony rzekomo przez Katarzynę Gójską dla „Gazety Polskiej”. Rozmówcą wicenaczelnej tygodnika miał być amerykański generał broni Christopher G. Cavoli, dowódca sił amerykańskich w Europie. Nie trzeba chyba dodawać, że rozmowa, w której Cavoli twierdzi, że Polska i kraje bałtyckie są fatalnie zorganizowane pod względem militarnym, została w całości wymyślona.

Znadniemna.pl za niezalezna.pl

Ministerstwo Spraw Zagranicznych Litwy poinformowało, że w ramach złożonego fake newsa publikowano fake newsy, rzekomo powiązane z litewską dyplomacją. Dochodzenie w tej sprawie prowadzą już na Litwie odpowiednie służby. Hakerzy, którzy zaatakowali konto na Twitterze Tomasza Sakiewicza, stronę „Poland Daily” oraz portal Związku Polaków na

Dyskusja o językach liturgii w Kościele katolickim na Białorusi rozgorzała wśród użytkowników serwisu Threads  po pytaniu zadanym przez projekt Pax.tv, którym kieruje ks. Jurij Sańko, rzecznik archidiecezji mińsko‑mohylewskiej. Choć w komentarzach pojawiło się wiele stereotypowych pytań od osób niezwiązanych z Kościołem, szczególne zainteresowanie wzbudził temat języka Mszy świętej.

Wśród propozycji ujawnił się wyraźny postulat zwiększenia liczby Mszy po polsku w białoruskiej stolicy, a także wprowadzenia choć jednej niedzielnej liturgii po rosyjsku w każdej katolickiej parafii. Jedna z wiernych zwróciła bowiem uwagę, że w kraju, gdzie większość mieszkańców na co dzień posługuje się rosyjskim, brakuje liturgii w tym języku – nawet w Mohylewie, dużym mieście położonym najbliżej Rosji. Jej zdaniem sytuacja, w której dominujący język komunikacji nie znajduje odzwierciedlenia w liturgii, jest trudna do zrozumienia.

Postulat ów spotkał się jednak z natychmiastowym sprzeciwem części wiernych. Podkreślali oni, że Kościół katolicki jest jednym z niewielu miejsc, gdzie język białoruski ma stabilną oraz naturalną przestrzeń i nie musi konkurować z rosyjskim. Dla nich wprowadzenie Mszy po rosyjsku byłoby niepożądane, a nawet symbolicznie niepokojące. Jak zauważył jeden z komentujących, Kościół jest „przestrzenią wytchnienia”, w której białoruski brzmi wyjątkowo i powinien pozostać językiem liturgii.

W dyskusji pojawił się również temat Mszy po polsku. Wierni wskazywali, że w Mińsku brakuje ich szczególnie osobom starszym, które przez lata modliły się po polsku i mają trudność z przyswojeniem modlitw po białorusku. Drugą grupą są młodzi ludzie z Grodzieńszczyzny, gdzie polski w liturgii jest tradycyjnie obecny. Po przeprowadzce do stolicy odczuwają brak znanej im formy modlitwy. Jednocześnie warto zauważyć, że w wielu parafiach Grodzieńszczyzny obserwowany jest odwrotny trend – stopniowe zastępowanie polskiego językiem białoruskim.

Ks. Sańko, odpowiadając na pytania internautów dotyczące języka liturgii, podkreślił, że kwestie te są złożone i wymagają rozmowy z proboszczem konkretnej parafii, a niekiedy także z władzami archidiecezji. Dyskusja wywołana przez rzecznika archidiecezji mińsko‑mohylewskiej ujawniła jednak coś więcej niż tylko praktyczne potrzeby wiernych. Język liturgii na Białorusi pozostaje zagadnieniem silnie splecionym z poczuciem wspólnoty, pamięcią i emocjami. Widać wyraźnie, że dla wielu katolików wybór języka Mszy to nie tylko kwestia wygody, lecz także ważny element duchowej i narodowej świadomości.

Znadniemna.pl na podstawie Katolik.life, fot.: Katolik.life

Dyskusja o językach liturgii w Kościele katolickim na Białorusi rozgorzała wśród użytkowników serwisu Threads  po pytaniu zadanym przez projekt Pax.tv, którym kieruje ks. Jurij Sańko, rzecznik archidiecezji mińsko‑mohylewskiej. Choć w komentarzach pojawiło się wiele stereotypowych pytań od osób niezwiązanych z Kościołem, szczególne zainteresowanie wzbudził temat

Wczoraj, 6 marca, podczas inauguracji Roku Andrzeja Wajdy w Krakowie wręczono Nagrody im. wielkiego reżysera. Tegorocznymi laureatami zostali Danuta Wałęsa oraz Andrzej Poczobut – dziennikarz i działacz polskiej mniejszości na Białorusi, więziony przez reżim w Mińsku. Nagrodę przyznaną Poczobutowi w jego imieniu odebrała córka, Jana Poczobut.

Uroczysta inauguracja Roku Andrzeja Wajdy odbyła się w krakowskim Muzeum Sztuki i Techniki Japońskiej Manggha – instytucji ufundowanej przez samego reżysera i jego żonę, Krystynę Zachwatowicz. W wydarzeniu uczestniczyli przedstawiciele świata kultury i polityki, w tym marszałek Senatu Małgorzata Kidawa-Błońska oraz senatorowie.

Podczas uroczystości przypomniano, że twórczość autora „Kanału”, „Popiołu i diamentu”, „Człowieka z marmuru”, „Człowieka z żelaza” czy „Katynia” była czymś więcej niż tylko kinem. Wajda opowiadał o sprawach fundamentalnych – o historii, odpowiedzialności, moralnych wyborach i cenie prawdy.

Przemawia Marszałek Senatu RP Małgorzata Kidawa-Błońska

– Andrzej Wajda opowiadał o sprawach uniwersalnych. Współczesny świat, coraz bardziej trudny i niezrozumiały, wymaga wyjaśnień, jakich Andrzej Wajda dla nas szukał – podkreśliła marszałek Senatu.

Nagroda w duchu solidarności

Jednym z najważniejszych momentów inauguracji było wręczenie Nagrody im. Andrzeja Wajdy. W tym roku jej laureatami zostali Danuta Wałęsa oraz Andrzej Poczobut.

Nagrodę przyznano im za działalność w duchu solidarności społecznej oraz walkę o wolność słowa. W laudacjach podkreślano ich wkład w obronę wartości, które przez całe życie były bliskie samemu Wajdzie – odwagi, prawdy i odpowiedzialności za wspólnotę.

Ponieważ Andrzej Poczobut pozostaje więziony przez władze białoruskie, nagrodę w jego imieniu odebrała jego córka, Jana Poczobut, co było jednym z najbardziej poruszających momentów uroczystości.

Poczobut – głos Polaków na Białorusi

Wyróżnienie dla Andrzeja Poczobuta ma szczególny wymiar. Dziennikarz od lat związany jest z Związkiem Polaków na Białorusi i niezależnymi mediami, w których konsekwentnie opisywał sytuację polskiej mniejszości oraz realia życia w autorytarnym państwie.

Za swoją działalność wielokrotnie był prześladowany przez władze w Mińsku, a dziś pozostaje jednym z najbardziej znanych więźniów politycznych na Białorusi. Jego los stał się symbolem walki o wolność słowa i prawa obywatelskie. Dlatego nagroda przyznana w Roku Wajdy ma znaczenie nie tylko honorowe. To także gest solidarności z człowiekiem, który zapłacił wysoką cenę za wierność prawdzie.

Wajda w stulecie urodzin

Z okazji Roku Wajdy Muzeum Manggha przygotowało ekspozycję „Wajda. W stulecie urodzin”. Wystawa nawiązuje do doświadczeń reżysera z czasów II wojny światowej oraz pokazuje, jak wojna wpłynęła na jego wrażliwość i pierwsze lata twórczości. Opowiada także o jego fascynacji malarstwem, przyjaźniach z innymi artystami, zaangażowaniu w życie kulturalne i polityczne oraz o ważnych inicjatywach, takich jak Mistrzowska Szkoła Andrzeja Wajdy czy Pawilon Wyspiańskiego. Nie brakuje również wątków związanych z okresem „karnawału Solidarności”, kiedy twórczość i działalność Wajdy silnie splatały się z wydarzeniami społecznymi i politycznymi w Polsce.

Na ekspozycji zgromadzono liczne pamiątki z życia reżysera – notesy, dzienniki, kalendarze, szkicowniki oraz fotografie, z których część zostanie pokazana publiczności po raz pierwszy. Wystawa przypomina także o fascynacji Wajdy kulturą Japonii – można na niej zobaczyć japońską sztukę oraz rysunki, które artysta wykonywał podczas podróży do tego kraju w latach 80. i 90. To właśnie po otrzymaniu w 1987 roku Nagrody Kioto za całokształt twórczości Wajda wraz z Krystyną Zachwatowicz-Wajdą zdecydowali się przeznaczyć nagrodę na powołanie Fundacji Kyoto–Kraków, której celem było stworzenie Centrum Sztuki i Techniki Japońskiej Manggha.

Filmy Wajdy były zawsze opowieścią o Polsce – jej historii, dramatach i nadziejach. Przyznanie nagrody Andrzejowi Poczobutowi pokazuje, że wartości, o których mówił w swoich dziełach, pozostają aktualne również dziś. Bo wolność słowa i odwaga mówienia prawdy nie są tylko tematem filmów – są częścią realnego życia.

Znadniemna.pl/Fot.: facebook.com/SenatRP

Wczoraj, 6 marca, podczas inauguracji Roku Andrzeja Wajdy w Krakowie wręczono Nagrody im. wielkiego reżysera. Tegorocznymi laureatami zostali Danuta Wałęsa oraz Andrzej Poczobut – dziennikarz i działacz polskiej mniejszości na Białorusi, więziony przez reżim w Mińsku. Nagrodę przyznaną Poczobutowi w jego imieniu odebrała córka, Jana

Białoruś planuje do końca marca 2026 roku wysłać do UNESCO zgłoszenie wpisujące tradycje przygotowywania i spożywania placków ziemniaczanych (draniki) i babki na listę niematerialnego dziedzictwa kulturowego. Decyzję podjęło Prezydium Rady Ministrów, co jest częścią strategii promocji narodowego brandu gastronomicznego.

Draniki i babka — serce białoruskiej kuchni

Te potrawy od dawna są symbolem białoruskiej gastronomii. Występują we wszystkich sześciu obwodach kraju i od 2022 roku znajdują się w Państwowej liście wartości historyczno-kulturowych Białorusi.

Obecnie zarejestrowano ponad 370 nosicieli tradycji z 73 rejonów oraz zgromadzono 235 ludowych przepisów na potrawy z tartego ziemniaka, co potwierdza bogactwo dziedzictwa kulinarnego.

Po co UNESCO?

Wpisanie placków ziemniaczanych i babki na listę UNESCO pozwoli:

  • Zachować i promować tradycje narodowe;
  • Rozwijać turystykę kulinarną, przyciągać turystów zainteresowanych kulturą i kuchnią;
  • Wzmocnić wizerunek Białorusi jako kraju o wyjątkowej kulturze.

Obecnie na listach UNESCO znajduje się 7 białoruskich elementów, w tym tradycja tekstylna z Niegliubia (2025).

Na drodze do światowej sceny kulinarnej

Przygotowanie zgłoszenia przez Ministerstwo Kultury obejmuje dokumentowanie przepisów, sposobów przygotowania oraz historii nosicieli tradycji. Eksperci są przekonani, że wpisanie placków ziemniaczanych i babki na listę niematerialnego dziedzictwa UNESCO będzie ważnym krokiem w promocji białoruskiej kultury na świecie i przyciągnie uwagę turystów z całego globu.

Znadniemna.pl/minsk.news

Białoruś planuje do końca marca 2026 roku wysłać do UNESCO zgłoszenie wpisujące tradycje przygotowywania i spożywania placków ziemniaczanych (draniki) i babki na listę niematerialnego dziedzictwa kulturowego. Decyzję podjęło Prezydium Rady Ministrów, co jest częścią strategii promocji narodowego brandu gastronomicznego. Draniki i babka — serce białoruskiej kuchni Te

Urodzony 6 marca 1925 roku na Wileńszczyźnie, wyrósł z krajobrazu jezior, lasów i silnej polskiej tradycji Brasławszczyzny. Kresowe wychowanie dało mu odporność i pracowitość, które pozwoliły przetrwać Syberię, przejść frontowy szlak bojowy i zbudować znaczący dorobek naukowy w Olsztynie.

Kresowe korzenie i syberyjskie doświadczenie młodości

Czesław Platt przyszedł na świat we wsi Budziszcze w powiecie brasławskim, w rodzinie leśniczego. Dorastał w typowym dla Kresów świecie – silnie związanym z polską kulturą, a jednocześnie zanurzonym w wieloetnicznym krajobrazie Wileńszczyzny. Edukację rozpoczął w Szumielach, a następnie kontynuował w Brasławiu, który dla wielu młodych Kresowian był bramą do dalszej nauki.

Jego edukację przerwał wybuch wojny i okupacja sowiecka. W 1940 roku rodzina Plattów została wywieziona do obwodu omskiego na Syberii. Syberyjskie lata oznaczały ciężką pracę w lesie, niedożywienie i choroby – doświadczenia, które głęboko naznaczyły całe pokolenie Polaków z Kresów, zmuszonych do walki o przetrwanie w nieludzkich warunkach.

Od zesłańca do żołnierza

W 1943 roku, tuż po osiągnięciu pełnoletności, Platt zgłosił się do Wojska Polskiego formowanego w Sielcach nad Oką. Walczył na pierwszej linii frontu, przeszedł cały szlak bojowy od Oki do Łaby, a podczas zdobywania Warszawy został ranny. Za odwagę odznaczono go Krzyżem Walecznych i Medalem „Zasłużony na Polu Chwały”.

Po wojnie – jak wielu Kresowian, którzy nie mogli wrócić do rodzinnych miejsc – rozpoczął życie w nowych granicach Polski. Najpierw pracował fizycznie, a następnie przeniósł się do Olsztyna, gdzie osiedlili się jego rodzice powracający z Syberii.

Matematyk, wykładowca i organizator życia naukowego

Po maturze zdanej w Olsztynie rozpoczął studia matematyczne na Uniwersytecie Wrocławskim, interesując się topologią i teorią miary. W 1954 roku podjął pracę w Katedrze Statystyki Matematycznej Wyższej Szkoły Rolniczej w Olsztynie, gdzie związał się z zastosowaniami statystyki w naukach przyrodniczych. Jego prace – od modeli rozkładu płci u zwierząt po metody estymacji regresji – stały się ważnym wkładem w rozwój polskiej biometrii.

Czesław Platt był cenionym wykładowcą i autorem podręczników, które przez lata służyły studentom uczelni rolniczych. Jako promotor i recenzent wspierał rozwój młodej kadry, a jako organizator życia naukowego stworzył olsztyński oddział Polskiego Towarzystwa Matematycznego i przez ponad dwie dekady kierował jego pracami.

Wierność Kresom i ostatnia podróż

Choć życie zawodowe związał z Olsztynem, pozostał wierny swoim korzeniom. Utrzymywał kontakty z muzeum w Brasławiu, wygłaszał tam wykłady i przygotował publikację historyczną w języku białoruskim, dokumentując lokalne dzieje i genealogie. Jego zaangażowanie było formą symbolicznego powrotu do świata, z którego wyrwała go wojna.

We wrześniu 1995 roku wyjechał do Mińska na konferencję statystyczną. Tam zasłabł i zmarł 20 września 1995 roku, kończąc życie, które łączyło w sobie dramatyczne doświadczenia XX wieku i konsekwentną pracę naukową.

W rocznicę jego 101. urodzin pamięć o Czesławie Plattcie pozostaje żywa – jako o uczonym, żołnierzu i Kresowianinie, którego los odzwierciedla historię całego pokolenia.

Opr. Adolf Gorzkowski/Znadniemna.pl na podstawie wpisu dr Bernarda Kasietczuka zamieszczonego w 2019 roku na stronie „Historia powiatu brasławskiego” na Facebooku, na zdjęciu: prof. Czesław Platt, lata 90. XX stulecia, fot.: skyscrapercity.com

Urodzony 6 marca 1925 roku na Wileńszczyźnie, wyrósł z krajobrazu jezior, lasów i silnej polskiej tradycji Brasławszczyzny. Kresowe wychowanie dało mu odporność i pracowitość, które pozwoliły przetrwać Syberię, przejść frontowy szlak bojowy i zbudować znaczący dorobek naukowy w Olsztynie. Kresowe korzenie i syberyjskie doświadczenie młodości Czesław Platt

6 marca przypada rocznica śmierci naszego krajana Borysa Wilkickiego – jednego z najwybitniejszych badaczy Arktyki początku XX wieku. To właśnie on stanął na czele ekspedycji, która odkryła archipelag Ziemia Północna – jedno z ostatnich wielkich odkryć geograficznych w dziejach świata.

Choć historiografia przedstawia go najczęściej jako rosyjskiego oficera marynarki i hydrografa, jego rodzinne korzenie prowadzą na ziemie dawnej Rzeczypospolitej – na kresowe pogranicze kultur, które przez stulecia kształtowało wyjątkową przestrzeń historyczną Europy Wschodniej. Biografia Wilkickiego jest więc nie tylko historią odkryć geograficznych, lecz także życiorysem człowieka wychowanego w tradycji wielokulturowych Kresów.

Kresowy rodowód

Starszy porucznik Borys Wilkicki

Borys, syn Andrzeja, urodził się 22 marca 1885 roku. Wilkicki pieczętowali się herbem Pogoń (Bożezdarz), a nie – jak błędnie podawał rosyjski autor Suprunienko – „Wiłkocki herbu Nieczuja”.

Źródła różnią się co do miejsca narodzin przyszłego odkrywcy. Według części przekazów przyszedł na świat niedaleko Wołkowyska na dzisiejszej Białorusi, według innych – w miejscowości Pułkowo pod Petersburgiem. Niezależnie od tych rozbieżności, jego rodzina wywodziła się ze środowiska kresowej szlachty dawnej Rzeczypospolitej, która przez stulecia łączyła tradycje polskie, litewskie i ruskie.

Andrzej Wilkicki, podróżnik-badacz, kartograf i hydrograf

Ojciec Borysa, Andrzej Wilkicki, był jednym z najwybitniejszych hydrografów Imperium Rosyjskiego przełomu XIX i XX wieku. Zajmował się badaniami arktycznych mórz oraz sporządzaniem map północnych wybrzeży Syberii. Jego prace kartograficzne odegrały ogromną rolę w poznaniu Morza Karskiego i północnych szlaków żeglugowych, kształtując środowisko, w którym dorastał młody Borys.

Droga do morza

Naturalnym wyborem dla Borysa była kariera morska. Został wychowankiem Mikołajewskiej Akademii Morskiej w Petersburgu, jednej z najbardziej prestiżowych uczelni wojskowych Imperium Rosyjskiego. Tam studiował hydrografię i nawigację, a jego pasją stało się badanie północnych mórz i lodołamaczy.

Okręt podwodny „Port-Arturec”, którym dowodził wachmistrz B. Wilkicki (prawdopodobnie on na środku). Port Artur, 1905

W 1904–1905 roku wziął udział w obronie Portu Arturu, gdzie został ciężko ranny. Te doświadczenia ukształtowały go jako dowódcę i człowieka odpowiedzialnego za życie załogi w trudnych warunkach. Jednak jego prawdziwym powołaniem była nauka hydrografii i eksploracja Arktyki.

Borys Wilkicki został mianowany oficerem nawigacyjnego okrętu „Cesariewicz”, który brał udział w obronie Portu Artur podczas wojny rosyjsko-japońskiej w latach 1904–1905. 27 stycznia 1904 roku, podczas ataku Japończyków na Port Artur, „Cesariewicz” został storpedowany przez japoński niszczyciel. Pancerna przegroda przeciwminowa dobrze wytrzymała wybuch torpedy

Wielka ekspedycja Arktyczna

Na początku XX wieku Imperium Rosyjskie rozpoczęło szeroko zakrojony program badań Arktyki. Celem było dokładne poznanie północnych wybrzeży Syberii oraz sprawdzenie możliwości żeglugi wzdłuż całego kontynentu eurazjatyckiego – przyszłej Północnej Drogi Morskiej.

Lodołamacze transportowe „Tajmyr” i „Wajgacz” w ujściu rzeki Anadyr, w pobliżu Nowo-Mariinsk, 1913 r.

W latach 1910–1914 Borys Wilkicki prowadził badania na lodołamaczach badawczych „Tajmyr” i „Wajgacz”, które operowały u północnych wybrzeży Syberii i Jakucji. Statki te prowadziły pomiary hydrograficzne, sporządzały mapy oraz badały warunki nawigacyjne w lodach Arktyki.

Ekspedycja miała charakter wielodyscyplinarny. Wilkicki nadzorował prace z zakresu: hydrologii i oceanografii, klimatologii i meteorologii polarnej, geodezji i kartografii, geologii i zoologii.

Odkrycie Ziemi Północnej

Lodołamacze transportowe „Tajmyr” i „Wajgacz”

Kulminacyjnym momentem ekspedycji Wilkickiego było 3 września 1913 roku, kiedy uczestnicy wyprawy zauważyli na północ od Półwyspu Tajmyr nieznany wcześniej ląd. Archipelag ten okazał się ogromnym, niemal dziewiczym obszarem, który początkowo nazwano Ziemią Cesarza Mikołaja II. Po rewolucji rosyjskiej przyjęto obecną nazwę – Ziemia Północna.

Odkrycie miało ogromne znaczenie geograficzne. Był to ostatni duży obszar lądowy na Ziemi pozostający nieopisany i nieznany nauce. Wilkicki, prowadząc pomiary głębokości wód, dokumentując zasięg lodowców i rejestrując zmiany w krajobrazie wysp, stworzył podstawy do późniejszego szczegółowego kartowania regionu.

Ekspedycja musiała zmagać się z trudnościami, które dziś trudno sobie wyobrazić – silne wichury, dryfy lodowe i znikoma widoczność utrudniały obserwacje astronomiczne i geodezyjne. Lodołamacze często pozostawały uwięzione w paku lodowym przez wiele dni, a każda decyzja o dalszej trasie wymagała dokładnego wyważenia ryzyka. Mimo tego Wilkicki i jego załoga zdołali nie tylko dotrzeć do nieznanych wysp, lecz także dokładnie je zmierzyć i opisać.

Dzięki ekspedycji Wilkickiego możliwe stało się pierwsze pełne przejście morskie z Morza Beringa do Archangielska wzdłuż północnych wybrzeży Eurazji. To osiągnięcie nie tylko potwierdziło realność Północnej Drogi Morskiej jako szlaku transportowego, ale również dało impuls do dalszych badań naukowych w regionie.

Sukces naukowy

Wykładowcy i absolwenci wydziału hydrografii Mikołajewskiej Akademii Morskiej, 1908 r. Siedzi trzeci od lewej w pierwszym rzędzie – Andrzej Wilkicki, stoi drugi od prawej w drugim rzędzie – Borys Wilkicki

Dorobek naukowy ekspedycji był imponujący. Zebrano ogromne ilości danych z zakresu: hydrografii i oceanografii – pomiary głębokości, temperatury wód, zasolenia, prądów morskich oraz mapowanie dna morskiego; klimatologii i meteorologii polarnej – obserwacje temperatur, wiatru, ciśnienia i opadów, które pozwoliły lepiej zrozumieć dynamiczny klimat Arktyki; geodezji i kartografii – tworzenie precyzyjnych map wybrzeży, cieśnin i lodowców, które były wykorzystywane zarówno w żegludze, jak i w dalszych badaniach naukowych; geologii i zoologii – dokumentacja minerałów i skał oraz obserwacje fauny arktycznej, od ssaków morskich po plankton, które stanowiły cenne źródło wiedzy biologicznej.

Wszystkie dane, mapy i obserwacje zostały przekazane do Cesarskiej Akademii Nauk w Petersburgu, a wiele z nich wykorzystano w późniejszych wyprawach i projektach naukowych.

Ekspedycja przyniosła Wilkickiemu złoty medal Imperatorskiego Rosyjskiego Towarzystwa Geograficznego, a jego nazwisko zostało trwale zapisane na mapach Arktyki. Najbardziej znanym przykładem jest Cieśnina Wilkickiego, oddzielająca Półwysep Tajmyr od archipelagu Ziemi Północnej. Również wyspy na Morzu Łaptiewów odkryte przez ekspedycję Amundsena w 1919 roku noszą jego imię.

Odkrycia Wilkickiego nie miały tylko wymiaru geograficznego – były fundamentem dla dalszych badań hydrologicznych, meteorologicznych i biologicznych, a także przyczyniły się do rozwoju kartografii polarnej i poprawy bezpieczeństwa żeglugi w trudnych warunkach Arktyki. Jego prace stały się wzorem dla kolejnych pokoleń badaczy regionu i do dziś pozostają punktem odniesienia w historii badań polarnych.

Rewolucja i emigracja

Wydarzenia rewolucyjne i wojna domowa zmieniły losy Wilkickiego. Po stronie „białych” wybitny odkrywca służył w armii admirała Kołczaka, a po klęsce Białej Armii wyemigrował do Wielkiej Brytanii.

Zimą 1920 roku, będąc już kontradmirałem, opuścił Rosję i udał się na emigrację. Za granicą nadal interesował się problemami żeglugi w Arktyce. W latach 1923–1924 uczestniczył w przygotowaniu i przeprowadzeniu ekspedycji handlowych na Morze Karskie, kierując częścią morską i zapewniając przejście konwojów transportowych.

W latach 1926–1928 pracował jako hydrograf w Kongu Belgijskim, kierując brygadą badającą dolny bieg rzeki Kongo. Po powrocie do stolicy Belgii prowadził skromne życie – pracował jako księgowy i nauczyciel języka rosyjskiego. Zmarł w Brukseli 6 marca 1961 roku.

Jego syn, Andrzej Wilkicki, zmarł 20 lipca 1943 roku w Niemczech jako porucznik armii niemieckiej.

Człowiek pogranicza

Lodołamacz „Borys Wilkicki” o długości 300 m, transportujący metan w porcie Brest (Finistère). Fot.: www.ouest-france.fr

Historia Borysa Wilkickiego jest historią kresowego pogranicza. Wielu oficerów, naukowców i odkrywców Imperium Rosyjskiego w XIX i XX wieku pochodziło z rodzin szlacheckich z ziem dawnej Rzeczypospolitej. Byli to ludzie wychowani na styku tradycji polskiej, litewskiej i ruskiej. Ich biografie często przekraczały granice państw i epok.

Borys Wilkicki należy do tego kręgu. Choć zapisał się w historii jako odkrywca Arktyki i oficer rosyjskiej floty, jego rodzinne korzenie prowadzą na kresowe ziemie dawnej Rzeczypospolitej.

Losy prochów

Rodzinny grobowiec Wilkickich na Smoleńskim Cmentarzu w Sankt Petersburgu

Po śmierci Wilkickiego jego prochy początkowo spoczywały na cmentarzu katolickim w Brukseli. W 1996 roku, kiedy cmentarz poddano likwidacji, prochy Borysa Wilkickiego zostały przewiezione do Sankt Petersburga i złożone obok jego ojca i młodszego brata.

Decyzja o przeniesieniu szczątków do Rosji wynikała z faktu, że tam znajduje się największa dokumentacja jego życia i dorobku naukowego – archiwa ekspedycji, pomiary hydrograficzne i kartograficzne, a także uznanie w kręgach rosyjskiej nauki i geografii polarnej. Symbolicznie połączenie rodzinnego grobowca z miejscem badań Arktyki podkreśla znaczenie Wilkickiego jako odkrywcy na międzynarodowej mapie nauki polarnej.

Opr. Waleria Brażuk/Znadniemna.pl/Fot.: wikipedia.org

6 marca przypada rocznica śmierci naszego krajana Borysa Wilkickiego – jednego z najwybitniejszych badaczy Arktyki początku XX wieku. To właśnie on stanął na czele ekspedycji, która odkryła archipelag Ziemia Północna – jedno z ostatnich wielkich odkryć geograficznych w dziejach świata. Choć historiografia przedstawia go najczęściej jako

5 marca przypada rocznica śmierci Stanisława Tołłoczki, jednego z najwybitniejszych polskich chemików przełomu XIX i XX wieku, profesora Uniwersytetu Jana Kazimierza we Lwowie i badacza, który znacząco przyczynił się do rozwoju chemii fizycznej oraz edukacji chemicznej w Polsce.

Uczony urodził się 22 sierpnia 1868 roku w Czelejowie koło Brześcia nad Bugiem na historycznym Polesiu. Pochodził z rodziny o silnych tradycjach patriotycznych – jego ojciec Jan był uczestnikiem powstania styczniowego 1863 roku i po jego upadku został zesłany na Sybir.

Swoją drogę naukową Tołłoczko rozpoczął na Cesarskim Uniwersytecie Warszawskim, gdzie w 1893 roku ukończył studia, uzyskując tytuł kandydata nauk przyrodniczych. Kontynuował kształcenie w Niemczech – w 1896 roku zdobył stopień doktora filozofii na Uniwersytecie w Getyndze, jednej z najważniejszych uczelni naukowych w Europie.

Kariera naukowa

Po powrocie do kraju Tołłoczko rozpoczął pracę jako asystent na Uniwersytecie Jagiellońskim. W 1901 roku habilitował się tam, uzyskując tytuł docenta chemii fizycznej.

Kilka lat później, w 1905 roku, został powołany na profesora Uniwersytetu Lwowskiego, gdzie objął kierownictwo Katedry Chemii Nieorganicznej. Po odzyskaniu przez Polskę niepodległości uczelnia została przemianowana na Uniwersytet Jana Kazimierza. Tołłoczko pracował tam aż do śmierci, odgrywając ważną rolę w rozwoju wydziału matematyczno-przyrodniczego.

W latach 1914–1917 pełnił funkcję dziekana Wydziału Filozoficznego tej uczelni. Był także kierownikiem I Instytutu Chemicznego Uniwersytetu Jana Kazimierza.

Badania naukowe i działalność organizacyjna

Członkowie Polskiego Towarzystwa Przyrodników im. Kopernika na przełomie XIX i XX wieku. Maksymilian Tytus Huber (ur. 4 I 1872 w Krościenku nad Dunajcem, zm. 9 XII 1950 w Krakowie) – naukowiec, inżynier mechanik; Stanisław Tołłoczko (ur. 22 VIII 1868 w Czelejowie koło Brześcia, zm. 5 III 1935 we Lwowie) – chemik, profesor (prezes PTP im. Kopernika 1913); Marian Smoluchowski (Marian Ritter von Smolan Smoluchowski, ur. 28 V 1872, zm. 5 IX 1917) – fizyk, pionier fizyki statystycznej, alpinista i taternik (prezes PTP im. Kopernika 1906–1907); Stanisław Sokołowski senior (ur. 19 X 1865 w Młoszowej koło Chrzanowa, zm. 31 VIII 1942 w Zakopanem) – pionier polskiego leśnictwa, rzecznik utworzenia Tatrzańskiego Parku Narodowego (prezes PTP im. Kopernika 1912, 1914–1917); Eugeniusz Mikołaj Romer (ur. 3 II 1871 we Lwowie, zm. 28 I 1954 w Krakowie) – geograf, kartograf i geopolityk, twórca nowoczesnej kartografii polskiej, współzałożyciel wyd. Książnica–Atlas brat Jana, ojciec Witolda i Edmunda (prezes PTP im. Kopernika 1910–1911);  Stanisław Opolski (1876–1918) – profesor chemii (sekretarz PTP im. Kopernika 1912–1913);  Henryk Karol Klemens Kadyi (ur. 23 V 1851 w Przemyślu, zm. 25 X 1912 we Lwowie) – profesor anatomii opisowej oraz patologii (prezes PTP im. Kopernika 1894–1895). Fot.: pauza.krakow.pl

Najważniejszym obszarem badań Stanisława Tołłoczki była kinetyka reakcji chemicznych, czyli nauka badająca szybkość przebiegu reakcji i czynniki na nią wpływające. Jego prace miały znaczenie dla rozwoju chemii fizycznej w Europie Środkowej.

Był aktywnym członkiem wielu towarzystw naukowych. Należał m.in. do Towarzystwa Naukowego we Lwowie oraz Towarzystwa Naukowego Warszawskiego. W latach 1912–1913 pełnił funkcję prezesa Polskiego Towarzystwa Przyrodników im. Kopernika, a w 1935 roku został wybrany prezesem Polskiego Towarzystwa Chemicznego.

W latach 1908–1914 był również redaktorem czasopisma naukowego „Kosmos”, jednego z najważniejszych polskich periodyków przyrodniczych tamtego czasu.

Autor podręczników chemii

Ogromny wkład Tołłoczki dotyczył także edukacji chemicznej. Wspólnie z Ludwikiem Brunerem napisał podręczniki chemii nieorganicznej i organicznej, które przez wiele lat były podstawowymi książkami dla studentów i uczniów. W pracach tych uczestniczył również późniejszy wybitny chemik Wiktor Kemula. Podręczniki te doczekały się licznych wznowień, także po II wojnie światowej.

Odznaczenia i ostatnie lata życia

Za swoją działalność naukową i organizacyjną Stanisław Tołłoczko został odznaczony Orderem Odrodzenia Polski.

Nekrolog w Gazecie Lwowskiej w 1935 r. , nr 53

Zmarł 5 marca 1935 roku we Lwowie. Jego pogrzeb odbył się dwa dni później – 7 marca – gromadząc liczne grono uczonych, studentów i przedstawicieli środowiska naukowego. Został pochowany w kaplicy w pobliżu majątku rodzinnego w Rakowicy (obecnie na terenie Białorusi).

Grób Stanisława Tołłoczki, polskiego naukowca, profesora chemii, odznaczonego Orderem Odrodzenia Polski. Położony w Rakowicy Małej (obwód brzeski, Białoruś). Fot.: wikipedia.org

Stanisław Tołłoczko pozostaje jedną z ważnych postaci w historii polskiej chemii. Jego działalność naukowa, dydaktyczna i organizacyjna przyczyniła się do rozwoju badań chemicznych oraz kształcenia kolejnych pokoleń chemików. Pamięć o uczonym z spod Brześcia jest wciąż żywa w historii nauki – a rocznica jego śmierci przypomina o wkładzie polskich badaczy w rozwój światowej chemii.

Opr. Waleria Brażuk/Znadniemna.pl/Fot.: Stanisław Tołłoczko – chemik, profesor Uniwersytetu Lwowskiego. Fotografia portretowa./Narodowe Archiwum Cyfrowe. Sygnatura: 1-N-596-2

5 marca przypada rocznica śmierci Stanisława Tołłoczki, jednego z najwybitniejszych polskich chemików przełomu XIX i XX wieku, profesora Uniwersytetu Jana Kazimierza we Lwowie i badacza, który znacząco przyczynił się do rozwoju chemii fizycznej oraz edukacji chemicznej w Polsce. Uczony urodził się 22 sierpnia 1868 roku w

Białoruskie media informują o kolejnym ułaskawieniu więźniów politycznych przez Aleksandra Łukaszenkę. Tymczasem dane Centrum Praw Człowieka „Wiasna” wskazują, że od 2020 roku reżim uznał za więźniów politycznych niemal 4500 osób, a ułaskawienia wciąż obejmują jedynie niewielki ułamek represjonowanych.

Według niezależnego portalu Nasza Niwa Łukaszenka podpisał dekret o ułaskawieniu kolejnej grupy więźniów politycznych, co potwierdziły również państwowe media. Informacje te wpisują się w szerszą serię podobnych decyzji, ogłaszanych przez reżim w ostatnich miesiącach. Wcześniejsze doniesienia mówiły o grupach liczących od kilkunastu do kilkudziesięciu osób, często przedstawianych jako skazani za „przestępstwa ekstremistyczne” — termin, którym władze określają przeciwników politycznych.

Z danych Centrum Praw Człowieka „Wiasna” wynika jednak, że gesty te nie zmieniają ogólnego obrazu sytuacji. Organizacja podaje, że od czasu protestów po sfałszowanych wyborach w 2020 roku za więźniów politycznych uznano już prawie 4500 osób, a ułaskawiono jedynie 605. Oznacza to, że zdecydowana większość represjonowanych wciąż przebywa za kratami lub była skazywana na przestrzeni ostatnich lat w procesach o charakterze politycznym.

Choć reżim stara się przedstawiać ułaskawienia jako dowód „humanitarnej polityki”, organizacje praw człowieka podkreślają, że są to działania o charakterze propagandowym, często powiązane z kalendarzem politycznym lub próbami poprawy wizerunku władz. Jednocześnie aparat represji pozostaje aktywny, a liczba więźniów politycznych na Białorusi nadal należy do najwyższych w Europie.

 Znadniemna.pl na podstawie Nasza Niwa i Viasna’96

Białoruskie media informują o kolejnym ułaskawieniu więźniów politycznych przez Aleksandra Łukaszenkę. Tymczasem dane Centrum Praw Człowieka „Wiasna” wskazują, że od 2020 roku reżim uznał za więźniów politycznych niemal 4500 osób, a ułaskawienia wciąż obejmują jedynie niewielki ułamek represjonowanych. Według niezależnego portalu Nasza Niwa Łukaszenka podpisał dekret o

W rocznicę jego urodzin wspominamy twórcę, który wyrósł z duchowej i kulturowej gleby Witebszczyzny, a całe życie pozostał wierny Kresom – ich językowi, tradycji i pamięci.

Józef Morelowski przyszedł na świat 5 marca 1777 roku na Witebszczyźnie, nieopodal Orszy, w rodzinie szlacheckiej herbu Prus. Od najmłodszych lat związany był z ziemią białoruską, której krajobraz, duchowość i kultura na zawsze ukształtowały jego wrażliwość. Już jako trzynastolatek wstąpił do nowicjatu jezuitów w Połocku, wówczas jednego z najważniejszych ośrodków polskiej kultury na Kresach. To właśnie tam – w „Atenach Białej Rusi”, jak nazywano Akademię Połocką – dojrzewał jako poeta, retor i nauczyciel. Wychowanie jezuickie nadało jego życiu kierunek: dyscyplina, praca, umiłowanie języka polskiego i troska o duchowy rozwój młodzieży stały się fundamentem jego działalności.

Morelowski należał do ostatniego pokolenia pisarzy polskiego oświecenia, a jego młodzieńcza twórczość – zwłaszcza Treny na rozbiór Polski, napisane w latach 1794–1796 – była przejmującą reakcją osiemnastoletniego kleryka na upadek ojczyzny. W Połocku, Mścisławiu i Mohylewie dojrzewał jako poeta, którego mistrzami byli: Horacy, Jan Kochanowski i Piotr Skarga. Jego wiersze, choć publikowane rzadko, krążyły w środowisku jezuickim, przynosząc mu miano „polskiego Amfijona”. Współbracia Morelowskiego wspominali, że „Dźwina stawała w biegu zadumiona”, gdy recytował swoje utwory. Było to świadectwo szacunku, jakim darzono talent młodego jezuity.

Po kasacie jezuitów w Imperium Rosyjskim Morelowski wraz z zakonem przeniósł się do Galicji. Pracował we Lwowie, Brzozowie, Tarnopolu, Tyńcu, Nowym Sączu i Starej Wsi. Wszędzie, gdzie się pojawiał, pozostawiał po sobie ślad jako wybitny dydaktyk: profesor retoryki i poetyki, nauczyciel języka francuskiego i rosyjskiego, rektor kolegiów, mistrz nowicjatu, kaznodzieja i spowiednik. Jego wykłady – m.in. „Krótkie prawidła o robieniu kazań”– były owocem wieloletniej pracy i troski o formację młodych ludzi. W czasach, gdy polszczyzna na Kresach była zagrożona, Morelowski świadomie traktował nauczanie jako misję zachowania języka i kultury.

W jego twórczości odbija się świat Kresów: Połock, brzegi Połoty, letnia rezydencja jezuitów w Spasie – te miejsca stawały się dla poety arkadyjskimi enklawami, przestrzeniami natchnienia i odpoczynku. W jego pieśniach i poematach powraca motyw lutni, Muz i Parnasu, ale także troska o czystość języka polskiego. W satyrycznym utworze pt. ”Nowa polszczyzna” piętnował kaleczenie mowy ojczystej, makaronizmy i niechlujność stylistyczną, broniąc tradycji, którą uważał za dobro narodowe.

Choć marzył o sławie poety, był świadomy, że jego twórczość może pozostać w cieniu murów jezuickich kolegiów. W wierszach powracał lęk, że „lutnia po śmierci nie przyniesie mu sławy”, ale też nadzieja, że rymy „wisząc na cyprysie” zapewnią mu nieśmiertelność. Jednocześnie – jako kapłan – Moralewski wiedział, że prawdziwa wartość życia nie leży w doczesnych zaszczytach, lecz w pracy nad sobą i służbie innym. Dlatego w „Lutni zawieszonej przed rozpoczęciem ćwiczeń duchownych” pisał, że poeta „nie na śpiewanie przed Wszechmocnym sędzią stanie”, a lutnia musi czasem ustąpić miejsca modlitwie i rachunkowi sumienia.

Zmarł w Starej Wsi w 1845 roku, pozostawiając po sobie bogaty dorobek literacki i dydaktyczny. Jego życie – rozpięte między Witebszczyzną, Połockiem, Galicją i Wołyniem – jest świadectwem wierności Kresom, pracy nad sobą i miłości do polskiej kultury. W rocznicę urodzin nieco zapomnianego literata warto przypomnieć tę postać: poetę, który wierzył, że słowo ma moc kształtowania człowieka; nauczyciela, który całe życie poświęcił młodzieży; kapłana, który w trudnych czasach strzegł polskiej tożsamości na wschodnich rubieżach dawnej Rzeczypospolitej.

 Znadniemna.pl na podstawie pracy pt. „Józef Morelowski jako dydaktyk, perfekcjonista i literat cyzelator”, autorstwa Magdaleny Górowskiej-Mitrus/Uniwersytet Łódzki, ilustracja: kolaż łączący rysunek Napoleona Ordy z wizerunkiem Kolegium Jezuickiego w Połocku i tytułową stronę wydanego przez Ossolineum tomiku wierszy Józefa Morelowskiego

W rocznicę jego urodzin wspominamy twórcę, który wyrósł z duchowej i kulturowej gleby Witebszczyzny, a całe życie pozostał wierny Kresom – ich językowi, tradycji i pamięci. Józef Morelowski przyszedł na świat 5 marca 1777 roku na Witebszczyźnie, nieopodal Orszy, w rodzinie szlacheckiej herbu Prus. Od najmłodszych

5 marca przypomina o heroizmie, który wydarzył się po cichu, z dala od wielkich trybun historii — o jedenastu kobietach, które w okupowanym Nowogródku oddały życie „za wielu”, odpowiadając miłością na dramat własnego miasta.

Latem 1943 roku Nowogródek żył w cieniu terroru. Niemcy aresztowali około 120 mieszkańców miasta — głównie ojców rodzin, jedynych żywicieli domów. W realiach okupacji taki areszt oznaczał niemal pewną śmierć. W mieście panowało przekonanie, że egzekucja jest kwestią godzin. W klasztorze Sióstr Najświętszej Rodziny z Nazaretu nie słychać było jednak odgłosów ucieczki ani przygotowań do ukrycia się. Siostry trwały na modlitwie, prosząc Boga, by to one mogły ponieść śmierć zamiast aresztowanych. Znały tych ludzi, ich żony i dzieci. Ich decyzja nie była odruchem rozpaczy, lecz świadomym wyborem zakorzenionym w wierze i w przekonaniu, że miłość Boga i miłość bliźniego stanowią nierozerwalną jedność.

1 sierpnia 1943 roku jedenaście Nazaretanek zostało wywiezionych do lasu pod Nowogródkiem i rozstrzelanych. Zginęły razem, pogrążone w modlitwie. Ich śmierć została potwierdzona świadectwami, dokumentami i procesem beatyfikacyjnym. Po egzekucji stało się coś, co mieszkańcy uznali za odpowiedź na ich ofiarę: aresztowani mężczyźni nie zostali straceni. Przeżyli wojnę i wrócili do swoich rodzin. Bilans był bolesny, ale wymowny — jedenaście istnień oddanych za około sto dwadzieścia ocalonych.

Kościół zna ich imiona i wymienia je z czcią: s. Maria Stella (Adela Mardosewicz), s. Maria Imelda (Jadwiga Karolina Żak), s. Maria Rajmunda (Anna Kukołowicz), s. Maria Daniela (Eleonora Aniela Jóźwik), s. Maria Kanuta (Józefa Chrobot), s. Maria Sergia (Julia Rapiej), s. Maria Gwidona (Helena Cierpka), s. Maria Felicyta (Paulina Borowik), s. Maria Heliodora (Leokadia Matuszewska), s. Maria Boromea (Weronika Narmontowicz), s. Maria Kanizja (Eugenia Mackiewicz). Były zwykłymi kobietami — nauczycielkami, opiekunkami chorych, osobami znającymi codzienny trud i lęk. Nie były postaciami z marmuru, lecz ludźmi z krwi i kości, którzy mimo strachu podjęli decyzję ostateczną i świadomą.

Dwadzieścia sześć lat temu, 5 marca 2000 roku, św. Jan Paweł II ogłosił je błogosławionymi, uznając ich śmierć za męczeństwo z miłości. Papież przypomniał, że w tym samym czasie, gdy w Auschwitz św. Maksymilian Kolbe oddał życie za jednego człowieka, w Nowogródku jedenaście kobiet oddało je za wielu. Ich czyn stał się jednym z najczystszych znaków chrześcijańskiego heroizmu XX wieku. Dziś, gdy wojna znów przestaje być abstrakcją, a ludzkie życie bywa sprowadzane do statystyki, ich historia brzmi szczególnie mocno. Nie wzywa do szukania śmierci, lecz do szukania miłości — konkretnej, odpowiedzialnej, wymagającej. Jest pytaniem skierowanym do nas: czy potrafimy kochać Boga i człowieka naprawdę, także wtedy, gdy cena może być najwyższa?

Tablica upamiętniająca błogosławione siostry Nazaretanki w kościele farnym w Nowogródku, fot.: Wikipedia

Znadniemna.pl na podstawie Ekai.pl, ilustracja: obraz pt. ”Męczennice z Nowogródka” autorstwa Adama Styki (1890-1959) źródło: Wikimedia Commons

5 marca przypomina o heroizmie, który wydarzył się po cichu, z dala od wielkich trybun historii — o jedenastu kobietach, które w okupowanym Nowogródku oddały życie „za wielu”, odpowiadając miłością na dramat własnego miasta. Latem 1943 roku Nowogródek żył w cieniu terroru. Niemcy aresztowali około 120

Dzisiejsze wspomnienie świętego Kazimierza Królewicza rozbrzmiewa wyjątkową powagą i duchową głębią. W liturgii Kościoła powraca postać młodego władcy, którego życie stało się świadectwem wierności, pokory i troski o ubogich. Tegoroczne obchody nabrały szczególnego znaczenia dzięki słowom papieża Leona XIV, który podczas audiencji generalnej w Watykanie przypomniał o duchowym dziedzictwie królewicza i wezwał wiernych do modlitwy o pokój na świecie.

Święty Kazimierz – królewicz, który uczył miłości, czystości i odpowiedzialności

Kazimierz, syn Kazimierza Jagiellończyka, wychowany w królewskim otoczeniu, wybrał drogę skromności i głębokiej pobożności. Jego codzienność była przeniknięta modlitwą, troską o potrzebujących i pragnieniem życia zgodnego z Ewangelią. Z czasem stał się patronem Polski i Litwy, młodzieży, osób sprawujących władzę oraz wszystkich, którzy pragną zachować czystość serca i uczciwość w życiu publicznym i prywatnym.

Właśnie do tej duchowej wrażliwości nawiązał dziś papież Leon XIV, mówiąc po polsku:

„Dziś w liturgii wspominamy świętego księcia Kazimierza, chwalebnego opiekuna Polski i Litwy, a także wielu diecezji i parafii. Modlił się codziennie słowami: ‘Omni die dic Mariae’, ucząc synowskiej miłości do Maryi, Matki i Królowej. Niech jego wstawiennictwo pomoże nam odkryć, że w Najświętszej Pannie podziwiamy prawdziwą godność każdej kobiety i jej powołania.”

Ojciec Święty wezwał również wiernych do kontynuowania wielkopostnej drogi w duchu pokuty i nawrócenia, prosząc o Boże miłosierdzie i pokój dla całego świata. Zwrócił się osobno do młodzieży, chorych i małżonków, zachęcając ich do odwagi, cierpliwości i modlitwy w codziennym życiu.

Jarmarki kazimierskie – tradycja, która łączy pokolenia

Wspomnienie świętego Kazimierza od wieków splata się z tradycją jarmarków organizowanych na jego cześć. Najsłynniejsze z nich, Wileńskie Kaziuki, mają korzenie sięgające XVII wieku i do dziś pozostają jednym z najbardziej rozpoznawalnych elementów kultury dawnej Rzeczypospolitej. W ich atmosferze łączą się modlitwa, radość wspólnoty i bogactwo ludowego rzemiosła. Stragany pełne barwnych palm, misternych wyrobów, pachnących pierników i regionalnych przysmaków tworzą przestrzeń, w której tradycja staje się żywa i namacalna.

Z czasem zwyczaj ten przeniknął również do wielu polskich miast, gdzie marcowe jarmarki stały się okazją do spotkań, pielęgnowania lokalnych zwyczajów i budowania wspólnoty. W ich uroczystym charakterze pobrzmiewa echo dawnych czasów, w których święto patrona było nie tylko wydarzeniem religijnym, lecz także świętem kultury i codziennego życia.

Znadinemna.pl na podstawie Vaticannews.va, ilustracja: Święty Kazimierz na obrazie Daniela Schultza, fot.: Wikimedia Commons

Dzisiejsze wspomnienie świętego Kazimierza Królewicza rozbrzmiewa wyjątkową powagą i duchową głębią. W liturgii Kościoła powraca postać młodego władcy, którego życie stało się świadectwem wierności, pokory i troski o ubogich. Tegoroczne obchody nabrały szczególnego znaczenia dzięki słowom papieża Leona XIV, który podczas audiencji generalnej w Watykanie

Przejdź do treści