HomeStandard Blog Whole Post

Ministerstwo Spraw Zagranicznych Litwy poinformowało, że w ramach złożonego fake newsa publikowano fake newsy, rzekomo powiązane z litewską dyplomacją. Dochodzenie w tej sprawie prowadzą już na Litwie odpowiednie służby. Hakerzy, którzy zaatakowali konto na Twitterze Tomasza Sakiewicza, stronę „Poland Daily” oraz portal Związku Polaków na Białorusi Znadniemna.pl, zablokowali także szefowi „GP” dostęp do tweetdecka – aplikacji do zarządzania Twitterem. Jak dowiedział się portal Niezalezna.pl – atak na powiązany z Telewizją Republiką serwis „Poland Daily” został dokonany z Rygi, stolicy Łotwy.

Rasa Jakilaitiene, rzeczniczka litewskiego ministra spraw zagranicznych, powiedziała, że fałszywa wiadomość została umieszczona na polskiej stronie internetowej.

Fałszywe wiadomości pojawiły się na Polanddaily.com. W zamieszczonym tam artykule znalazła się uwaga ministra Linkeviciusa, w której twierdził, że na Białoruś trzeba wysłać siły pokojowe – powiedziała rzeczniczka.

Rzeczniczka litwewskiego MSZ zwróciła uwagę, że dla podniesienia wiarygodności fake newsa w artykule pojawiała się także wzmianka na temat polskiego ministra spraw zagranicznych.

Ministerstwo Spraw Zagranicznych Litwy wydało oświadczenie zaprzeczające fałszywym informacjom. Potwierdzono, że odpowiednie służby wszczęły już w tej sprawie dochodzenie.

Jest wysoce prawdopodobne, że trwa cyberatak informacyjny, który jest obecnie badany przez władze litewskie – czytamy w komunikacie.

Redaktor naczelny „Gazety Polskiej” stracił dostęp do konta (zmieniono hasło), na którym wstawiono odnośnik do artykułu zamieszczonego na portalu Znadniemna.pl, który prowadzi Związek Polaków na Białorusi. Ów artykuł to także cyberprowokacja. Dowiadujemy się z niego, że „Polska i Litwa wzywają NATO do wysłania wojsk na Białoruś”.

Podrobiony artykuł na portalu „Poland Daily” nosił tytuł „Polska i Litwa naciskają na wysłanie wojsk na Białoruś”. Napisany był w języku angielskim i podobnie jak publikacja wrzucona na Znadniemna.pl, dezinformował o rzekomych naciskach Polski, Litwy i Stanów Zjednoczonych na NATO. W tekście pojawiły się też nazwiska ministra spraw zagranicznych Polski Zbigniewa Rau oraz Swiatłany Cichanouskiej. Na zdjęciu głównym umieszczono szefa litewskiej dyplomacji Linasa Linkevičiusa.

To nie pierwszy rosyjski atak na media związane ze „Strefą Wolnego Słowa”. Przypomnijmy: w maju 2020 r. portal Niezalezna.pl dwukrotnie padł ofiarą rosyjskich hakerów, którzy zmieniali treść naszych publikacji.

Na naszą stronę (a także na portale Telewizji Republika, Radia Szczecin, olsztyn24.pl oraz stronę gminy Orzysz, gdzie znajduje się garnizon) wstawiono artykuł pt. Amerykanie „chwalą” pobyt w Drawsku. „Jedyne czym mogą strzelić to gumki od majtek”

Gdy opublikowaliśmy informację o tym ataku, Rosjanie dokonali kolejnego włamania, zmieniając ją na „newsa”, że Niezalezna.pl przyznaje się do autorstwa wcześniejszego artykułu.

To nie koniec działań Moskwy przeciwko naszym mediom. Pod koniec maja na anglojęzycznym prorosyjskim portalu „The Duran” ukazał się „wywiad”, przeprowadzony rzekomo przez Katarzynę Gójską dla „Gazety Polskiej”. Rozmówcą wicenaczelnej tygodnika miał być amerykański generał broni Christopher G. Cavoli, dowódca sił amerykańskich w Europie. Nie trzeba chyba dodawać, że rozmowa, w której Cavoli twierdzi, że Polska i kraje bałtyckie są fatalnie zorganizowane pod względem militarnym, została w całości wymyślona.

Znadniemna.pl za niezalezna.pl

Ministerstwo Spraw Zagranicznych Litwy poinformowało, że w ramach złożonego fake newsa publikowano fake newsy, rzekomo powiązane z litewską dyplomacją. Dochodzenie w tej sprawie prowadzą już na Litwie odpowiednie służby. Hakerzy, którzy zaatakowali konto na Twitterze Tomasza Sakiewicza, stronę „Poland Daily” oraz portal Związku Polaków na

17 i 18 lutego przypada rocznica męczeństwa bł. ks. Jerzego Kaszyry MIC i bł. ks. Antoniego Leszczewicza MIC — dwóch marianów z Rosicy, którzy w lutym 1943 roku poszli ze swoimi parafianami w ogień, pozostając przy nich aż do ostatniego tchnienia.

 Podróż do Rosicy, niewielkiej miejscowości zagubionej wśród białoruskich pól i lasów, prowadzi dziś przez pozornie spokojny krajobraz. Jednak cisza tej ziemi skrywa dramat, który na zawsze wpisał się w historię Kresów. W czasie niemieckiej pacyfikacji wsi, Rosica spłonęła wraz z jej mieszkańcami i dwoma kapłanami, którzy nie opuścili powierzonych sobie ludzi. Ich niezłomna postawa stała się zasiewem krwi, z którego po latach odrodził się Kościół na Białorusi.

Druja – miejsce odrodzenia marianów i początek drogi ks. Jerzego

To w Drui, w przedwojennym województwie wileńskim, odrodziło się zgromadzenie marianów. Powstało tam gimnazjum, w którym uboga białoruska młodzież mogła zdobywać wykształcenie w duchu wiary i narodowej tożsamości. Właśnie tam trafił młody Jerzy Kaszyra, urodzony 4 kwietnia 1904 roku w Aleksandrowie na Dziśnieńszczyźnie.

W 1922 roku wstąpił do seminarium marianów w Drui, a śluby zakonne złożył w 1926 roku. Jako wybitnie zdolny alumn został wysłany na studia filozoficzne do Angelicum w Rzymie, a następnie na teologię do Wilna. Święcenia kapłańskie przyjął dopiero po ukończeniu studiów – 20 czerwca 1935 roku.

Pierwsze lata posługi spędził na Litwie, m.in. jako przełożony domu zakonnego w Wilnie i wychowawca młodzieży w Drui. W 1938 roku został skierowany do Raśnej na Polesiu, gdzie pełnił funkcję przełożonego klasztoru. Po wkroczeniu Sowietów 17 września 1939 roku zakonne dobra skonfiskowano, a ks. Jerzy musiał przenieść się do Kalwarii Żmudzkiej. W lipcu 1942 roku wraz z ks. Antonim Leszczewiczem został wysłany na misję do Rosicy.

Ks. Antoni Leszczewicz – misjonarz z Syberii i Mandżurii

Antoni Leszczewicz urodził się w 1890 roku w Abramowszczyźnie na Wileńszczyźnie. Po ukończeniu seminarium w Petersburgu w 1914 roku wyjechał na misje na Daleki Wschód. Pracował jako wikariusz w Irkucku, prefekt szkół w Czycie oraz misjonarz w Mandżurii.

W 1937 roku podjął decyzję o wstąpieniu do marianów – podanie złożył osobiście w Rzymie. W 1939 roku został ekonomem domu zakonnego w Drui. W lipcu 1942 roku wraz z ks. Kaszyrą został skierowany na misję do Rosicy, gdzie objął funkcję przełożonego.

Rosica – parafia na pograniczu i centrum misji

Przed I wojną światową parafia Rosica liczyła ok. 8 tys. wiernych, a jej teren rozciągał się na obie strony granicy polsko‑łotewskiej. Po traktacie ryskim znalazła się w ZSRR i przestała istnieć. Dopiero po wkroczeniu Niemców w 1941 roku możliwe stało się odrodzenie duszpasterstwa.

To polscy mieszkańcy okolic Dźwiny poprosili o przysłanie kapłanów. Ks. Leszczewicz wybrał Rosicę na centrum misji, ponieważ znajdował się tam jedyny czynny kościół. Wraz z ks. Kaszyrą i siostrami eucharystkami rozpoczęli intensywną pracę duszpasterską, zakładając punkty misyjne w okolicznych wsiach.

Luty 1943 – pacyfikacja i droga krzyżowa Rosicy

Na początku 1943 roku pojawiły się pierwsze ostrzeżenia o planowanych niemieckich akcjach odwetowych. Kapłani mogli uciec, ale zdecydowali, że pozostaną z parafianami.

16 lutego rozpoczęła się pacyfikacja. Niemcy i kolaborujące z nimi oddziały łotewskie palili wsie, a mieszkańców spędzali do kościoła w Rosicy, gdzie przez kilka dni przetrzymywano ich bez jedzenia. Księża spowiadali, chrzcili, udzielali ostatniego namaszczenia. Na prośbę ks. Leszczewicza wypuszczono siostry eucharystki, aby mogły przeżyć.

Antoni Leszczewicz MIC i Jerzy Kaszyra MIC. Fot.: wikipedia.org

Męczeństwo ks. Antoniego – 17 lutego

Tego dnia kilkuset mieszkańców Rosicy i okolic zapędzono do dużej drewnianej stajni. Gdy budynek był pełen, zamknięto go, oblano benzyną i wrzucono do środka granaty. Eksplozje zabiły wielu ludzi, a stajnia stanęła w płomieniach.

Ci, którzy próbowali uciekać przez wyrwane deski, ginęli od kul. Ocaleli jedynie nieliczni. To oni pochowali później 380 ofiar, wśród nich ks. Antoniego Leszczewicza.

Męczeństwo ks. Jerzego – 18 lutego

Całą noc po śmierci współbrata ks. Jerzy spędził na modlitwie, leżąc krzyżem w kościele. Następnego dnia zabrano go wraz z grupą około 30 osób do drewnianego domu rodziny Hadziuków. Budynek zamknięto, oblano benzyną i podpalono.

Ks. Jerzy poszedł na śmierć dobrowolnie – nie chciał opuścić swoich parafian.

Pamięć, która trwa

13 czerwca 1999 r. papież Jan Paweł II beatyfikował 108 męczenników II wojny światowej, wśród nich obu marianów z Rosicy.

Po upadku ZSRR parafia w Rosicy odrodziła się. Dziś liczy około 30 osób, a jej znaczenie duchowe jest ogromne. Co roku w lutym i sierpniu odbywają się tu uroczystości ku czci męczenników, a do Rosicy pielgrzymują wierni z Połocka, Drui i okolic.

Jak podkreśla jeden ze świadków odradzania się kultu rosickich męczenników, posługujący w latach 90. na Białorusi ks. Robert Krzywicki MIC:

„Męczeństwo marianów ma ogromne znaczenie dla Białorusinów, narodu, który wiele wycierpiał. Dzięki nim zgromadzenie pozostało na Białorusi, a ich heroiczna postawa odmieniła życie setek ludzi.”

Opr. Emilia Kuklewska/Znadniemna.pl

17 i 18 lutego przypada rocznica męczeństwa bł. ks. Jerzego Kaszyry MIC i bł. ks. Antoniego Leszczewicza MIC — dwóch marianów z Rosicy, którzy w lutym 1943 roku poszli ze swoimi parafianami w ogień, pozostając przy nich aż do ostatniego tchnienia.  Podróż do Rosicy, niewielkiej

Władze Grodna w roku 25‑lecia odrodzenia w grodzie nad Niemnem tradycyjnego jarmarku ku czci św. Kazimierza organizują Kaziuki w sposób, który nie ma nic wspólnego ze świętym Kazimierzem. Nie są nawet odpowiednikiem prawosławnych ostatków, zwanych Maslenicą. Zamiast tradycji i pamięci na mieszkańców czekają gastronomiczne podwórka, palenie kukły i prezentacja pluszowego byczka „Kazika”.

Od kilku lat trwa w Grodnie proces konsekwentnego wypłukiwania Kaziuków z ich sensu, historii i religijnego charakteru. Święto św. Kazimierza, patrona rzemieślników i narodów dawnego Wielkiego Księstwa Litewskiego, zostało sprowadzone do roli dekoracji w festynie, który nie pasuje ani do kalendarza liturgicznego (zarówno katolickiego, jak i prawosławnego), ani do tradycji regionu. Tegoroczne święto zaplanowano na 28 lutego — datę, która nie ma żadnego związku ani z dniem św. Kazimierza (4 marca), ani z kończącą się 22 lutego Maslenicą (adaptowane przez prawosławie i trwające przez tydzień pogańskie święto, symbolizujące pożegnanie zimy oraz powitanie wiosny – red.). Mimo to w programie wydarzenia, nazwanego „Grodnienskim Razgulajem”, dominują masleniczne zabawy, parady, wspinanie się na słup i palenie kukły, jakby przypadające cztery dni później święto św. Kazimierza nigdy nie istniało.

Władze próbują przykryć brak treści nadmiarem atrakcji. Na placu Sowieckim mają działać tematyczne podwórka kulinarne, gdzie każdy dzień tygodnia poświęcony będzie innemu produktowi: wypiekom, herbacie, nabiałowi, mięsu czy blinom. Zapowiadane są także degustacje kapusty, kwasów i domowych przetworów. Innymi słowy — gastronomia ma zastąpić tradycję, a festyn ma udawać święto, choć nie ma z nim nic wspólnego.

Również sam jarmark „Kaziuki”, włączony w program „Grodnienskiego Razgulaja”, otrzymał „nowy format”. Rzemieślników zgromadzi się na ulicy Sowieckiej, gdzie zapowiedziano m.in.: obrzęd „przyjęcia do grona rzemieślników”, koncerty folklorystyczne i wystawę‑kiermasz. Najbardziej symboliczne jest jednak to, że władze zamierzają zaprezentować nowy talizman Kaziuków — byczka „Kazika”. W ramach święta na cześć świętego, który zmarł właśnie w Grodnie, zamiast jego wizerunku pojawi się pluszowe cielę. Dla wielu wiernych katolickich i mieszkańców miasta może to wyglądać jak karykatura, a nawet profanacja: święty Kazimierz zostanie zastąpiony maskotką, która ma udawać tradycję i odwracać uwagę od jej prawdziwych korzeni.

Pojawienie się byczka „Kazika” może zostać odebrane nie tylko jako gest nietrafiony, ale wręcz obraźliwy. Kaziuki są świętem religijnym, zakorzenionym w kulcie świętego, a nie w folklorystycznej zabawie. Zastąpienie patrona rzemieślników pluszowym talizmanem wygląda jak próba ośmieszenia i zbanalizowania święta. W połączeniu z pogańskimi elementami Maslenicy tworzy to obraz wydarzenia, które nie ma ani korzeni, ani sensu, ani szacunku dla lokalnej tradycji.

Dzisiejsze „Kaziuki” w Grodnie są więc festynem pozbawionym treści i pamięci. Zamiast św. Kazimierza — byczek „Kazik”. Zamiast rzemieślników — folklorystyczna dekoracja. Zamiast historii — wygodna, pusta forma. Władze świętują coś, co z prawdziwymi Kaziukami łączy już tylko nazwa, a cała reszta została zastąpiona festynową imitacją, która ociera się o świętokradztwo.

Znadniemna.pl na podstawie Katolik.life i Hrodna.life, Na zdjęciu: już w 2023 roku Kaziuki w Grodnie miały mało wspólnego ze świętem ku czci świętego Kazimierza, fot.: sb.by

Władze Grodna w roku 25‑lecia odrodzenia w grodzie nad Niemnem tradycyjnego jarmarku ku czci św. Kazimierza organizują Kaziuki w sposób, który nie ma nic wspólnego ze świętym Kazimierzem. Nie są nawet odpowiednikiem prawosławnych ostatków, zwanych Maslenicą. Zamiast tradycji i pamięci na mieszkańców czekają gastronomiczne podwórka,

Czesław Niemen, jeden z najważniejszych polskich artystów XX wieku, urodził się 16 lutego 1939 roku w Starych Wasiliszkach na dzisiejszej Białorusi. Jego niezwykła biografia, głęboko zakorzeniona w kulturze pogranicza, do dziś fascynuje zarówno fanów, jak i badaczy jego twórczości. Z okazji 87. rocznicy urodzin przypominamy najciekawsze, często zaskakujące epizody z życia muzyka, który nigdy nie zapomniał o swojej małej ojczyźnie.

Młody Czesław Wydrzycki w rodzinnym domu w Starych Wasiliszkach

Na akordeonie gra Czesław Wydrzycki

Czesław Niemen – wówczas jeszcze Wydrzycki – spędził pierwsze 19 lat życia na Grodzieńszczyźnie. Pochodził z rodziny polskiej o tradycjach patriotycznych i muzycznych. Jego ojciec – Antoni Wydrzycki – był organistą w miejscowym kościele. To właśnie od niego Czesław przejął pierwsze muzyczne inspiracje i zainteresowanie śpiewem. Matka – Anna z domu Markiewicz – zajmowała się domem i wychowaniem dzieci.

Kościół Św. Apostołów Piotra i Pawła w Starych Wasiliszkach

Czesiek Wydrzycki uczył się w grodzieńskim kolegium muzyczno-pedagogicznym, skąd jednak szybko go relegowano – oficjalnie za „nieprzydatność zawodową”, choć w rzeczywistości powodem była jego niepokorna natura. W 1958 roku, podczas ostatniej fali repatriacji, wyjechał do Polski. Wtedy też przyjął pseudonim „Niemen”, oddając hołd rzece, nad którą dorastał.

Włodzimierz Pantelejew, autor tablicy Czesława Niemena i  wdowa Małgorzata Niemen-Wydrzycka podczas odsłonięcia tablicy, upamiętniającą jedną z największych legend polskiej i światowej muzyki estradowej, uczącego się przez rok w latach 1954-1955 w Szkole Muzyczno-Pedagogicznej Grodna z okazji 80. rocznicy urodzin

Pierwsza miłość i piosenka, która podbiła świat

Jedną z pierwszych i najważniejszych piosenek w jego karierze była „Czy mnie jeszcze pamiętasz?”. Według sąsiadów ze Starych Wasiliszek utwór był hołdem dla pierwszej miłości artysty – Marii Klauzunik. Czesław znał ją od dzieciństwa, a ich losy splatały się jeszcze po repatriacji. W Polsce pobrali się, zamieszkali razem w Gdańsku, a na świat przyszła ich córka Maria. Piosenka, napisana z młodzieńczą czułością, poruszyła także Marlenę Dietrich, która – jak wspominano – po wysłuchaniu jej w Warszawie poprosiła: „Zagrajcie to jeszcze raz. Chcę to mieć w swoim repertuarze.” I rzeczywiście – włączyła ją do swoich koncertów i nagrań.

Marlena Dietrich i Niebiesko Czarni, Czesław Niemen stoi po prawej, w Sali Kongresowej, 20 stycznia 1964 r.

Powroty do rodzinnej wsi

Czesław Niemen ze swoimi sąsiadami ze Starych Wasiliszek podczas przyjazdu taksówką z Moskwy

Czesław Niemen siedzi na dużym głazie, na którym przesiadywał w młodości. Zdjęcie to stało się symbolem jego wzruszającego powrotu do rodzinnych Starych Wasiliszek w latach 70., gdy mimo światowej sławy nie zapomniał o miejscu swojego dzieciństwa

Choć zrobił karierę w Polsce, nigdy nie odciął się od swoich korzeni. Jako gwiazda estrady PRL wracał do rodzinnej wsi, a podczas jednego z koncertów w Wilnie zaprosił na widownię… całą społeczność Starych Wasiliszek. Sąsiedzi artysty przyjechali autokarem i zajęli miejsca w pierwszych rzędach. Wspominali później:

„Ludzie na jego koncertach stali. Wyszliśmy, a Czesław mówi: „Szybko wsiadajcie do auta, biegnijcie, bo mnie nie przepuszczą!” Młodzież za nim psociła. Ale on nigdy nie wstydził się mówić, że pochodzi ze Starych Wasiliszek”

— wspominają tamten koncert sąsiedzi artysty ze Starych Wasiliszek.

W 1979 roku, podczas trasy koncertowej po ZSRR, Niemen wynajął taksówkę w Moskwie i przejechał ponad tysiąc kilometrów tylko po to, by spędzić kilka godzin w rodzinnej wiosce. Z tej wizyty pochodzi słynne zdjęcie artysty siedzącego na ulubionym głazie z dzieciństwa.

Spotkanie z „Pieśniarami” i „Brodiaga”

Czesław Niemen i białoruski zespół „Pieśniary” podczas spotkania w Sopocie w 1974 r.

Niemen imponował również białoruskim muzykom – legendarny zespół „Pieśniary” wspominał, że spotkanie z nim podczas festiwalu w Sopocie w 1971 roku było dla nich ogromnym przeżyciem. Artyści opowiadali, że Niemen mówił z czułością o swoim dzieciństwie na Białorusi i o tym, jak muzyka od zawsze była jego naturalnym językiem. Co ważne, już wtedy znał twórczość „Pieśniarów”, choć ich sukcesy dopiero się zaczynały.

Po tym spotkaniu lider zespołu, Władimir Muliawin, przygotował aranżację utworu „Brodiaga” („Włóczęga”) inspirowaną stylem Niemena. A podczas jednego z późniejszych festiwali białoruscy muzycy wykonali dla Niemena muzyczny prezent – piosenkę „Sprzedaj mnie wiatrowi” z jego „czerwonego” albumu.

Mistyczne koncerty na Białorusi

Czesław Niemen w Pińsku

Koncerty Niemena na Białorusi miały niemal mistyczny charakter. W Mińsku publiczność porównywała jego występ do medytacji. A z koncertu w Pińsku w 1976 roku widzowie wychodzili oszołomieni. Kompozytor Oleg Wenger wspominał:

„Ludzie wychodzili z kwadratowymi oczami! Wszyscy czekali na jego wczesne piosenki, a on śpiewał niewiele i pokazał swoje niestandardowe myślenie.”

Niemen łączył improwizację, elektronikę i tradycyjne brzmienia, tworząc muzykę, która wyprzedzała czas.

Muzeum w Starych Wasiliszkach

 

Do dziś w Starych Wasiliszkach działa jedyne na świecie muzeum poświęcone artyście – Staro Wasiliszkowskie muzeum‑klub. Dzięki pracy pasjonatów udało się w nim odtworzyć atmosferę dawnej wsi i przechowywać pamięć o jednym z najwybitniejszych twórców polskiej muzyki XX wieku.

Kresowa wrażliwość

Niemen wielokrotnie podkreślał, że jego wrażliwość muzyczna ukształtowała się na Kresach – w miejscu, gdzie przenikały się tradycje katolickie i prawosławne, a ludzie mówili „tutejszym” językiem. To właśnie tam, jak mówił, usłyszał melodie, które na zawsze zapisały się w jego sercu. Choć po przyjeździe do Polski niektórzy zwracali uwagę na jego kresową wymowę, on sam traktował swoje pochodzenie jako ważną część własnej tożsamości.

Czesław Niemen zmarł 17 stycznia 2004 roku, ale jego twórczość i pamięć o nim wciąż żyją – zarówno w Polsce, jak i na Białorusi, gdzie Stare Wasiliszki pozostają miejscem pielgrzymek fanów i symbolem kresowej tożsamości artysty, który z małej wsi trafił na największe sceny świata.

Opr. Walery Kowalewski / Znadniemna.pl/Fot.: Aleksander Dmitrijew/kp.ru/facebook.com

 

 

 

Czesław Niemen, jeden z najważniejszych polskich artystów XX wieku, urodził się 16 lutego 1939 roku w Starych Wasiliszkach na dzisiejszej Białorusi. Jego niezwykła biografia, głęboko zakorzeniona w kulturze pogranicza, do dziś fascynuje zarówno fanów, jak i badaczy jego twórczości. Z okazji 87. rocznicy urodzin przypominamy

Maria Żodzik z KS Podlasie Białystok została wybrana Sportowcem Roku 2025 w dorocznym rankingu Podlaskiej Rady Olimpijskiej. To wyróżnienie podsumowuje jej fenomenalny sezon, w którym sięgnęła po wicemistrzostwo świata w skoku wzwyż i ustanowiła rekord życiowy wynikiem 2.00 m.

Podlaska Rada Olimpijska ogłosiła wyniki rankingu po roku pełnym emocji, sportowych zwrotów akcji i walki o najwyższe cele. Wśród laureatów znalazła się czołówka podlaskiego sportu, ale to właśnie Żodzik okazała się bezkonkurencyjna. Jej medal zdobyty w Tokio – jedyny dla Polski na ubiegłorocznych mistrzostwach świata – oraz świetny występ podczas Drużynowych Mistrzostw Europy przesądziły o zwycięstwie w zestawieniu.

Droga Marii Żodzik do tego sukcesu była jednak znacznie dłuższa i bardziej złożona. Urodzona w 1997 roku w Baranowiczach na Białorusi, do Polski trafiła dopiero w 2022 roku, po tym jak podpisała list otwarty białoruskich sportowców potępiający fałszowanie wyników wyborów prezydenckich w 2020 roku i brutalność służb wobec protestujących. Publicznie sprzeciwiła się również rosyjskiej agresji na Ukrainę i współudziałowi Białorusi w tej wojnie. W obliczu represji oraz wykluczenia białoruskich sportowców z międzynarodowych zawodów zdecydowała się na emigrację. „Albo jadę do Polski i dołączam do kadry, albo kończę karierę sportową” – wspominała w rozmowie z TVP Sport.

W Białymstoku zaczynała od zera: z barierą językową, bez stabilnych środków do życia, z poczuciem samotności. Pracowała w McDonaldzie, próbując łączyć treningi z zarabianiem na utrzymanie. „Stoję przy frytkach i mówię sobie: ‘Co ja tu robię? Przecież chcę skakać wzwyż’” – opowiadała. Najtrudniejszy był jednak brak bliskich. Rodzina odwiedza ją raz w roku, a mama i brat nie mogą wyjechać z Białorusi, bo opiekują się babcią.

Mimo tych przeszkód Żodzik konsekwentnie budowała formę pod okiem trenera Pawła Wyszyńskiego. Sezon 2025 nazwała „supertrudnym” – tuż przed mistrzostwami świata zmagała się z kontuzją, a dzień przed wyjazdem doznała kolejnego mikrourazu. W Tokio, w deszczu i ogromnym napięciu, pokonała poprzeczkę na wysokości 2 metrów, zdobywając medal, który odmienił jej karierę.

W 2024 roku otrzymała polskie obywatelstwo z rąk prezydenta Andrzeja Dudy. „25 lat czułam się stuprocentową Białorusinką. Teraz uważam, że to pół na pół. Już jestem tutaj swoja” – mówi.

W tegorocznym rankingu Podlaskiej Rady Olimpijskiej za Żodzik uplasowali się:

  1. Maria Żodzik (KS Podlasie Białystok) – lekkoatletyka
  2. Natalia Maliszewska (Juvenia Białystok) – short track
  3. Natalia Bukowiecka (KS Podlasie Białystok) – lekkoatletyka (4. miejsce MŚ na 400 m)
  4. Michał Niewiński (Juvenia Białystok) – short track
  5. Sylwia Szczerbińska (SKS Cresovia Białystok) – kajakarstwo

Choć Maria Żodzik cieszy się z wyróżnienia i medalu, nie zamierza zwalniać tempa. „To już historia. Teraz chcę dalej trenować i jeździć na zawody” – podkreśla. Jej historia – pełna odwagi, konsekwencji i walki o prawo do uprawiania sportu – stała się jedną z najbardziej inspirujących opowieści podlaskiego i polskiego sportu ostatnich lat.

Znadniemna.pl na podstawie facebook.com/propkol, Maria Żodzik ze statuetką Sportowca Roku 2025 Podlaskiej Rady Olimpijskiej, fot.: facebook.com

Maria Żodzik z KS Podlasie Białystok została wybrana Sportowcem Roku 2025 w dorocznym rankingu Podlaskiej Rady Olimpijskiej. To wyróżnienie podsumowuje jej fenomenalny sezon, w którym sięgnęła po wicemistrzostwo świata w skoku wzwyż i ustanowiła rekord życiowy wynikiem 2.00 m. Podlaska Rada Olimpijska ogłosiła wyniki rankingu po

Ks. Paweł Matulewicz urodzony w Lidzie 14 lutego 1908 roku, przez ponad pół wieku związany z Sopotem, pozostawił po sobie tysiące ochrzczonych dzieci, setki pobłogosławionych małżeństw i pamięć duszpasterza, który potrafił łączyć kresowe korzenie z powojenną rzeczywistością Wybrzeża.

W rocznicę urodzin Pawła Matulewicza warto przypomnieć postać kapłana, którego życie stało się symbolicznym pomostem między dawnymi Kresami a powojenną Polską. Urodzony w Lidzie, w województwie nowogródzkim, dorastał w świecie II Rzeczypospolitej – w rzeczywistości wielokulturowej, ale mocno zakorzenionej w tradycji i wierze.

Wileńskie początki

Po zdaniu matury w 1926 roku wstąpił do Wyższego Seminarium Duchownego w Wilnie. Studia teologiczne ukończył na Wydziale Teologicznym Uniwersytet Stefana Batorego w Wilnie, uzyskując tytuł magistra teologii. Święcenia kapłańskie przyjął 12 czerwca 1932 roku z rąk metropolity wileńskiego Romualda Jałbrzykowskiego.

Pierwsze lata posługi spędził jako wikariusz i prefekt w parafiach w Zelwie i Dąbrowie koło Grodna, a następnie w Wilnie przy kościele św. Rafała. W marcu 1945 roku został mianowany proboszczem parafii Najświętszego Serca Jezusowego w Podbrzeziu pod Wilnem. Niebawem jednak przyszło mu opuścić rodzinne strony – historia przesunęła granice, a Kresy znalazły się poza Polską.

Repatriant i budowniczy wspólnoty

1 października 1945 roku ks. Matulewicz przybył do Diecezji Gdańskiej jako repatriant. Zamieszkał w Sopocie – mieście, które stało się jego domem na kolejne dekady. Już w 1947 roku został administratorem parafii św. Jerzego, a w 1986 roku – decyzją biskupa Tadeusza Gocłowskiego – jej proboszczem.

Równolegle pracował jako prefekt w sopockich szkołach. W trudnych realiach powojennych i w okresie PRL był nie tylko nauczycielem religii, lecz także wychowawcą i autorytetem moralnym dla młodzieży.

Kapłan pokoleń

Procesja Bożego Ciała ulicami Sopotu, 8 czerwca 1950 roku

W 1978 roku został kanonikiem honorowym Kapituły Katedralnej Gdańskiej. Na emeryturę przeszedł w 1991 roku, pozostając jednak rezydentem i duchowym ojcem parafii.

Liczby mówią same za siebie: w parafii św. Jerzego ochrzcił 3676 dzieci i pobłogosławił 1359 par małżeńskich. Obchodził jubileusze 60-, 65- i 70-lecia kapłaństwa. Podczas uroczystości modlili się z nim m.in. abp Wojciech Ziemba oraz kard. Henryk Gulbinowicz.

Zmarł 29 maja 2004 roku w Gdyni, w wigilię Uroczystości Zesłania Ducha Świętego. Spoczął na cmentarzu komunalnym w Sopocie przy kościele Najświętszego Serca Pana Jezusa – pośród wspólnoty, której służył przez niemal pół wieku.

Grób ks. Pawła Matulewicza na cmentarzu komunalnym w Sopocie

Ślad, który pozostał

W 2017 roku w kościele św. Jerzego w Sopocie odsłonięto tablicę upamiętniającą ks. kanonika Pawła Matulewicza. To symbol pamięci o człowieku, który w burzliwym XX wieku potrafił zachować wierność powołaniu i ludziom.

Rocznica jego urodzin to nie tylko wspomnienie daty. To przypomnienie pokolenia duchownych, którzy po wojnie budowali Kościół i wspólnotę na nowo – z kresowym doświadczeniem, z wiarą w przyszłość i z cichą, codzienną służbą.

Opr. Waleria Brażuk/Znadniemna.pl/Fot.:jerzy.sopot.pl

Ks. Paweł Matulewicz urodzony w Lidzie 14 lutego 1908 roku, przez ponad pół wieku związany z Sopotem, pozostawił po sobie tysiące ochrzczonych dzieci, setki pobłogosławionych małżeństw i pamięć duszpasterza, który potrafił łączyć kresowe korzenie z powojenną rzeczywistością Wybrzeża. W rocznicę urodzin Pawła Matulewicza warto przypomnieć postać

Walentynki to dzień czułości, wdzięczności i bliskości. Choć współczesna oprawa święta bywa pełna czerwonych serc i romantycznych gestów, jego korzenie sięgają historii znacznie głębszych – opowieści o św. Walentym, który stał się symbolem miłości wiernej, dojrzałej i gotowej na poświęcenie.

Walentynki nie narodziły się w świecie komercyjnych kartek i pluszowych serc. Ich patron – św. Walenty z Terni – był biskupem żyjącym w czasach, gdy chrześcijaństwo dopiero torowało sobie drogę w Cesarstwie Rzymskim. Z jego życiem zaczęły splatać się opowieści o dobroci, mądrości i niezwykłej wrażliwości na los zakochanych. To właśnie te historie sprawiły, że stał się patronem miłości – tej prawdziwej, wymagającej i pięknej.

Jedna z najbardziej znanych legend opowiada o Serapii, młodej chrześcijance z Terni, i rzymskim centurionie Sabinusie. Sabinus zakochał się w niej od pierwszego wejrzenia, lecz jej rodzina nie chciała zgodzić się na ślub z poganinem. Serapia poprosiła go więc, by udał się do biskupa Walentego, przyjął naukę i chrzest. Gdy wydawało się, że nic nie stoi już na przeszkodzie ich szczęściu, okazało się, że Serapia jest śmiertelnie chora. Sabinus nie chciał jej opuszczać. Wezwał Walentego do jej łoża i błagał, by nie pozwolił im się rozdzielić. Według przekazu święty modlił się długo i gorliwie, aż „błogi sen zjednoczył na wieczność dwa serca”. Ta historia stała się symbolem miłości silniejszej niż śmierć.

Inna opowieść ukazuje Walentego jako człowieka, który potrafił dostrzec kruchość uczuć i pomagać zakochanym w chwilach zwątpienia. Pewnego dnia usłyszał kłótnię młodej pary przechodzącej obok jego ogrodu. Wyszedł do nich z różą – prostym, ale wymownym gestem. Poprosił, by oboje chwycili łodygę ostrożnie, razem, tak aby nie skaleczyć się kolcami. Ten obraz stał się metaforą miłości, która wymaga delikatności, współpracy i wzajemnego zrozumienia.

W tle tych historii zmieniała się rzeczywistość. Po edykcie mediolańskim z 313 roku chrześcijaństwo przestało być prześladowane, ale wciąż żywe były pogańskie obyczaje, w tym obchodzone 15 lutego Luperkalia – święto pełne obrzędów sprzecznych z chrześcijańską wizją miłości. To właśnie w kontrze do nich zaczęto celebrować pamięć o Walentym, który uosabiał miłość czystą, wierną i odpowiedzialną.

Dziś Walentynki są okazją, by przypomnieć sobie, że miłość nie zawsze jest łatwa. Bywa pełna kolców, jak róża z legendy, ale to właśnie dzięki niej uczymy się cierpliwości, troski i wzajemnego wsparcia. To święto nie tylko zakochanych, lecz wszystkich, którzy wierzą, że bliskość drugiego człowieka nadaje życiu sens.

14 lutego warto więc zatrzymać się na chwilę. Zadzwonić do kogoś, kto jest nam bliski. Powiedzieć dobre słowo. Uśmiechnąć się. Bo choć świat zmienia się nieustannie, jedno pozostaje niezmienne: miłość wciąż jest najpiękniejszą siłą, jaką mamy.

Znadniemna.pl na podstawie Vaticannews.va, ilustracja: screenshot z  filmu na YouTubie o  legendzie, opowiadającej jak św. Walenty przy pomocy róży uratował uczucia młodej pary, źródło: YouTube.com

Walentynki to dzień czułości, wdzięczności i bliskości. Choć współczesna oprawa święta bywa pełna czerwonych serc i romantycznych gestów, jego korzenie sięgają historii znacznie głębszych – opowieści o św. Walentym, który stał się symbolem miłości wiernej, dojrzałej i gotowej na poświęcenie. Walentynki nie narodziły się w świecie

14 lutego 1919 roku rejonie Mostów pod Grodnem polskie oddziały starły się z Armią Czerwoną. Zwycięska potyczka jest powszechnie uznawana za początek wojny polsko-bolszewickiej. Czy jednak pierwsze strzały padły właśnie tam? W rocznicę wydarzeń wracamy do zimy 1919 roku – czasu, gdy ważyły się losy młodego państwa polskiego.

Pomnik ku czci poległych w 1920 r. strzelców 81 pp w Mostach. Fot.: NAC 1-U-4149

Koniec I wojny światowej nie przyniósł Europie Wschodniej upragnionego spokoju. Wycofujące się wojska niemieckie pozostawiły po sobie polityczną próżnię na terenach dawnego Imperium Rosyjskiego. Wykorzystała ją bolszewcka Rosja. Armia Czerwona rozpoczęła marsz na zachód, realizując plan znany jako „Cel Wisła” – którego ostatecznym zamiarem było nie tylko pokonanie Polski, lecz także przeniesienie rewolucji komunistycznej do Niemiec i dalej w głąb Europy.

Już 11 grudnia 1918 roku bolszewicy zajęli Mińsk, a na przełomie roku wkroczyli na Ukrainę i Litwę. Odrodzona po 123 latach zaborów Polska musiała niemal natychmiast stanąć do walki o swoje wschodnie granice.

Pod koniec grudnia 1918 roku z Wilna ewakuowały się wojska niemieckie. 1 stycznia 1919 roku miasto opanowały oddziały Samoobrony Krajowej Litwy i Białorusi pod dowództwem gen. Władysława Wejtki. Już 3 stycznia Armia Czerwona przypuściła atak. Po krótkich walkach 5 stycznia Polacy zostali wyparci z miasta.

Część historyków wskazuje właśnie te wydarzenia jako faktyczny początek wojny polsko-bolszewickiej – argumentując, że od 29 grudnia 1918 roku oddziały Samoobrony były formalnie częścią Wojska Polskiego.

W połowie lutego polskie dowództwo podjęło kontrofensywę przeciwko bolszewickiej Armii Czerwonej. Działania prowadziły dwie grupy: Grupa Podlaska gen. Antoniego Listowskiego na południu i oddziały Dywizji Litewsko-Białoruskiej gen. Wacława Iwaszkiewicza-Rudoszańskiego na północy.

14 lutego 1919 roku w rejonie Mostów pod Grodnem doszło do starcia z bolszewickimi oddziałami. Polskie jednostki odniosły zwycięstwo – było to pierwsze bezpośrednie starcie regularnych oddziałów Wojska Polskiego z nacierającymi siłami bolszewików.

Tego samego dnia żołnierze pod dowództwem kpt. Piotra Mienickiego przeprowadzili wypad na Berezę Kartuską, wypierając zaskoczoną kompanię Armii Czerwonej. W kolejnych tygodniach gen. Iwaszkiewicz-Rudoszański odrzucił przeciwnika za Szczuczyn, co doprowadziło do stabilizacji frontu.

Walki pod Mostami dały Polsce bezcenny czas. Umożliwiły reorganizację i rozbudowę dywizji, co w kwietniu 1919 roku pozwoliło przeprowadzić ofensywę zakończoną wyzwoleniem Wilna.

Choć historycy wciąż dyskutują, czy wojna rozpoczęła się w Wilnie na początku stycznia, czy pod Mostami 14 lutego, jedno nie ulega wątpliwości: zima 1919 roku była momentem przełomowym. To wtedy młode państwo polskie po raz pierwszy stanęło do regularnej walki z bolszewicką Rosją – w obronie swojej niepodległości i kształtu przyszłych granic.

Rocznica bitwy pod Mostami przypomina, że droga do utrzymania wolności była trudna i naznaczona niepewnością. Była jednak także dowodem determinacji i odwagi żołnierzy, którzy w pierwszych miesiącach istnienia II Rzeczypospolitej musieli walczyć o jej przetrwanie.

Opr. Walery Kowalewski/Znadniemna.pl

14 lutego 1919 roku rejonie Mostów pod Grodnem polskie oddziały starły się z Armią Czerwoną. Zwycięska potyczka jest powszechnie uznawana za początek wojny polsko-bolszewickiej. Czy jednak pierwsze strzały padły właśnie tam? W rocznicę wydarzeń wracamy do zimy 1919 roku – czasu, gdy ważyły się losy

Dziś, w 84. rocznicę  utworzenia Armii Krajowej, oddajemy hołd żołnierzom największej podziemnej armii okupowanej Europy. W dniu 14 lutego przypominamy o genezie AK, jej roli w Polskim Państwie Podziemnym oraz o tych, którzy w konspiracji walczyli o wolność, choć po wojnie często byli prześladowani.

Armia Krajowa została powołana 14 lutego 1942 roku rozkazem Naczelnego Wodza gen. Władysława Sikorskiego, który przekształcił Związek Walki Zbrojnej w jednolitą, ogólnokrajową organizację wojskową podporządkowaną rządowi RP na uchodźstwie. Jej początki sięgają jednak pierwszych dni okupacji, kiedy to powstała Służba Zwycięstwu Polski, a następnie Związek Walki Zbrojnej (ZWZ) – struktury, które stopniowo budowały fundamenty przyszłej AK. Formacja ta objęła swoim zasięgiem cały kraj, tworząc rozbudowaną sieć konspiracyjną, prowadząc działania dywersyjne, wywiadowcze i sabotażowe oraz przygotowując plan powstania powszechnego.

Historycy podkreślają, że AK była nie tylko siłą zbrojną, lecz także integralną częścią Polskiego Państwa Podziemnego. Badacze zwracają uwagę na jej wyjątkową skalę, profesjonalizm i zdolność do działania w warunkach skrajnego zagrożenia. W literaturze naukowej często podkreśla się znaczenie polskiego wywiadu, który dostarczył aliantom kluczowych informacji, m.in. dotyczących niemieckich prac nad bronią V‑2 (niem. Vergeltungswaffe 2, czyli „broń odwetowa nr 2”, pierwszy na świecie bojowy pocisk balistyczny dalekiego zasięgu – red.).

W rocznicowych wystąpieniach przedstawiciele władz państwowych przypominają, że pamięć o żołnierzach AK jest elementem polskiej tożsamości i świadectwem ciągłości dążeń niepodległościowych. Podkreśla się, że ich działalność była wyrazem obywatelskiej odpowiedzialności i wierności państwu, które mimo okupacji istniało w strukturach podziemnych.

Narodowy Dzień Pamięci Żołnierzy Armii Krajowej jest okazją do refleksji nad historią, ale także nad współczesnym znaczeniem wartości, które przyświecały konspiratorom. To dzień, w którym pamięć o ich odwadze i determinacji staje się przypomnieniem o cenie wolności i o obowiązku jej pielęgnowania.

 Znadniemna.pl, źródło ilustracji: Materiały prasowe Światowego Związku Żołnierzy Armii Krajowej

Dziś, w 84. rocznicę  utworzenia Armii Krajowej, oddajemy hołd żołnierzom największej podziemnej armii okupowanej Europy. W dniu 14 lutego przypominamy o genezie AK, jej roli w Polskim Państwie Podziemnym oraz o tych, którzy w konspiracji walczyli o wolność, choć po wojnie często byli prześladowani. Armia Krajowa

Białoruskie władze wystawiły na sprzedaż kolejną część majątku ks. Henryka Okołotowicza — katolickiego duchownego skazanego w 2024 roku za rzekomą „zdradę państwa”. Po wyroku obciążono go długiem na 1,7 mln rubli białoruskich  (ok. 2,1 mln zł.), co stało się podstawą zajęcia jego mienia, a po zwolnieniu z kolonii karnej ksiądz został wygnany z Białorusi.

Przedsiębiorstwo BelJurObiespieczienije, instytucja odpowiedzialna za sprzedaż majątku przejętego przez państwo, ogłosiło na swoim portalu przetarg na działkę o powierzchni 0,1198 ha w rejonie baranowickim obwodu brzeskiego. Nieruchomość wyceniono na 6600 rubli (ok. 8160 zł). To kolejny etap likwidacji majątku duchownego — 3 lutego na tym samym portalu sprzedano  samochód – Volkswagen Touran z 2007 roku – za 12 852 rubli (ok. 15 890 zł).

Według wiernych zarówno auto, jak i część pieniędzy zarekwirowanych podczas aresztowania ks. Okołotowicza należały do parafii lub krewnych duchownego, a nie do niego samego. Mimo to zostały włączone do masy majątkowej przejętej przez państwo po wyroku z grudnia 2024 roku. Wówczas sąd skazał księdza na 11 lat więzienia za „zdradę państwa” i „szpiegostwo na rzecz Polski i Watykanu”, a także zobowiązał go do zapłaty 1,7 mln rubli za rzekome „szkody wyrządzone państwu”.

Po zwolnieniu z kolonii karnej duchowny został natychmiast wywieziony za granicę i wygnany z Białorusi — bez dokumentów i prawa powrotu. To praktyka powszechnie stosowana przez reżim Łukaszenki wobec więźniów politycznych. Wraz z ks. Okołotowiczem kraj opuścił również o. Andrzej Juchniewicz OMI, misjonarz ze Zgromadzenia Oblatów Maryi Niepokalanej i proboszcz sanktuarium maryjnego w Szumilinie, skazany w 2025 roku na 13 lat kolonii karnej za publikację grafiki z historyczną biało‑czerwono‑białą flagą Białorusi i flagą Ukrainy. Obaj duchowni przebywają obecnie w Watykanie, gdzie pozostają poza kontaktem ze światem zewnętrznym.

Znadniemna.pl na podstawie Belsat.eu

Białoruskie władze wystawiły na sprzedaż kolejną część majątku ks. Henryka Okołotowicza — katolickiego duchownego skazanego w 2024 roku za rzekomą „zdradę państwa”. Po wyroku obciążono go długiem na 1,7 mln rubli białoruskich  (ok. 2,1 mln zł.), co stało się podstawą zajęcia jego mienia, a po

Na trwających Zimowych Igrzyskach Olimpijskich nie zobaczymy polskiej reprezentacji hokejowej — biało‑czerwoni nie zdołali wywalczyć awansu. A jednak w historii polskiego sportu były czasy, gdy nasi hokeiści nie tylko pojawiali się na olimpijskich arenach, ale potrafili walczyć z najlepszymi. Jednym z ludzi, którzy tworzyli tamtą epokę, był nasz krajan Tadeusz Sachs — urodzony w Pińsku sportowiec, kapitan kadry, trener, menedżer i pierwszy olimpijczyk z ziem dzisiejszej Białorusi. Jego losy to opowieść o ambicji, odwadze i tragicznej epoce, która przerwała wiele obiecujących karier.

Chłopak z Pińska, który pokochał lód

Tadeusz Izrael Sachs przyszedł na świat 18 czerwca 1899 roku w Pińsku, w rodzinie żydowskiego fabrykanta z Łodzi. Jako nastolatek trafił do prywatnej szkoły w Zurychu — i to właśnie tam po raz pierwszy zetknął się z hokejem na lodzie. Szwajcarskie lodowiska, nowoczesne i tętniące sportowym życiem, szybko stały się jego naturalnym środowiskiem.

W latach 1917–1919 grał w klubach Rossey Gstaad i Akademischer Hockey Club Zürich. Zdobyte tam doświadczenie okazało się bezcenne, gdy po powrocie do Polski zaczął budować swoją pozycję w rodzącym się dopiero polskim hokeju. Występował w Unionie Łódź, a później w warszawskich drużynach akademickich, wyróżniając się nie tylko umiejętnościami, ale też zmysłem organizacyjnym.

Lider, który potrafił łączyć role

W latach 30. Sachs stał się jedną z najważniejszych postaci polskiego hokeja. Był zawodnikiem, kapitanem, trenerem i menedżerem — człowiekiem, który potrafił spiąć drużynę w całość, nadać jej strukturę i ambicję. W czasach, gdy hokej w Polsce dopiero raczkował, a sprzęt i warunki treningowe pozostawiały wiele do życzenia, jego kompetencje były na wagę złota.

Najlepszy olimpijski wynik w historii polskiego hokeja

W 1932 roku polska reprezentacja wyruszyła na Zimowe Igrzyska Olimpijskie do Lake Placid. Sama podróż była wyzwaniem logistycznym i finansowym: wyjazd umożliwiła zbiórka Polonii amerykańskiej, a część kosztów drużyna pokryła, rozgrywając mecze towarzyskie w drodze do USA.

1932 rok. Reprezentacja Polski na Zimowe Igrzyska Olimpijskie w Lake Placid na statku pasażerskim SS France. Narciarze i hokeiści na pokładzie statku pasażerskiego SS France. Siedzą od lewej: Sabiński, Tadeusz Sachs, Zdzisław Motyka, Stanisław Marusarz, Stanisław Skupień, Bronisław Czech, Andrzej Marusarz. Stoją m.in.: Adam Kowalski, Aleksander Kowalski, Witalis Ludwiczak (2. z lewej), Albert Mauer, Czesław Marchewczyk (4. z lewej), Włodzimierz Krygier (2. z prawej), Kazimierz Sokołowski, inżynier Jan Woyniewicz (4. z prawej), prezes Polskiego Związku Hokeja na Lodzie Stanisław Polakiewicz (5. z prawej), źródło zdjęcia: Koncern Ilustrowany Kurier Codzienny – Archiwum Ilustracji/Wikipedia

Tadeusz Sachs znalazł się w składzie reprezentacji w potrójnej roli: rezerwowego bramkarza, trenera i menedżera. Polacy zajęli wówczas czwarte miejsce, najlepsze w historii olimpijskich startów hokejowej kadry. Choć w turnieju uczestniczyły tylko cztery drużyny, wynik ten do dziś budzi szacunek, zwłaszcza że biało‑czerwoni grali w okrojonym składzie, często z kontuzjami i bez możliwości zmian.

1932 rok. Polscy hokeiści na spotkaniu z konsulem generalnym RP w Chicago po występie na Olimpiadzie w Lake Placid, Tadeusz Sachs – siedzi po lewej , fot.: Narodowe Archiwum Cyfrowe

Sachs nie pojawił się na lodzie, ale to on trzymał w rękach wszystkie nici: taktykę, przygotowanie, morale. Był liderem, który potrafił wycisnąć z drużyny maksimum.

Odmówił igrzysk w nazistowskich Niemczech

Gdy w 1936 roku igrzyska miały odbyć się w Garmisch‑Partenkirchen, Sachs podjął decyzję, która wiele mówi o jego charakterze. Jako polski Żyd odmówił wyjazdu do Niemiec. Nie chciał firmować swoją obecnością państwa, które coraz brutalniej prześladowało jego narodową społeczność. W czasach, gdy wielu sportowców wybierało milczenie, on wybrał postawę.

Wojna, Pawiak, Auschwitz — tragiczny finał życia

Po wybuchu II wojny światowej Sachs znalazł się w okupowanej Warszawie. Najprawdopodobniej trafił do getta. Został aresztowany i osadzony na Pawiaku — miejscu, przez które przeszły tysiące więźniów. 16 lipca 1942 roku przewieziono go do Auschwitz. Tam też zginął 3 sierpnia 1942 roku.

Tadeusz Sachs, jako więzień obozu śmierci Auschwitz-Birkenau, fot.: ofiary.auschwitz.org

Jego życie zostało brutalnie przerwane, ale pamięć o nim przetrwała — w kronikach sportu, w archiwach olimpijskich i w historii Pińska.

Dlaczego dzisiaj warto o nim pamiętać

W czasie, gdy współczesne igrzyska to spektakl technologii, mediów i globalnej rywalizacji, postać Tadeusza Sachsa przypomina, że sport bywał kiedyś czymś znacznie bardziej surowym, ale też bardziej osobistym. Życiorys naszego krajana to opowieść o człowieku, który z Pińska trafił na olimpijskie lodowiska, który budował polski hokej od podstaw i który w obliczu zła zachował godność.

Dziś, gdy polskich hokeistów brakuje na olimpijskich arenach, warto wrócić do historii tych, którzy przecierali szlaki. Tadeusz Sachs był jednym z nich — pionierem, kapitanem, trenerem, a przede wszystkim człowiekiem, którego życie i śmierć mówią więcej o XX wieku niż niejeden podręcznik.

Znadniemna.pl na podstawie Palatno.media, na zdjęciu: Pokolorowane foto Tadeusza Sahcsa w swetrze bramkarza reprezentacji Polski, źródło: palatno.media

Na trwających Zimowych Igrzyskach Olimpijskich nie zobaczymy polskiej reprezentacji hokejowej — biało‑czerwoni nie zdołali wywalczyć awansu. A jednak w historii polskiego sportu były czasy, gdy nasi hokeiści nie tylko pojawiali się na olimpijskich arenach, ale potrafili walczyć z najlepszymi. Jednym z ludzi, którzy tworzyli tamtą

Przejdź do treści