HomeStandard Blog Whole Post

Ministerstwo Spraw Zagranicznych Litwy poinformowało, że w ramach złożonego fake newsa publikowano fake newsy, rzekomo powiązane z litewską dyplomacją. Dochodzenie w tej sprawie prowadzą już na Litwie odpowiednie służby. Hakerzy, którzy zaatakowali konto na Twitterze Tomasza Sakiewicza, stronę „Poland Daily” oraz portal Związku Polaków na Białorusi Znadniemna.pl, zablokowali także szefowi „GP” dostęp do tweetdecka – aplikacji do zarządzania Twitterem. Jak dowiedział się portal Niezalezna.pl – atak na powiązany z Telewizją Republiką serwis „Poland Daily” został dokonany z Rygi, stolicy Łotwy.

Rasa Jakilaitiene, rzeczniczka litewskiego ministra spraw zagranicznych, powiedziała, że fałszywa wiadomość została umieszczona na polskiej stronie internetowej.

Fałszywe wiadomości pojawiły się na Polanddaily.com. W zamieszczonym tam artykule znalazła się uwaga ministra Linkeviciusa, w której twierdził, że na Białoruś trzeba wysłać siły pokojowe – powiedziała rzeczniczka.

Rzeczniczka litwewskiego MSZ zwróciła uwagę, że dla podniesienia wiarygodności fake newsa w artykule pojawiała się także wzmianka na temat polskiego ministra spraw zagranicznych.

Ministerstwo Spraw Zagranicznych Litwy wydało oświadczenie zaprzeczające fałszywym informacjom. Potwierdzono, że odpowiednie służby wszczęły już w tej sprawie dochodzenie.

Jest wysoce prawdopodobne, że trwa cyberatak informacyjny, który jest obecnie badany przez władze litewskie – czytamy w komunikacie.

Redaktor naczelny „Gazety Polskiej” stracił dostęp do konta (zmieniono hasło), na którym wstawiono odnośnik do artykułu zamieszczonego na portalu Znadniemna.pl, który prowadzi Związek Polaków na Białorusi. Ów artykuł to także cyberprowokacja. Dowiadujemy się z niego, że „Polska i Litwa wzywają NATO do wysłania wojsk na Białoruś”.

Podrobiony artykuł na portalu „Poland Daily” nosił tytuł „Polska i Litwa naciskają na wysłanie wojsk na Białoruś”. Napisany był w języku angielskim i podobnie jak publikacja wrzucona na Znadniemna.pl, dezinformował o rzekomych naciskach Polski, Litwy i Stanów Zjednoczonych na NATO. W tekście pojawiły się też nazwiska ministra spraw zagranicznych Polski Zbigniewa Rau oraz Swiatłany Cichanouskiej. Na zdjęciu głównym umieszczono szefa litewskiej dyplomacji Linasa Linkevičiusa.

To nie pierwszy rosyjski atak na media związane ze „Strefą Wolnego Słowa”. Przypomnijmy: w maju 2020 r. portal Niezalezna.pl dwukrotnie padł ofiarą rosyjskich hakerów, którzy zmieniali treść naszych publikacji.

Na naszą stronę (a także na portale Telewizji Republika, Radia Szczecin, olsztyn24.pl oraz stronę gminy Orzysz, gdzie znajduje się garnizon) wstawiono artykuł pt. Amerykanie „chwalą” pobyt w Drawsku. „Jedyne czym mogą strzelić to gumki od majtek”

Gdy opublikowaliśmy informację o tym ataku, Rosjanie dokonali kolejnego włamania, zmieniając ją na „newsa”, że Niezalezna.pl przyznaje się do autorstwa wcześniejszego artykułu.

To nie koniec działań Moskwy przeciwko naszym mediom. Pod koniec maja na anglojęzycznym prorosyjskim portalu „The Duran” ukazał się „wywiad”, przeprowadzony rzekomo przez Katarzynę Gójską dla „Gazety Polskiej”. Rozmówcą wicenaczelnej tygodnika miał być amerykański generał broni Christopher G. Cavoli, dowódca sił amerykańskich w Europie. Nie trzeba chyba dodawać, że rozmowa, w której Cavoli twierdzi, że Polska i kraje bałtyckie są fatalnie zorganizowane pod względem militarnym, została w całości wymyślona.

Znadniemna.pl za niezalezna.pl

Ministerstwo Spraw Zagranicznych Litwy poinformowało, że w ramach złożonego fake newsa publikowano fake newsy, rzekomo powiązane z litewską dyplomacją. Dochodzenie w tej sprawie prowadzą już na Litwie odpowiednie służby. Hakerzy, którzy zaatakowali konto na Twitterze Tomasza Sakiewicza, stronę „Poland Daily” oraz portal Związku Polaków na

Od 20 lutego do końca marca w Nowym Zamku w Grodnie będzie można zobaczyć wystawę pt. „Historia grodzieńskiej litografii”, poświęconą ponadstuletniej działalności jednego z najważniejszych zakładów poligraficznych regionu. To opowieść o przedsiębiorstwie, które zmieniało nazwy i właścicieli, ale niezmiennie współtworzyło wizualny pejzaż miasta – od czasów carskich, przez okres II Rzeczypospolitej po realia powojenne.

Początki tej historii sięgają XIX wieku, kiedy w Grodnie działała typolitografia Łapinów, znana z wysokiej jakości druków i eleganckich projektów użytkowych.

Kolorowana fotografia wydrukowana na maszynach zakładów drukarskich w Grodnie, fot.: Facebook.com

W pierwszych dekadach XX wieku zakład rozwijał się dynamicznie, aż do momentu, gdy po przewrocie bolszewickim w Rosji i kolejnych zmianach politycznych był stopniowo przejmowany przez nowe władze. Proces nacjonalizacji zakończył się w 1920 roku, kiedy bolszewicy ostatecznie przejęli kontrolę nad Grodnem, a dawna typolitografia Łapinów została włączona do systemu państwowych przedsiębiorstw poligraficznych i zaczęła funkcjonować jako Białoruska Republikańska Litografia. W okresie II Rzeczypospolitej, gdy miasto znalazło się w granicach Polski, zakład działał nadal, dostosowując się do nowych realiów administracyjnych i rynkowych, a po II wojnie światowej przekształcił się w Grodzieńską Fabrykę Druku Offsetowego.

Wystawa pozwala zajrzeć do świata, który zwykle pozostaje w archiwach: etykiet cukierków i produktów spożywczych, plakatów reklamowych i teatralnych, miejskich afiszy, kart do gry o najróżniejszych wzorach, a także projektów graficznych, które dziś zachwycają stylem i precyzją wykonania. To nie tylko przegląd dawnych technik drukarskich, lecz także zapis codzienności – tego, co w Grodnie kupowano, jak reklamowano, jak bawiono się i jak informowano o wydarzeniach publicznych.

Przykłady powojennego druku – czasy sowieckie, fot.: Facebook.com

Wizyta w Nowym Zamku stanie się okazją, by zobaczyć, jak zmieniała się estetyka Grodna na przestrzeni ponad stu lat i jak jedno przedsiębiorstwo potrafiło przetrwać burze historii, pozostawiając po sobie bogaty i zaskakująco różnorodny dorobek. Dla miłośników historii miasta, grafiki użytkowej i dawnych technik druku będzie to spotkanie z przeszłością, która wciąż potrafi zaskoczyć świeżością i pomysłowością.

Znadniemna.pl na podstawie facebooku Grodzieńskiego Muzeum Historyczno-Archeologicznego, fot.: facebook.com/GrodzenskiDzarzaunyGistorykaArhealagicnyMuzej

 

Od 20 lutego do końca marca w Nowym Zamku w Grodnie będzie można zobaczyć wystawę pt. „Historia grodzieńskiej litografii”, poświęconą ponadstuletniej działalności jednego z najważniejszych zakładów poligraficznych regionu. To opowieść o przedsiębiorstwie, które zmieniało nazwy i właścicieli, ale niezmiennie współtworzyło wizualny pejzaż miasta – od

18 lutego 1845 roku w Petersburgu zakończyło się życie jednego z najważniejszych badaczy historii Wielkiego Księstwa Litewskiego i Żmudzi – Ignacego Żegoty Onacewicza. Był nie tylko wybitnym historykiem i profesorem Uniwersytetu Wileńskiego, ale też człowiekiem, który całe życie poświęcił ocalaniu pamięci o Kresach i kulturze Rzeczypospolitej. Jego historia to opowieść o człowieku z pogranicza kultur, który wiedział, że przeszłość jest siłą dla przyszłości.

Od Brzostowicy do Wilna

Ignacy Żegota Onacewicz urodził się 15 sierpnia 1780 roku w Brzostowicy Małej na dzisiejszej Grodzieńszczyźnie, w rodzinie unickiego duchownego. Przez całe życie nosił w sobie ciepłe wspomnienia z rodzinnej wsi:

„Przy źródle cudownej wody nad rzeką, w pięknym zakątku, stał domek i całe gospodarstwo — obory, stodoły, lamusy i warzywnik, a w pobliżu wznosiło się gładkie wzgórze i przejrzysty gaj”. – pisał Onacewicz.

Już w domu kształtował się jego charakter i pierwsze zainteresowania naukowe. W wieku 9 lat rozpoczął naukę w Wołkowysku, gdzie spędził siedem lat, zdobywając solidną wiedzę podstawową. Kolejnym krokiem była szkoła w Grodnie, a potem seminarium nauczycielskie w Ełku, gdzie narodziła się jego pasja do historii i literatury.

Studia i początki kariery naukowej

Jego talent i pracowitość zwróciły uwagę władz pruskich, które przyznały mu stypendium na studia filozoficzne w Królewcu. W latach 1802–1806 zgłębiał tam filozofię i historię, a już wówczas interesował się dziejami Wielkiego Księstwa Litewskiego (WKL). Po ukończeniu studiów powrócił na ziemie litewsko-białoruskie i kontynuował naukę na Uniwersytecie Wileńskim, zdobywając tytuł magistra filozofii.

W 1818 roku objął stanowisko zastępcy profesora historii powszechnej na Uniwersytecie Wileńskim, stając się pierwszym naukowcem, który systematycznie wykładał historię Białorusi i Litwy. Jego kursy cieszyły się ogromnym zainteresowaniem, a wśród studentów znajdowali się późniejsi wybitni twórcy, w tym Adam Mickiewicz. Onacewicz powtarzał im często:

„Obowiązkiem historyka jest mówić prawdę, choćby była ona trudna dla współczesnych.”

To motto określało jego podejście do nauki i życia. Był człowiekiem prawdomównym, konsekwentnym, a jego niezależność intelektualna czasem prowokowała konflikty z władzami.

Z Wilna do Petersburga

W 1828 roku władze carskie oskarżyły Onacewicza o związki ze studencką organizacją „Plemiona Sarmatów”, podejrzewaną o działalność patriotyczną. Skutkiem tego był zakaz wyjazdu z rodzinnej Brzostowicy Małej i usunięcie z uniwersytetu. Dopiero po pięciu latach pozwolono mu udać się do Petersburga, gdzie rozpoczął nowy etap życia – mniej widoczny, lecz niezwykle ważny dla nauki.

W stolicy Imperium Rosyjskiego pracował w Komisji Archeograficznej, w archiwach państwowych i w Muzeum Rumiancewa, gromadząc i opracowując dokumenty dotyczące historii Wielkiego Księstwa Litewskiego i Korony. Jego starania i skrupulatność sprawiły, że stał się jednym z pierwszych profesjonalnych archiwistów litewskich. Sam mawiał:

„Narody tracące pamięć o przeszłości tracą i siłę do przyszłości.”

To zdanie – często przywoływane w białoruskiej i rosyjskiej literaturze – najlepiej streszcza jego życiową misję.

Twórczość naukowa i spuścizna

Onacewicz poświęcił historii WKL ponad 40 lat działalności naukowej. W swoich badaniach zajmował się dziejami Litwy, Białorusi i Wielkiego Księstwa Litewskiego od średniowiecza do XVI wieku. Opracował systematyczną klasyfikację źródeł historycznych i stworzył unikalną naukową mapę epoki, choć nie zdążył napisać planowanej trzytomowej monografii. Jego uczniowie i współpracownicy, m.in. Joachim Lelewel, kontynuowali jego dzieło, a wiele późniejszych odkryć historycznych opierało się na jego zbiorach i katalogach.

Charakter Onacewicza łączył skrupulatność z pasją. Był człowiekiem wymagającym, ale uczciwym. Jego życiowe motto – „prawda, tylko prawda i nic poza prawdą” – stało się fundamentem dla jego badań i dla wychowania kolejnych pokoleń historyków.

Dziedzictwo, które przetrwało

Przed śmiercią swoje bogate zbiory naukowiec przekazał polskim bibliotekom i różnym uczonym, których często nawet nie znał osobiście.

Zmarł 18 lutego 1845 roku w Petersburgu, z dala od rodzinnej Małej Brzostowicy, ale jego życie pozostało nierozerwalnie związane z Kresami.

Jego spuścizna jest nieoceniona. Onacewicz zebrał i uporządkował materiały, które stały się podstawą dla rozwoju polskiej, białoruskiej i litewskiej historiografii. To dzięki niemu pamięć o przeszłości Kresów i Wielkiego Księstwa Litewskiego przetrwała najtrudniejsze czasy. Jak pisał sam:

„Wszystkie wysiłki, by zachować przeszłość, są wysiłkami na rzecz przyszłości.”

W rocznicę jego śmierci warto pamiętać, że Kresy to nie tylko miejsca – to ludzie, którzy całe życie poświęcili temu, aby historia nie została zapomniana. Ignacy Żegota Onacewicz był jednym z nich – strażnikiem pamięci i kronikarzem Kresów.

Opr. Waleria Brażuk/Znadniemna.pl

18 lutego 1845 roku w Petersburgu zakończyło się życie jednego z najważniejszych badaczy historii Wielkiego Księstwa Litewskiego i Żmudzi – Ignacego Żegoty Onacewicza. Był nie tylko wybitnym historykiem i profesorem Uniwersytetu Wileńskiego, ale też człowiekiem, który całe życie poświęcił ocalaniu pamięci o Kresach i kulturze

Dzisiaj, 18 lutego, jest Środa Popielcowa – dzień, który otwiera Wielki Post i przypomina o kruchości ludzkiego życia, ale także o nadziei na przemianę. To moment zatrzymania, refleksji i powrotu do tego, co naprawdę ważne.

Choć Środa Popielcowa co roku wyznacza początek Wielkiego Postu, jej znaczenie wykracza daleko poza liturgiczny kalendarz. To dzień, w którym wierni pochylają głowy, by przyjąć popiół – znak pokuty, pokory i gotowości do duchowej odnowy. Słowa wypowiadane podczas obrzędu, „Pamiętaj, że jesteś prochem i w proch się obrócisz” lub „Nawracajcie się i wierzcie w Ewangelię”, dotykają sedna ludzkiego doświadczenia: przemijania, odpowiedzialności i nadziei. Warto zauważyć, że współczesna formuła liturgiczna jest wiernym cytatem z Księgi Rodzaju. Dawniej w Polsce używano także wersji „Z prochu powstałeś…”, jednak była to parafraza, a nie dosłowne tłumaczenie. Dzisiejsza liturgia świadomie wraca do biblijnego brzmienia, podkreślając prawdę o ludzkiej kruchości i potrzebie nawrócenia.

Popiół używany w liturgii pochodzi ze spalonych palm z ubiegłorocznej Niedzieli Palmowej. Ten prosty gest zamyka pewien cykl i otwiera nowy, przypominając, że wiara nie jest zbiorem pojedynczych wydarzeń, lecz drogą prowadzącą przez radość i trud, przez świętowanie i ciszę, przez codzienność i momenty głębokiej refleksji. Dlatego Środa Popielcowa jest dniem postu i wstrzemięźliwości – nie po to, by człowieka umniejszyć, ale by oczyścić przestrzeń, w której może wybrzmieć to, co najważniejsze.

W tradycji Kościoła dzień ten ma wyjątkową rangę: choć nie jest świętem nakazanym, przyciąga do świątyń ogromną liczbę wiernych. W wielu parafiach odprawia się dodatkowe Msze, a obrzęd posypania głów popiołem jest dostępny także poza Eucharystią. Wspólnotowy charakter tego dnia jest bardzo silny — nawet osoby, które rzadko uczestniczą w liturgii, często przychodzą właśnie po popiół, traktując ten gest jako symboliczny początek duchowej drogi.

Środa Popielcowa ma również wymiar praktyczny: rozpoczyna okres czterdziestu dni przygotowania do Wielkanocy, nawiązujący do biblijnych czterdziestek — postu Jezusa na pustyni, wędrówki Izraelitów czy czasu potopu. W Kościele katolickim obowiązuje dziś post ścisły, czyli ograniczenie liczby posiłków i wstrzemięźliwość od mięsa. To nie tyle nakaz, ile zaproszenie do prostoty i świadomego przeżywania codzienności.

Tradycja tego dnia jest głęboko zakorzeniona w kulturze. W wielu regionach Europy symbolicznie zamykała czas karnawału – kończyły się zabawy, a zaczynał okres skupienia. W Polsce znano zwyczaj posypywania głów popiołem także poza kościołem, jako znak zgody, pojednania czy pokory wobec losu. Dawniej wierzono nawet, że popiół ma właściwości oczyszczające i ochronne — przechowywano go w domach lub rozsypywano na polach, prosząc o urodzaj. Te dawne praktyki pokazują, jak głęboko zakorzeniony jest symbol popiołu w naszej kulturze.

Środa Popielcowa nie jest więc jedynie początkiem kolejnego okresu w roku kościelnym. To zaproszenie do zatrzymania się w świecie, który pędzi coraz szybciej. Do spojrzenia w głąb siebie, do uporządkowania spraw, które odkładamy na później. Do tego, by w ciszy odnaleźć sens, który łatwo gubi się w codziennym zgiełku.

Wielki Post, który dziś się rozpoczyna, nie jest czasem smutku, lecz nadziei. Popiół na czole przypomina o przemijaniu, ale także o tym, że z prochu może narodzić się coś nowego. To właśnie ta obietnica sprawia, że Środa Popielcowa od wieków pozostaje jednym z najbardziej poruszających dni w chrześcijańskiej tradycji.

Znadniemna.pl na podstawie Bimkal.pl, fot.: Korsokolbuszowskie.pl

Dzisiaj, 18 lutego, jest Środa Popielcowa – dzień, który otwiera Wielki Post i przypomina o kruchości ludzkiego życia, ale także o nadziei na przemianę. To moment zatrzymania, refleksji i powrotu do tego, co naprawdę ważne. Choć Środa Popielcowa co roku wyznacza początek Wielkiego Postu, jej znaczenie

17 i 18 lutego przypada rocznica męczeństwa bł. ks. Jerzego Kaszyry MIC i bł. ks. Antoniego Leszczewicza MIC — dwóch marianów z Rosicy, którzy w lutym 1943 roku poszli ze swoimi parafianami w ogień, pozostając przy nich aż do ostatniego tchnienia.

 Podróż do Rosicy, niewielkiej miejscowości zagubionej wśród białoruskich pól i lasów, prowadzi dziś przez pozornie spokojny krajobraz. Jednak cisza tej ziemi skrywa dramat, który na zawsze wpisał się w historię Kresów. W czasie niemieckiej pacyfikacji wsi, Rosica spłonęła wraz z jej mieszkańcami i dwoma kapłanami, którzy nie opuścili powierzonych sobie ludzi. Ich niezłomna postawa stała się zasiewem krwi, z którego po latach odrodził się Kościół na Białorusi.

Druja – miejsce odrodzenia marianów i początek drogi ks. Jerzego

To w Drui, w przedwojennym województwie wileńskim, odrodziło się zgromadzenie marianów. Powstało tam gimnazjum, w którym uboga białoruska młodzież mogła zdobywać wykształcenie w duchu wiary i narodowej tożsamości. Właśnie tam trafił młody Jerzy Kaszyra, urodzony 4 kwietnia 1904 roku w Aleksandrowie na Dziśnieńszczyźnie.

W 1922 roku wstąpił do seminarium marianów w Drui, a śluby zakonne złożył w 1926 roku. Jako wybitnie zdolny alumn został wysłany na studia filozoficzne do Angelicum w Rzymie, a następnie na teologię do Wilna. Święcenia kapłańskie przyjął dopiero po ukończeniu studiów – 20 czerwca 1935 roku.

Pierwsze lata posługi spędził na Litwie, m.in. jako przełożony domu zakonnego w Wilnie i wychowawca młodzieży w Drui. W 1938 roku został skierowany do Raśnej na Polesiu, gdzie pełnił funkcję przełożonego klasztoru. Po wkroczeniu Sowietów 17 września 1939 roku zakonne dobra skonfiskowano, a ks. Jerzy musiał przenieść się do Kalwarii Żmudzkiej. W lipcu 1942 roku wraz z ks. Antonim Leszczewiczem został wysłany na misję do Rosicy.

Ks. Antoni Leszczewicz – misjonarz z Syberii i Mandżurii

Antoni Leszczewicz urodził się w 1890 roku w Abramowszczyźnie na Wileńszczyźnie. Po ukończeniu seminarium w Petersburgu w 1914 roku wyjechał na misje na Daleki Wschód. Pracował jako wikariusz w Irkucku, prefekt szkół w Czycie oraz misjonarz w Mandżurii.

W 1937 roku podjął decyzję o wstąpieniu do marianów – podanie złożył osobiście w Rzymie. W 1939 roku został ekonomem domu zakonnego w Drui. W lipcu 1942 roku wraz z ks. Kaszyrą został skierowany na misję do Rosicy, gdzie objął funkcję przełożonego.

Rosica – parafia na pograniczu i centrum misji

Przed I wojną światową parafia Rosica liczyła ok. 8 tys. wiernych, a jej teren rozciągał się na obie strony granicy polsko‑łotewskiej. Po traktacie ryskim znalazła się w ZSRR i przestała istnieć. Dopiero po wkroczeniu Niemców w 1941 roku możliwe stało się odrodzenie duszpasterstwa.

To polscy mieszkańcy okolic Dźwiny poprosili o przysłanie kapłanów. Ks. Leszczewicz wybrał Rosicę na centrum misji, ponieważ znajdował się tam jedyny czynny kościół. Wraz z ks. Kaszyrą i siostrami eucharystkami rozpoczęli intensywną pracę duszpasterską, zakładając punkty misyjne w okolicznych wsiach.

Luty 1943 – pacyfikacja i droga krzyżowa Rosicy

Na początku 1943 roku pojawiły się pierwsze ostrzeżenia o planowanych niemieckich akcjach odwetowych. Kapłani mogli uciec, ale zdecydowali, że pozostaną z parafianami.

16 lutego rozpoczęła się pacyfikacja. Niemcy i kolaborujące z nimi oddziały łotewskie palili wsie, a mieszkańców spędzali do kościoła w Rosicy, gdzie przez kilka dni przetrzymywano ich bez jedzenia. Księża spowiadali, chrzcili, udzielali ostatniego namaszczenia. Na prośbę ks. Leszczewicza wypuszczono siostry eucharystki, aby mogły przeżyć.

Antoni Leszczewicz MIC i Jerzy Kaszyra MIC. Fot.: wikipedia.org

Męczeństwo ks. Antoniego – 17 lutego

Tego dnia kilkuset mieszkańców Rosicy i okolic zapędzono do dużej drewnianej stajni. Gdy budynek był pełen, zamknięto go, oblano benzyną i wrzucono do środka granaty. Eksplozje zabiły wielu ludzi, a stajnia stanęła w płomieniach.

Ci, którzy próbowali uciekać przez wyrwane deski, ginęli od kul. Ocaleli jedynie nieliczni. To oni pochowali później 380 ofiar, wśród nich ks. Antoniego Leszczewicza.

Męczeństwo ks. Jerzego – 18 lutego

Całą noc po śmierci współbrata ks. Jerzy spędził na modlitwie, leżąc krzyżem w kościele. Następnego dnia zabrano go wraz z grupą około 30 osób do drewnianego domu rodziny Hadziuków. Budynek zamknięto, oblano benzyną i podpalono.

Ks. Jerzy poszedł na śmierć dobrowolnie – nie chciał opuścić swoich parafian.

Pamięć, która trwa

13 czerwca 1999 r. papież Jan Paweł II beatyfikował 108 męczenników II wojny światowej, wśród nich obu marianów z Rosicy.

Po upadku ZSRR parafia w Rosicy odrodziła się. Dziś liczy około 30 osób, a jej znaczenie duchowe jest ogromne. Co roku w lutym i sierpniu odbywają się tu uroczystości ku czci męczenników, a do Rosicy pielgrzymują wierni z Połocka, Drui i okolic.

Jak podkreśla jeden ze świadków odradzania się kultu rosickich męczenników, posługujący w latach 90. na Białorusi ks. Robert Krzywicki MIC:

„Męczeństwo marianów ma ogromne znaczenie dla Białorusinów, narodu, który wiele wycierpiał. Dzięki nim zgromadzenie pozostało na Białorusi, a ich heroiczna postawa odmieniła życie setek ludzi.”

Opr. Emilia Kuklewska/Znadniemna.pl

17 i 18 lutego przypada rocznica męczeństwa bł. ks. Jerzego Kaszyry MIC i bł. ks. Antoniego Leszczewicza MIC — dwóch marianów z Rosicy, którzy w lutym 1943 roku poszli ze swoimi parafianami w ogień, pozostając przy nich aż do ostatniego tchnienia.  Podróż do Rosicy, niewielkiej

Władze Grodna w roku 25‑lecia odrodzenia w grodzie nad Niemnem tradycyjnego jarmarku ku czci św. Kazimierza organizują Kaziuki w sposób, który nie ma nic wspólnego ze świętym Kazimierzem. Nie są nawet odpowiednikiem prawosławnych ostatków, zwanych Maslenicą. Zamiast tradycji i pamięci na mieszkańców czekają gastronomiczne podwórka, palenie kukły i prezentacja pluszowego byczka „Kazika”.

Od kilku lat trwa w Grodnie proces konsekwentnego wypłukiwania Kaziuków z ich sensu, historii i religijnego charakteru. Święto św. Kazimierza, patrona rzemieślników i narodów dawnego Wielkiego Księstwa Litewskiego, zostało sprowadzone do roli dekoracji w festynie, który nie pasuje ani do kalendarza liturgicznego (zarówno katolickiego, jak i prawosławnego), ani do tradycji regionu. Tegoroczne święto zaplanowano na 28 lutego — datę, która nie ma żadnego związku ani z dniem św. Kazimierza (4 marca), ani z kończącą się 22 lutego Maslenicą (adaptowane przez prawosławie i trwające przez tydzień pogańskie święto, symbolizujące pożegnanie zimy oraz powitanie wiosny – red.). Mimo to w programie wydarzenia, nazwanego „Grodnienskim Razgulajem”, dominują masleniczne zabawy, parady, wspinanie się na słup i palenie kukły, jakby przypadające cztery dni później święto św. Kazimierza nigdy nie istniało.

Władze próbują przykryć brak treści nadmiarem atrakcji. Na placu Sowieckim mają działać tematyczne podwórka kulinarne, gdzie każdy dzień tygodnia poświęcony będzie innemu produktowi: wypiekom, herbacie, nabiałowi, mięsu czy blinom. Zapowiadane są także degustacje kapusty, kwasów i domowych przetworów. Innymi słowy — gastronomia ma zastąpić tradycję, a festyn ma udawać święto, choć nie ma z nim nic wspólnego.

Również sam jarmark „Kaziuki”, włączony w program „Grodnienskiego Razgulaja”, otrzymał „nowy format”. Rzemieślników zgromadzi się na ulicy Sowieckiej, gdzie zapowiedziano m.in.: obrzęd „przyjęcia do grona rzemieślników”, koncerty folklorystyczne i wystawę‑kiermasz. Najbardziej symboliczne jest jednak to, że władze zamierzają zaprezentować nowy talizman Kaziuków — byczka „Kazika”. W ramach święta na cześć świętego, który zmarł właśnie w Grodnie, zamiast jego wizerunku pojawi się pluszowe cielę. Dla wielu wiernych katolickich i mieszkańców miasta może to wyglądać jak karykatura, a nawet profanacja: święty Kazimierz zostanie zastąpiony maskotką, która ma udawać tradycję i odwracać uwagę od jej prawdziwych korzeni.

Pojawienie się byczka „Kazika” może zostać odebrane nie tylko jako gest nietrafiony, ale wręcz obraźliwy. Kaziuki są świętem religijnym, zakorzenionym w kulcie świętego, a nie w folklorystycznej zabawie. Zastąpienie patrona rzemieślników pluszowym talizmanem wygląda jak próba ośmieszenia i zbanalizowania święta. W połączeniu z pogańskimi elementami Maslenicy tworzy to obraz wydarzenia, które nie ma ani korzeni, ani sensu, ani szacunku dla lokalnej tradycji.

Dzisiejsze „Kaziuki” w Grodnie są więc festynem pozbawionym treści i pamięci. Zamiast św. Kazimierza — byczek „Kazik”. Zamiast rzemieślników — folklorystyczna dekoracja. Zamiast historii — wygodna, pusta forma. Władze świętują coś, co z prawdziwymi Kaziukami łączy już tylko nazwa, a cała reszta została zastąpiona festynową imitacją, która ociera się o świętokradztwo.

Znadniemna.pl na podstawie Katolik.life i Hrodna.life, Na zdjęciu: już w 2023 roku Kaziuki w Grodnie miały mało wspólnego ze świętem ku czci świętego Kazimierza, fot.: sb.by

Władze Grodna w roku 25‑lecia odrodzenia w grodzie nad Niemnem tradycyjnego jarmarku ku czci św. Kazimierza organizują Kaziuki w sposób, który nie ma nic wspólnego ze świętym Kazimierzem. Nie są nawet odpowiednikiem prawosławnych ostatków, zwanych Maslenicą. Zamiast tradycji i pamięci na mieszkańców czekają gastronomiczne podwórka,

Czesław Niemen, jeden z najważniejszych polskich artystów XX wieku, urodził się 16 lutego 1939 roku w Starych Wasiliszkach na dzisiejszej Białorusi. Jego niezwykła biografia, głęboko zakorzeniona w kulturze pogranicza, do dziś fascynuje zarówno fanów, jak i badaczy jego twórczości. Z okazji 87. rocznicy urodzin przypominamy najciekawsze, często zaskakujące epizody z życia muzyka, który nigdy nie zapomniał o swojej małej ojczyźnie.

Młody Czesław Wydrzycki w rodzinnym domu w Starych Wasiliszkach

Na akordeonie gra Czesław Wydrzycki

Czesław Niemen – wówczas jeszcze Wydrzycki – spędził pierwsze 19 lat życia na Grodzieńszczyźnie. Pochodził z rodziny polskiej o tradycjach patriotycznych i muzycznych. Jego ojciec – Antoni Wydrzycki – był organistą w miejscowym kościele. To właśnie od niego Czesław przejął pierwsze muzyczne inspiracje i zainteresowanie śpiewem. Matka – Anna z domu Markiewicz – zajmowała się domem i wychowaniem dzieci.

Kościół Św. Apostołów Piotra i Pawła w Starych Wasiliszkach

Czesiek Wydrzycki uczył się w grodzieńskim kolegium muzyczno-pedagogicznym, skąd jednak szybko go relegowano – oficjalnie za „nieprzydatność zawodową”, choć w rzeczywistości powodem była jego niepokorna natura. W 1958 roku, podczas ostatniej fali repatriacji, wyjechał do Polski. Wtedy też przyjął pseudonim „Niemen”, oddając hołd rzece, nad którą dorastał.

Włodzimierz Pantelejew, autor tablicy Czesława Niemena i  wdowa Małgorzata Niemen-Wydrzycka podczas odsłonięcia tablicy, upamiętniającą jedną z największych legend polskiej i światowej muzyki estradowej, uczącego się przez rok w latach 1954-1955 w Szkole Muzyczno-Pedagogicznej Grodna z okazji 80. rocznicy urodzin

Pierwsza miłość i piosenka, która podbiła świat

Jedną z pierwszych i najważniejszych piosenek w jego karierze była „Czy mnie jeszcze pamiętasz?”. Według sąsiadów ze Starych Wasiliszek utwór był hołdem dla pierwszej miłości artysty – Marii Klauzunik. Czesław znał ją od dzieciństwa, a ich losy splatały się jeszcze po repatriacji. W Polsce pobrali się, zamieszkali razem w Gdańsku, a na świat przyszła ich córka Maria. Piosenka, napisana z młodzieńczą czułością, poruszyła także Marlenę Dietrich, która – jak wspominano – po wysłuchaniu jej w Warszawie poprosiła: „Zagrajcie to jeszcze raz. Chcę to mieć w swoim repertuarze.” I rzeczywiście – włączyła ją do swoich koncertów i nagrań.

Marlena Dietrich i Niebiesko Czarni, Czesław Niemen stoi po prawej, w Sali Kongresowej, 20 stycznia 1964 r.

Powroty do rodzinnej wsi

Czesław Niemen ze swoimi sąsiadami ze Starych Wasiliszek podczas przyjazdu taksówką z Moskwy

Czesław Niemen siedzi na dużym głazie, na którym przesiadywał w młodości. Zdjęcie to stało się symbolem jego wzruszającego powrotu do rodzinnych Starych Wasiliszek w latach 70., gdy mimo światowej sławy nie zapomniał o miejscu swojego dzieciństwa

Choć zrobił karierę w Polsce, nigdy nie odciął się od swoich korzeni. Jako gwiazda estrady PRL wracał do rodzinnej wsi, a podczas jednego z koncertów w Wilnie zaprosił na widownię… całą społeczność Starych Wasiliszek. Sąsiedzi artysty przyjechali autokarem i zajęli miejsca w pierwszych rzędach. Wspominali później:

„Ludzie na jego koncertach stali. Wyszliśmy, a Czesław mówi: „Szybko wsiadajcie do auta, biegnijcie, bo mnie nie przepuszczą!” Młodzież za nim psociła. Ale on nigdy nie wstydził się mówić, że pochodzi ze Starych Wasiliszek”

— wspominają tamten koncert sąsiedzi artysty ze Starych Wasiliszek.

W 1979 roku, podczas trasy koncertowej po ZSRR, Niemen wynajął taksówkę w Moskwie i przejechał ponad tysiąc kilometrów tylko po to, by spędzić kilka godzin w rodzinnej wiosce. Z tej wizyty pochodzi słynne zdjęcie artysty siedzącego na ulubionym głazie z dzieciństwa.

Spotkanie z „Pieśniarami” i „Brodiaga”

Czesław Niemen i białoruski zespół „Pieśniary” podczas spotkania w Sopocie w 1974 r.

Niemen imponował również białoruskim muzykom – legendarny zespół „Pieśniary” wspominał, że spotkanie z nim podczas festiwalu w Sopocie w 1971 roku było dla nich ogromnym przeżyciem. Artyści opowiadali, że Niemen mówił z czułością o swoim dzieciństwie na Białorusi i o tym, jak muzyka od zawsze była jego naturalnym językiem. Co ważne, już wtedy znał twórczość „Pieśniarów”, choć ich sukcesy dopiero się zaczynały.

Po tym spotkaniu lider zespołu, Władimir Muliawin, przygotował aranżację utworu „Brodiaga” („Włóczęga”) inspirowaną stylem Niemena. A podczas jednego z późniejszych festiwali białoruscy muzycy wykonali dla Niemena muzyczny prezent – piosenkę „Sprzedaj mnie wiatrowi” z jego „czerwonego” albumu.

Mistyczne koncerty na Białorusi

Czesław Niemen w Pińsku

Koncerty Niemena na Białorusi miały niemal mistyczny charakter. W Mińsku publiczność porównywała jego występ do medytacji. A z koncertu w Pińsku w 1976 roku widzowie wychodzili oszołomieni. Kompozytor Oleg Wenger wspominał:

„Ludzie wychodzili z kwadratowymi oczami! Wszyscy czekali na jego wczesne piosenki, a on śpiewał niewiele i pokazał swoje niestandardowe myślenie.”

Niemen łączył improwizację, elektronikę i tradycyjne brzmienia, tworząc muzykę, która wyprzedzała czas.

Muzeum w Starych Wasiliszkach

 

Do dziś w Starych Wasiliszkach działa jedyne na świecie muzeum poświęcone artyście – Staro Wasiliszkowskie muzeum‑klub. Dzięki pracy pasjonatów udało się w nim odtworzyć atmosferę dawnej wsi i przechowywać pamięć o jednym z najwybitniejszych twórców polskiej muzyki XX wieku.

Kresowa wrażliwość

Niemen wielokrotnie podkreślał, że jego wrażliwość muzyczna ukształtowała się na Kresach – w miejscu, gdzie przenikały się tradycje katolickie i prawosławne, a ludzie mówili „tutejszym” językiem. To właśnie tam, jak mówił, usłyszał melodie, które na zawsze zapisały się w jego sercu. Choć po przyjeździe do Polski niektórzy zwracali uwagę na jego kresową wymowę, on sam traktował swoje pochodzenie jako ważną część własnej tożsamości.

Czesław Niemen zmarł 17 stycznia 2004 roku, ale jego twórczość i pamięć o nim wciąż żyją – zarówno w Polsce, jak i na Białorusi, gdzie Stare Wasiliszki pozostają miejscem pielgrzymek fanów i symbolem kresowej tożsamości artysty, który z małej wsi trafił na największe sceny świata.

Opr. Walery Kowalewski / Znadniemna.pl/Fot.: Aleksander Dmitrijew/kp.ru/facebook.com

 

 

 

Czesław Niemen, jeden z najważniejszych polskich artystów XX wieku, urodził się 16 lutego 1939 roku w Starych Wasiliszkach na dzisiejszej Białorusi. Jego niezwykła biografia, głęboko zakorzeniona w kulturze pogranicza, do dziś fascynuje zarówno fanów, jak i badaczy jego twórczości. Z okazji 87. rocznicy urodzin przypominamy

Maria Żodzik z KS Podlasie Białystok została wybrana Sportowcem Roku 2025 w dorocznym rankingu Podlaskiej Rady Olimpijskiej. To wyróżnienie podsumowuje jej fenomenalny sezon, w którym sięgnęła po wicemistrzostwo świata w skoku wzwyż i ustanowiła rekord życiowy wynikiem 2.00 m.

Podlaska Rada Olimpijska ogłosiła wyniki rankingu po roku pełnym emocji, sportowych zwrotów akcji i walki o najwyższe cele. Wśród laureatów znalazła się czołówka podlaskiego sportu, ale to właśnie Żodzik okazała się bezkonkurencyjna. Jej medal zdobyty w Tokio – jedyny dla Polski na ubiegłorocznych mistrzostwach świata – oraz świetny występ podczas Drużynowych Mistrzostw Europy przesądziły o zwycięstwie w zestawieniu.

Droga Marii Żodzik do tego sukcesu była jednak znacznie dłuższa i bardziej złożona. Urodzona w 1997 roku w Baranowiczach na Białorusi, do Polski trafiła dopiero w 2022 roku, po tym jak podpisała list otwarty białoruskich sportowców potępiający fałszowanie wyników wyborów prezydenckich w 2020 roku i brutalność służb wobec protestujących. Publicznie sprzeciwiła się również rosyjskiej agresji na Ukrainę i współudziałowi Białorusi w tej wojnie. W obliczu represji oraz wykluczenia białoruskich sportowców z międzynarodowych zawodów zdecydowała się na emigrację. „Albo jadę do Polski i dołączam do kadry, albo kończę karierę sportową” – wspominała w rozmowie z TVP Sport.

W Białymstoku zaczynała od zera: z barierą językową, bez stabilnych środków do życia, z poczuciem samotności. Pracowała w McDonaldzie, próbując łączyć treningi z zarabianiem na utrzymanie. „Stoję przy frytkach i mówię sobie: ‘Co ja tu robię? Przecież chcę skakać wzwyż’” – opowiadała. Najtrudniejszy był jednak brak bliskich. Rodzina odwiedza ją raz w roku, a mama i brat nie mogą wyjechać z Białorusi, bo opiekują się babcią.

Mimo tych przeszkód Żodzik konsekwentnie budowała formę pod okiem trenera Pawła Wyszyńskiego. Sezon 2025 nazwała „supertrudnym” – tuż przed mistrzostwami świata zmagała się z kontuzją, a dzień przed wyjazdem doznała kolejnego mikrourazu. W Tokio, w deszczu i ogromnym napięciu, pokonała poprzeczkę na wysokości 2 metrów, zdobywając medal, który odmienił jej karierę.

W 2024 roku otrzymała polskie obywatelstwo z rąk prezydenta Andrzeja Dudy. „25 lat czułam się stuprocentową Białorusinką. Teraz uważam, że to pół na pół. Już jestem tutaj swoja” – mówi.

W tegorocznym rankingu Podlaskiej Rady Olimpijskiej za Żodzik uplasowali się:

  1. Maria Żodzik (KS Podlasie Białystok) – lekkoatletyka
  2. Natalia Maliszewska (Juvenia Białystok) – short track
  3. Natalia Bukowiecka (KS Podlasie Białystok) – lekkoatletyka (4. miejsce MŚ na 400 m)
  4. Michał Niewiński (Juvenia Białystok) – short track
  5. Sylwia Szczerbińska (SKS Cresovia Białystok) – kajakarstwo

Choć Maria Żodzik cieszy się z wyróżnienia i medalu, nie zamierza zwalniać tempa. „To już historia. Teraz chcę dalej trenować i jeździć na zawody” – podkreśla. Jej historia – pełna odwagi, konsekwencji i walki o prawo do uprawiania sportu – stała się jedną z najbardziej inspirujących opowieści podlaskiego i polskiego sportu ostatnich lat.

Znadniemna.pl na podstawie facebook.com/propkol, Maria Żodzik ze statuetką Sportowca Roku 2025 Podlaskiej Rady Olimpijskiej, fot.: facebook.com

Maria Żodzik z KS Podlasie Białystok została wybrana Sportowcem Roku 2025 w dorocznym rankingu Podlaskiej Rady Olimpijskiej. To wyróżnienie podsumowuje jej fenomenalny sezon, w którym sięgnęła po wicemistrzostwo świata w skoku wzwyż i ustanowiła rekord życiowy wynikiem 2.00 m. Podlaska Rada Olimpijska ogłosiła wyniki rankingu po

Ks. Paweł Matulewicz urodzony w Lidzie 14 lutego 1908 roku, przez ponad pół wieku związany z Sopotem, pozostawił po sobie tysiące ochrzczonych dzieci, setki pobłogosławionych małżeństw i pamięć duszpasterza, który potrafił łączyć kresowe korzenie z powojenną rzeczywistością Wybrzeża.

W rocznicę urodzin Pawła Matulewicza warto przypomnieć postać kapłana, którego życie stało się symbolicznym pomostem między dawnymi Kresami a powojenną Polską. Urodzony w Lidzie, w województwie nowogródzkim, dorastał w świecie II Rzeczypospolitej – w rzeczywistości wielokulturowej, ale mocno zakorzenionej w tradycji i wierze.

Wileńskie początki

Po zdaniu matury w 1926 roku wstąpił do Wyższego Seminarium Duchownego w Wilnie. Studia teologiczne ukończył na Wydziale Teologicznym Uniwersytet Stefana Batorego w Wilnie, uzyskując tytuł magistra teologii. Święcenia kapłańskie przyjął 12 czerwca 1932 roku z rąk metropolity wileńskiego Romualda Jałbrzykowskiego.

Pierwsze lata posługi spędził jako wikariusz i prefekt w parafiach w Zelwie i Dąbrowie koło Grodna, a następnie w Wilnie przy kościele św. Rafała. W marcu 1945 roku został mianowany proboszczem parafii Najświętszego Serca Jezusowego w Podbrzeziu pod Wilnem. Niebawem jednak przyszło mu opuścić rodzinne strony – historia przesunęła granice, a Kresy znalazły się poza Polską.

Repatriant i budowniczy wspólnoty

1 października 1945 roku ks. Matulewicz przybył do Diecezji Gdańskiej jako repatriant. Zamieszkał w Sopocie – mieście, które stało się jego domem na kolejne dekady. Już w 1947 roku został administratorem parafii św. Jerzego, a w 1986 roku – decyzją biskupa Tadeusza Gocłowskiego – jej proboszczem.

Równolegle pracował jako prefekt w sopockich szkołach. W trudnych realiach powojennych i w okresie PRL był nie tylko nauczycielem religii, lecz także wychowawcą i autorytetem moralnym dla młodzieży.

Kapłan pokoleń

Procesja Bożego Ciała ulicami Sopotu, 8 czerwca 1950 roku

W 1978 roku został kanonikiem honorowym Kapituły Katedralnej Gdańskiej. Na emeryturę przeszedł w 1991 roku, pozostając jednak rezydentem i duchowym ojcem parafii.

Liczby mówią same za siebie: w parafii św. Jerzego ochrzcił 3676 dzieci i pobłogosławił 1359 par małżeńskich. Obchodził jubileusze 60-, 65- i 70-lecia kapłaństwa. Podczas uroczystości modlili się z nim m.in. abp Wojciech Ziemba oraz kard. Henryk Gulbinowicz.

Zmarł 29 maja 2004 roku w Gdyni, w wigilię Uroczystości Zesłania Ducha Świętego. Spoczął na cmentarzu komunalnym w Sopocie przy kościele Najświętszego Serca Pana Jezusa – pośród wspólnoty, której służył przez niemal pół wieku.

Grób ks. Pawła Matulewicza na cmentarzu komunalnym w Sopocie

Ślad, który pozostał

W 2017 roku w kościele św. Jerzego w Sopocie odsłonięto tablicę upamiętniającą ks. kanonika Pawła Matulewicza. To symbol pamięci o człowieku, który w burzliwym XX wieku potrafił zachować wierność powołaniu i ludziom.

Rocznica jego urodzin to nie tylko wspomnienie daty. To przypomnienie pokolenia duchownych, którzy po wojnie budowali Kościół i wspólnotę na nowo – z kresowym doświadczeniem, z wiarą w przyszłość i z cichą, codzienną służbą.

Opr. Waleria Brażuk/Znadniemna.pl/Fot.:jerzy.sopot.pl

Ks. Paweł Matulewicz urodzony w Lidzie 14 lutego 1908 roku, przez ponad pół wieku związany z Sopotem, pozostawił po sobie tysiące ochrzczonych dzieci, setki pobłogosławionych małżeństw i pamięć duszpasterza, który potrafił łączyć kresowe korzenie z powojenną rzeczywistością Wybrzeża. W rocznicę urodzin Pawła Matulewicza warto przypomnieć postać

Walentynki to dzień czułości, wdzięczności i bliskości. Choć współczesna oprawa święta bywa pełna czerwonych serc i romantycznych gestów, jego korzenie sięgają historii znacznie głębszych – opowieści o św. Walentym, który stał się symbolem miłości wiernej, dojrzałej i gotowej na poświęcenie.

Walentynki nie narodziły się w świecie komercyjnych kartek i pluszowych serc. Ich patron – św. Walenty z Terni – był biskupem żyjącym w czasach, gdy chrześcijaństwo dopiero torowało sobie drogę w Cesarstwie Rzymskim. Z jego życiem zaczęły splatać się opowieści o dobroci, mądrości i niezwykłej wrażliwości na los zakochanych. To właśnie te historie sprawiły, że stał się patronem miłości – tej prawdziwej, wymagającej i pięknej.

Jedna z najbardziej znanych legend opowiada o Serapii, młodej chrześcijance z Terni, i rzymskim centurionie Sabinusie. Sabinus zakochał się w niej od pierwszego wejrzenia, lecz jej rodzina nie chciała zgodzić się na ślub z poganinem. Serapia poprosiła go więc, by udał się do biskupa Walentego, przyjął naukę i chrzest. Gdy wydawało się, że nic nie stoi już na przeszkodzie ich szczęściu, okazało się, że Serapia jest śmiertelnie chora. Sabinus nie chciał jej opuszczać. Wezwał Walentego do jej łoża i błagał, by nie pozwolił im się rozdzielić. Według przekazu święty modlił się długo i gorliwie, aż „błogi sen zjednoczył na wieczność dwa serca”. Ta historia stała się symbolem miłości silniejszej niż śmierć.

Inna opowieść ukazuje Walentego jako człowieka, który potrafił dostrzec kruchość uczuć i pomagać zakochanym w chwilach zwątpienia. Pewnego dnia usłyszał kłótnię młodej pary przechodzącej obok jego ogrodu. Wyszedł do nich z różą – prostym, ale wymownym gestem. Poprosił, by oboje chwycili łodygę ostrożnie, razem, tak aby nie skaleczyć się kolcami. Ten obraz stał się metaforą miłości, która wymaga delikatności, współpracy i wzajemnego zrozumienia.

W tle tych historii zmieniała się rzeczywistość. Po edykcie mediolańskim z 313 roku chrześcijaństwo przestało być prześladowane, ale wciąż żywe były pogańskie obyczaje, w tym obchodzone 15 lutego Luperkalia – święto pełne obrzędów sprzecznych z chrześcijańską wizją miłości. To właśnie w kontrze do nich zaczęto celebrować pamięć o Walentym, który uosabiał miłość czystą, wierną i odpowiedzialną.

Dziś Walentynki są okazją, by przypomnieć sobie, że miłość nie zawsze jest łatwa. Bywa pełna kolców, jak róża z legendy, ale to właśnie dzięki niej uczymy się cierpliwości, troski i wzajemnego wsparcia. To święto nie tylko zakochanych, lecz wszystkich, którzy wierzą, że bliskość drugiego człowieka nadaje życiu sens.

14 lutego warto więc zatrzymać się na chwilę. Zadzwonić do kogoś, kto jest nam bliski. Powiedzieć dobre słowo. Uśmiechnąć się. Bo choć świat zmienia się nieustannie, jedno pozostaje niezmienne: miłość wciąż jest najpiękniejszą siłą, jaką mamy.

Znadniemna.pl na podstawie Vaticannews.va, ilustracja: screenshot z  filmu na YouTubie o  legendzie, opowiadającej jak św. Walenty przy pomocy róży uratował uczucia młodej pary, źródło: YouTube.com

Walentynki to dzień czułości, wdzięczności i bliskości. Choć współczesna oprawa święta bywa pełna czerwonych serc i romantycznych gestów, jego korzenie sięgają historii znacznie głębszych – opowieści o św. Walentym, który stał się symbolem miłości wiernej, dojrzałej i gotowej na poświęcenie. Walentynki nie narodziły się w świecie

14 lutego 1919 roku rejonie Mostów pod Grodnem polskie oddziały starły się z Armią Czerwoną. Zwycięska potyczka jest powszechnie uznawana za początek wojny polsko-bolszewickiej. Czy jednak pierwsze strzały padły właśnie tam? W rocznicę wydarzeń wracamy do zimy 1919 roku – czasu, gdy ważyły się losy młodego państwa polskiego.

Pomnik ku czci poległych w 1920 r. strzelców 81 pp w Mostach. Fot.: NAC 1-U-4149

Koniec I wojny światowej nie przyniósł Europie Wschodniej upragnionego spokoju. Wycofujące się wojska niemieckie pozostawiły po sobie polityczną próżnię na terenach dawnego Imperium Rosyjskiego. Wykorzystała ją bolszewcka Rosja. Armia Czerwona rozpoczęła marsz na zachód, realizując plan znany jako „Cel Wisła” – którego ostatecznym zamiarem było nie tylko pokonanie Polski, lecz także przeniesienie rewolucji komunistycznej do Niemiec i dalej w głąb Europy.

Już 11 grudnia 1918 roku bolszewicy zajęli Mińsk, a na przełomie roku wkroczyli na Ukrainę i Litwę. Odrodzona po 123 latach zaborów Polska musiała niemal natychmiast stanąć do walki o swoje wschodnie granice.

Pod koniec grudnia 1918 roku z Wilna ewakuowały się wojska niemieckie. 1 stycznia 1919 roku miasto opanowały oddziały Samoobrony Krajowej Litwy i Białorusi pod dowództwem gen. Władysława Wejtki. Już 3 stycznia Armia Czerwona przypuściła atak. Po krótkich walkach 5 stycznia Polacy zostali wyparci z miasta.

Część historyków wskazuje właśnie te wydarzenia jako faktyczny początek wojny polsko-bolszewickiej – argumentując, że od 29 grudnia 1918 roku oddziały Samoobrony były formalnie częścią Wojska Polskiego.

W połowie lutego polskie dowództwo podjęło kontrofensywę przeciwko bolszewickiej Armii Czerwonej. Działania prowadziły dwie grupy: Grupa Podlaska gen. Antoniego Listowskiego na południu i oddziały Dywizji Litewsko-Białoruskiej gen. Wacława Iwaszkiewicza-Rudoszańskiego na północy.

14 lutego 1919 roku w rejonie Mostów pod Grodnem doszło do starcia z bolszewickimi oddziałami. Polskie jednostki odniosły zwycięstwo – było to pierwsze bezpośrednie starcie regularnych oddziałów Wojska Polskiego z nacierającymi siłami bolszewików.

Tego samego dnia żołnierze pod dowództwem kpt. Piotra Mienickiego przeprowadzili wypad na Berezę Kartuską, wypierając zaskoczoną kompanię Armii Czerwonej. W kolejnych tygodniach gen. Iwaszkiewicz-Rudoszański odrzucił przeciwnika za Szczuczyn, co doprowadziło do stabilizacji frontu.

Walki pod Mostami dały Polsce bezcenny czas. Umożliwiły reorganizację i rozbudowę dywizji, co w kwietniu 1919 roku pozwoliło przeprowadzić ofensywę zakończoną wyzwoleniem Wilna.

Choć historycy wciąż dyskutują, czy wojna rozpoczęła się w Wilnie na początku stycznia, czy pod Mostami 14 lutego, jedno nie ulega wątpliwości: zima 1919 roku była momentem przełomowym. To wtedy młode państwo polskie po raz pierwszy stanęło do regularnej walki z bolszewicką Rosją – w obronie swojej niepodległości i kształtu przyszłych granic.

Rocznica bitwy pod Mostami przypomina, że droga do utrzymania wolności była trudna i naznaczona niepewnością. Była jednak także dowodem determinacji i odwagi żołnierzy, którzy w pierwszych miesiącach istnienia II Rzeczypospolitej musieli walczyć o jej przetrwanie.

Opr. Walery Kowalewski/Znadniemna.pl

14 lutego 1919 roku rejonie Mostów pod Grodnem polskie oddziały starły się z Armią Czerwoną. Zwycięska potyczka jest powszechnie uznawana za początek wojny polsko-bolszewickiej. Czy jednak pierwsze strzały padły właśnie tam? W rocznicę wydarzeń wracamy do zimy 1919 roku – czasu, gdy ważyły się losy

Przejdź do treści