Gdy 15 września 1967 roku na ekrany wszedł czarno-biały, 78-minutowy film Sylwestra Chęcińskiego, nikt nie przypuszczał, że „Sami swoi” staną się jednym z najważniejszych świadectw kresowej pamięci. Pod komediową warstwą kryła się historia ludzi wyrwanych zza Buga, zmuszonych do budowania życia od nowa. Dziś, w 59. rocznicę premiery, film wciąż brzmi jak ciepłe, nostalgiczne echo utraconych stron rodzinnych.
„Sami swoi” to film, który – choć śmieszy – przede wszystkim wzrusza. W 1967 roku widzowie zobaczyli na ekranie Pawlaków i Kargulów – Kresowiaków przesiedlonych na Ziemie Odzyskane. Ich kłótnie, pojednania, upór i serdeczność były czymś więcej niż komediową maską. To była prawda o tysiącach rodzin, które musiały zostawić swoje domy, sady, cerkwie i kościoły, a potem próbować odnaleźć się w świecie, który nie pachniał już tak jak Wołyń, Polesie czy Wileńszczyzna.
Historia obu rodzin nie była wymysłem scenarzysty. Andrzej Mularczyk sięgnął po opowieści swojego stryja Jana – człowieka, który stał się pierwowzorem Kazimierza Pawlaka i częściowo Jaśka. Dzięki temu film ma w sobie autentyczność, której nie da się podrobić. To nie jest komedia „o Kresach”, lecz komedia „z Kresów”, wyrastająca z prawdziwych wspomnień, bólu i humoru, który pomagał przetrwać.
Wacław Kowalski, odtwórca roli Pawlaka, sam pochodził z Kresów. Wniósł do granej przez siebie postaci nie tylko charakterystyczny sposób mówienia, ale też powiedzonka i gesty zapamiętane z rodzinnych stron. To dlatego jego „Czyś ty oczadział?” weszło do języka codziennego – bo brzmiało jak zdanie zasłyszane na kresowym podwórku, a nie jak kwestia napisana w scenariuszu.
Choć film jest komedią, jego konstrukcja przypomina „Zemstę” Fredry. Filmoteka Narodowa zwraca uwagę na to nawiązanie: dwóch sąsiadów, niczym Cześnik i Rejent, prowadzi wieloletnią, absurdalną wojnę, choć los skazuje ich na wspólne życie. Ten literacki sznyt dodaje opowieści lekkości, ale nie odbiera jej głębi.
Zdjęcia do filmu kręcono w Dobrzykowicach, Lubomierzu, Czernicy Wrocławskiej i Strzeblowie. Lubomierz do dziś żyje tym kultowym filmem – organizuje Ogólnopolski Festiwal Filmów Komediowych, a w miasteczku można znaleźć ślady Pawlaków i Kargulów na każdym kroku. Mało kto pamięta, że początkowo Pawlaka miał zagrać Jacek Woszczerowicz. Choroba aktora sprawiła jednak, że rolę otrzymał Kowalski – i trudno dziś wyobrazić sobie jako Pawlaka kogokolwiek innego.
„Sami swoi” musieli przejść przez sito cenzury. Jedna ze scen została usunięta i zniszczona, a Filmoteka Narodowa – Instytut Audiowizualny (FINA) przypomina, że jej los pokazuje drogę, jaką polskie filmy musiały przejść w PRL, zanim trafiły do kin. A jednak mimo tych przeszkód film zdobył serca widzów. Doczekał się dwóch kontynuacji („Nie ma mocnych”, „Kochaj albo rzuć”) oraz prequela „Sami swoi. Początek” z 2024 roku, który wraca do wcześniejszych losów rodzin na Kresach.
Warto pamiętać, że film był pierwotnie czarno-biały. Dopiero na przełomie 2000 i 2001 roku poddano go koloryzacji. Widać w nim też drobne błędy montażowe – przesuwający się ślad jajka na ścianie, zmieniające się ubranie Witi czy zegar na dworcu pokazujący różne godziny. Te drobiazgi nie przeszkadzają jednak w odbiorze. Przeciwnie – dodają filmowi uroku, jakby podkreślając, że jest opowieścią z czasów, gdy kino było bardziej rękodziełem niż przemysłem.
I może właśnie dlatego „Sami swoi” znajdują się dziś na Liście Polskiego Dziedzictwa Filmowego. Bo pod warstwą humoru kryła się opowieść o powojennej wędrówce Polaków zza Buga. O ludziach, którzy stracili swoje rodzinne strony, ale nie stracili siebie. O pamięci, która – jeśli jest opowiadana z miłością – potrafi ocalić świat, którego już nie ma.
Opr. Emilia Kuklewska/Znadniemna.pl, na zdjęciu: pomnik Kargula i Pawlaka w Dobrzykowicach, nawiązujący do sceny, w której Pawlak woła do Kargula: „Podejdź no do płota, jako i ja podchodzę…”, fot.: Marta Miniewicz/facebook.com/stowarzyszenieTUiTAM




