W dziejach Kresów są postacie, które potrafiły być światłem w czasach ciemności. Do takich bohaterów należy biskup Zygmunt Łoziński – pasterz związany z ziemią nowogródzką, mińską i pińską, którego życie było świadectwem odwagi, wiary bez kompromisów i miłości do ludzi ponad podziałami. 26 marca przypada rocznica odejścia do Pana jednego z najbardziej niezwykłych, a wciąż niedocenianych biskupów Kościoła katolickiego XX wieku.
Dom rodzinny w Boracinie

Dwór Łozińskich w 1923 roku. Fot.: wikipedia.org/Biblioteka Narodowa. F.63707/II
Zygmunt Łoziński przyszedł na świat 5 czerwca 1870 roku w Boracinie koło Nowogródka, w rodzinie ziemiańskiej herbu Lubicz. Ojciec, Władysław Łoziński, był właścicielem majątku, człowiekiem odpowiedzialnym, zakorzenionym w tradycji polskiej szlachty kresowej. Matka, Ludwika z Czeczottów, pochodziła z rodu herbu Ostoja, rodziny o silnych tradycjach religijnych i inteligenckich. Wujem Zygmunta był ksiądz Witold Czeczott – brat jego matki Ludwiki, późniejszy wykładowca w seminarium duchownym w Petersburgu. Ten wuj stanie się dla młodego człowieka kimś więcej niż krewnym: duchowym przewodnikiem, wzorem kapłana, a także opiekunem w wielkim mieście.
Łozińscy mieli siedmioro dzieci, Zygmunt był najstarszy. To ważne, bo w tamtym świecie najstarszy syn od początku uczył się odpowiedzialności – za rodzeństwo, za dom, za nazwisko. Do dziesiątego roku życia uczył się w domu. Nie była to jednak byle jaka edukacja „po domowemu”. W ziemiańskich dworach Kresów często łączono tradycję z wysokimi wymaganiami intelektualnymi: dzieci czytały po polsku, uczyły się historii, geografii, podstaw łaciny, a jednocześnie żyły rytmem roku liturgicznego, nabożeństw, świąt, pielgrzymek. W Boracinie panowała atmosfera, w której wiara i polskość były czymś oczywistym, nie manifestem, lecz oddechem.
Warszawa i Petersburg
Kiedy przyszedł czas na szkołę średnią, Zygmunt wyjechał najpierw do Warszawy, do gimnazjum klasycznego. Dla chłopca z kresowego dworu stolica Królestwa Polskiego była innym światem: większym, bardziej złożonym, ale też pełnym polskiego życia, choć pod czujnym okiem carskiej administracji. Tam zetknął się z miejską inteligencją, z innym stylem polskości niż ten dworski, bardziej obywatelskim, bardziej zaangażowanym społecznie. Nie zabawił jednak w Warszawie długo – rodzina zdecydowała, że dalszą naukę będzie kontynuował w Petersburgu, gdzie mieszkał wuj Zygmunta – ksiądz Czeczott.
Petersburg stał się dla młodego Łozińskiego szokiem i szkołą jednocześnie. Stolica imperium, miasto monumentalnych gmachów, cerkwi, pałaców, ale też miejsce, gdzie Polacy żyli w rozproszeniu, często w cieniu, próbując zachować swoją tożsamość. Zygmunt zamieszkał u wuja, w domu, który był małą polską wyspą w rosyjskim morzu. Ksiądz Czeczott, wykładowca seminarium, człowiek głębokiej wiary i kultury, wprowadzał go w świat teologii, Kościoła, ale też w realia życia katolika w stolicy prawosławnego imperium.
Pierwszy bunt – nieklęknięcie przed carskim ołtarzem
Zygmunt uczęszczał do gimnazjum Towarzystwa Miłośników Człowieka – szkoły, która łączyła wysoki poziom nauczania z pewną otwartością intelektualną. To tam wydarzył się epizod, który dobrze zapowiada jego przyszły charakter. Podczas nabożeństwa dziękczynnego w cerkwi gimnazjalnej, odprawianego z okazji ocalenia cara Mikołaja II z katastrofy kolejowej pod Borkami, uczniowie mieli przyklęknąć. Zygmunt odmówił. W carskiej szkole był to akt jawnego nieposłuszeństwa wobec symbolu władzy. Groziło mu wyrzucenie ze szkoły, ale dzięki interwencji wuja sprawę udało się załagodzić. Ten gest – nieklęknięcie tam, gdzie sumienie mówi „nie” – powróci w jego życiu jeszcze nieraz, już w dużo poważniejszych okolicznościach.
Narodziny uczonego kapłana
Po maturze w Petersburgu wstąpił do tamtejszego seminarium duchownego. Decyzja o kapłaństwie nie była ucieczką od świata, lecz odpowiedzią na to, co w nim dojrzewało od lat: poczucie, że chce służyć ludziom i Kościołowi. W seminarium szybko się wyróżnił. Był pracowity, zdyscyplinowany, miał talent do języków i do nauki. Z seminarium trafił do Akademii Duchownej – elitarnej uczelni, gdzie kształcono przyszłe elity duchowieństwa. Specjalizował się w Piśmie Świętym.
Pierwsze lata kapłaństwa
Święcenia kapłańskie przyjął w 1895 roku. Został w Petersburgu jako wykładowca Pisma Świętego, a później także homiletyki w seminarium. Jednocześnie pracował jako prefekt i katecheta w gimnazjum Towarzystwa Miłośników Człowieka. Był księdzem, który łączył pracę naukową z żywym duszpasterstwem. Nie zamykał się w sali wykładowej – spowiadał, prowadził rekolekcje, rozmawiał z młodzieżą. W jego kazaniach i konferencjach pobrzmiewała nie tylko teologia, ale też troska o los Polaków w imperium.
Ta aktywność, połączona z wyraźnie polską postawą, ściągnęła na niego uwagę władz carskich. W 1898 roku został aresztowany pod zarzutem „szkodliwej działalności” i „polskiego patriotyzmu”. Decyzją ministra spraw wewnętrznych skazano go na trzy lata odosobnienia w klasztorze dominikanów w Agłonie na Łotwie, przekształconym w miejsce przymusowego pobytu dla księży. Zakazano mu też w przyszłości pełnienia funkcji duchownych w stolicach imperium.
Zesłanie w Agłonie
Agłona mogła być dla niego więzieniem, ale stała się kolejną szkołą. Zamiast zamknąć się w sobie, nauczył się łotewskiego, by móc spowiadać i głosić kazania miejscowym wiernym. W trudnych warunkach, z dala od rodzinnych stron, pozostał tym, kim był: duszpasterzem. Po dwóch latach został ułaskawiony, ale nie pozwolono mu wrócić do Petersburga. Pracował jako wikariusz w Smoleńsku, potem w Tule, następnie w Rydze. W 1904 roku trafił do Mińska, gdzie objął duszpasterstwo przy kościele na Kalwarii, a wkrótce został proboszczem katedry.
Powrót do Petersburga
W 1906 roku wrócił jednak do Petersburga jako wykładowca Pisma Świętego i języka hebrajskiego w seminarium i Akademii Duchownej. Był już wtedy kapłanem z doświadczeniem prześladowań, ale bez cienia zgorzknienia. Wciąż się uczył. Studiował w Papieskim Instytucie Biblijnym w Rzymie, odbył podróże naukowe do Niemiec i Ziemi Świętej. Towarzyszył biskupowi Janowi Cieplakowi w wizytacjach po rozległych terenach Rosji, Syberii i Dalekiego Wschodu. Odwiedzał obozy jenieckie, gdzie posługiwał wśród polskich żołnierzy. Te podróże po imperium, spotkania z ludźmi w skrajnie trudnych warunkach, jeszcze bardziej ugruntowały w nim przekonanie, że kapłan ma być tam, gdzie jest najciężej.
Pasterz w czasach rewolucji
W 1917 roku papież Benedykt XV mianował go biskupem mińskim. Sakrę przyjął w 1918 roku w Warszawie, a w sierpniu tego samego roku przybył do Mińska. Natychmiast zabrał się do pracy: otworzył niższe i wyższe seminarium duchowne, zaczął organizować struktury diecezji. Wydawało się, że po latach tułaczki i prześladowań będzie mógł wreszcie spokojnie budować Kościół na swojej ziemi. Ale historia znów przyspieszyła. W grudniu 1918 roku do Mińska wkroczyli bolszewicy.
Dla biskupa Łozińskiego rozpoczął się czas ukrywania. Przez pięć miesięcy żył w przebraniu chłopa u zaprzyjaźnionych ziemian i chłopów w lasach koło Mińska. Za wskazanie miejsca jego pobytu wyznaczono wysoką nagrodę, ale nikt go nie zdradził. To wiele mówi o więzi, jaką zbudował z ludźmi. Gdy w 1919 roku wojska polskie zajęły Mińsk, wrócił do jawnego pełnienia funkcji. Jednak w 1920 roku, podczas kolejnej ofensywy bolszewickiej, znów stanął wobec wyboru: uciec czy zostać. Został. W listach i kazaniach otwarcie potępiał ateistyczny komunizm, niszczenie kościołów, prześladowania duchowieństwa. W sierpniu 1920 roku został aresztowany, oskarżony o działalność kontrrewolucyjną. Po dziesięciu dniach śledztwa zwolniono go, choć jasno oświadczył, że do końca życia będzie zwalczał komunizm.
Więzienie, które nie złamało ducha
Wkrótce jednak aresztowano go ponownie i przewieziono do więzienia na Butyrkach w Moskwie. Butyrki były jednym z najcięższych więzień imperium. Głód, zimno, upokorzenia, niepewność jutra – wszystko to odcisnęło się na jego zdrowiu. Proponowano mu wolność w zamian za deklarację lojalności wobec władzy sowieckiej. Odmówił. Po jedenastu miesiącach, dzięki staraniom dyplomatycznym rządu polskiego, został uwolniony i odesłany do Polski. Ważył wtedy zaledwie 43 kilogramy. Fizycznie wyniszczony, duchowo – niezłamany.
Biskup piński, pasterz Polesia

Fragment miasta z widocznym kościołem Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny i rzeką, po której pływają barki. Fot.: Narodowe Archiwum Cyfrowe, Sygnatura 3/1/0/9/4757

Kościół Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny w Pińsku. Nawa główna i ołtarz główny podczas mszy świętej. Fot.: Narodowe Archiwum Cyfrowe. Sygnatura: 1-U-4764

Zygmunt Łoziński – biskup piński. Fotografia portretowa. Fot.: Narodowe Archiwum Cyfrowe, Sygnatura: 3/1/0/15/125
Do Mińska już nie wrócił. Zamieszkał w Nowogródku, blisko rodzinnych stron. W 1925 roku został mianowany pierwszym biskupem nowo utworzonej diecezji pińskiej. To był nowy rozdział jego życia – rozdział bardzo kresowy. Diecezja pińska obejmowała rozległe tereny Polesia, ziemię biedną, zaniedbaną, ale pełną ludzi prostych, wierzących, często żyjących na styku kultur i wyznań. Łoziński podjął to zadanie z energią, która zadziwiała, biorąc pod uwagę jego nadwątlone zdrowie.
Organizował kurię, zwołał synod diecezjalny, przeniósł i rozwinął seminarium duchowne. Dbał o formację księży, ale też o to, by Kościół nie był narzędziem polonizacji. Szanując polskość, szanował też język i kulturę miejscowej ludności. Wprowadzał kazania po białorusku, troszczył się o parafie unickie obrządku wschodniosłowiańskiego. Wiedział, że Ewangelia nie potrzebuje przemocy językowej, że można być Polakiem i jednocześnie mieć serce otwarte na innych.
Był biskupem niezwykle prostym w stylu życia. Chodził w zwykłej czarnej sutannie, bez ozdób. Jeździł trzecią klasą pociągu, choć przysługiwała mu wyższa. Podczas wizytacji parafii nie pozwalał urządzać sobie wystawnych przyjęć. Zdarzało się, że nocował w kościele, by nie obciążać biednego proboszcza. W seminarium siadał na końcu stołu i nakładał sobie jedzenie jako ostatni. Często oddawał swoje ubrania ubogim. Nie znosił dworskiej etykiety wokół biskupa. Uważał, że pasterz ma być blisko owiec, nie ponad nimi.
Człowiek dialogu

Uczestnicy zjazdu. Fotografia grupowa. 1926 rok. Siedzą od lewej: biskup częstochowski Teodor Kubina, biskup przemyski Anatol Nowak, metropolita krakowski arcybiskup Adam Sapieha, Prymas Polski kard. August Hlond, metropolita warszawski kard. Aleksander Kakowski, metropolita lwowski arcybiskup Bolesław Twardowski, metropolita lwowski obrządku ormiańskiego arcybiskup Józef Teodorowicz, arcybiskup metropolita wileński Romuald Jałbrzykowski, biskup płocki Antoni Nowowiejski. Stoją od lewej do prawej: biskup pomocniczy greckokatolickiej eparchii przemyskiej Hryhorij Łakota, biskup śląski Arkadiusz Lisiecki, biskup chełmiński Stanisław Okoniewski, biskup podlaski Henryk Przeździecki, biskup lubelski Marian Fulman, biskup miński Zygmunt Łoziński, biskup łomżyński Stanisław Kostka Łukomski. Fot.: Narodowe Archiwum Cyfrowe. Sygnatura: 1-R-3-2
Jego stosunek do innych wyznań i religii był czymś wyjątkowym jak na tamte czasy. Znał jedenaście języków: oprócz polskiego i białoruskiego posługiwał się rosyjskim, francuskim, niemieckim, włoskim, angielskim, łotewskim, litewskim, łaciną, greką, hebrajskim, a nawet asyryjskim. Gdy przybył do Pińska, powitał miejscowego rabina po hebrajsku. To zrobiło ogromne wrażenie. Podczas procesji Bożego Ciała zwracał się do zgromadzonych słowami: „Najukochańsi bracia katolicy, bracia prawosławni i Żydzi”. Nie była to kurtuazja. W codziennym życiu pomagał każdemu: widziano go, jak niesie worek ziemniaków starszemu Żydowi, jak podwozi rabina, jak rozmawia z prawosławnymi chłopami bez cienia wyższości. W świecie napięć narodowych i religijnych był człowiekiem mostów, nie murów.

Biskupi uczestniczący w obradach zjazdu. Fotografia grupowa. 1925 rok. W pierwszym rzędzie siedzą od lewej do prawej: biskup pomocniczy chełmiński Jakub Klunder, biskup włocławski Stanisław Zdzitowiecki, biskup sandomierski Marian Ryx, arcybiskup metropolita mohylewski Edward Ropp, arcybiskup metropolita kościoła greckokatolickiego Andrzej Szeptycki, arcybiskup metropolita warszawski kardynał Aleksander Kakowski, Prymas Polski Edmund Dalbor, arcybiskup metropolita lwowski Bolesław Twardowski, arcybiskup metropolita lwowski obrządku ormiańskiego Józef Teodorowicz, biskup przemyski Anatol Nowak, biskup pomocniczy sandomierski Paweł Kubicki. Stoją od lewej do prawej: biskup pomocniczy gnieźnieński Antoni Laubitz, biskup kielecki Augustyn Łosiński, biskup lubelski Marian Fulman, arcybiskup metropolita krakowski Adam Sapieha, biskup pomocniczy sejneński Romuald Jałbrzykowski, biskup podlaski Henryk Przeździecki, biskup polowy WP Stanisław Gall, biskup miński Zygmunt Łoziński, biskup kamienieckopodolski Piotr Mańkowski, biskup pomocniczy tarnowski Edward Komar, administrator apostolski w Katowicach August Hlond. Fot.: Narodowe Archiwum Cyfrowe. Sygnatura: 1-R-1-1
Jego patriotyzm był głęboki, ale pozbawiony nienawiści. Kochał Polskę, ale nie kosztem innych narodów. Krytykował traktat ryski, który oderwał część jego dawnej diecezji od Polski, uważał go za krzywdzący dla wiernych. Po przewrocie majowym napisał do Józefa Piłsudskiego list, w którym nie bał się użyć mocnych słów. Za odwagę i zasługi został odznaczony Orderem Orła Białego i czterokrotnie Krzyżem Walecznych, ale odznaczenia te nie zmieniły jego stylu życia. Pozostał tym samym skromnym biskupem, który wolał nocną adorację od oficjalnych bankietów.
Duchowość – źródło jego siły

Biskup Zygmunt Łoziński, ok. 1932 roku. Fot.: wikipedia.org
Duchowość była dla biskupa Zygmunta Łozińskiego nie dodatkiem, lecz centrum życia. Wszystko, co robił — od wykładów w Petersburgu, przez ukrywanie się w mińskich lasach, po wizytacje parafii na Polesiu — wyrastało z modlitwy. Nie mówił o pobożności, on nią żył. W Pińsku często widziano go w katedrze o świcie lub późnym wieczorem, modlącego się w ciszy, bez świadków, czasem przez całą noc. Gdy pytano, skąd ta surowość, odpowiadał: „Pasterz musi znać drogę do Boga, żeby mógł nią prowadzić innych”.
Praktykował posty, nosił włosiennicę, biczował się, ale nigdy nie robił z tego pokazów. Pokuta była dla niego sprawą między człowiekiem a Bogiem. Jego pisma ascetyczne, zwłaszcza „Akt doskonałego zaparcia się siebie”, odsłaniają wiarę radykalną i całkowite oddanie woli Bożej — nie jako metaforę, lecz jako styl życia.
W seminarium powtarzał klerykom, że kapłan bez modlitwy staje się urzędnikiem, a nie pasterzem. Mówił, że ksiądz, który nie klęka przed Bogiem, w końcu uklęknie przed światem — słowa szczególnie mocne u człowieka, który nie ugiął się ani przed caratem, ani przed bolszewikami.
Jego duchowość była głęboko eucharystyczna. Na rozległym Polesiu, gdzie brakowało księży, sam odprawiał kilka Mszy dziennie, a każdą wizytację zaczynał od adoracji. Pod koniec życia, mimo choroby, prosił, by zanoszono go do katedry choć na chwilę. Gdy lekarze proponowali narkozę przed operacją, odpowiedział: „Nie chciałbym przespać tak pięknej chwili, jaką jest śmierć”.
Zmarł 26 marca 1932 roku w Pińsku. Odszedł spokojnie, jak człowiek wracający do domu. Jego duchowość była źródłem odwagi, prostoty i miłości do ludzi — fundamentem, który uczynił go jednym z najpiękniejszych pasterzy Kresów. Pochowany został w krypcie miejscowej katedry. W 1939 roku szczątki zamurowano w ścianie katedry celem uniknięcia profanacji, dzięki czemu ocalały. W 1957 roku w Rzymie rozpoczęto jego proces beatyfikacyjny. 2 kwietnia 1993 roku papież Jan Paweł II wydał dekret o heroiczności cnót. Odtąd przysługuje mu tytuł Czcigodnego Sługi Bożego. 26 września 1997 roku Kongregacja wydała dekret o ważności dochodzenia diecezjalnego dotyczącego cudu, wymaganego w procesie beatyfikacyjnym.
Opr. Waleria Brażuk/Znadniemna.pl




